Wszystko jest w głowie

„Wszystko jest w głowie”

 

Pamiętam, że kiedyś w towarzyskiej rozmowie usłyszałem o „Przejściu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej”. Udział w takim wydarzeniu wydawał mi się czymś nieosiągalnym, ale też wymarzonym, jak zdobycie himalajskiego szczytu. Drugi raz, kiedy parę lat później wspomniał o tym inny znajomy, zdobywca korony ziemi, to już były konkrety: 140 km w 48 godzin, punkty do UTMB, a ja właśnie wróciłem do biegania po 19-tu latach przerwy i odkrywałem fascynujący świat długich biegów… „Przejście” wprawdzie nie było imprezą biegową  ale, jak się wkrótce przekonałem, było inkubatorem biegaczy ultra, zanim to określenie stało się tak modne, a biegi ultra zapełniły kalendarz imprez sportowych. W 2011 roku,  na palcach jednej ręki można było policzyć biegi stukilometrowe w Polsce, a powyżej tego dystansu, poza „Kotliną” była tylko „Trans Jura”, przynajmniej  jeśli chodzi o grubo ponad sto kilometrów. Organizatorzy nie stawiali podium dla pierwszego „przejściowicza”, ale lista przybyłych na metę była publikowana w kolejności wg czasów. W czasie przejścia wszyscy kibicowaliśmy czołówce i z podnieceniem dopytywaliśmy wolontariuszy na kolejnych punktach kontrolnych, kto jest pierwszy i z jaką przewagą. W tamtym czasie ikoną „Przejścia” był niedościgniony Krystian Ogły, którego podziwiałem i który był dla mnie człowiekiem z innego wymiaru. Przez kilka lat z rzędu bił rekordy trasy. Wszyscy otwarcie mu kibicowaliśmy i nie zauważyłem, żeby komuś przeszkadzało bieganie na „Przejściu”. Taką atmosferę poznałem uczestnicząc pierwszy raz, w takiej imprezie zakochałem się bez pamięci i od tamtego czasu uważam się za „przejściowicza”.

 

W moim pierwszym starcie w 2011 roku szedłem z kolegą, dzięki któremu wróciłem do sportu. Obydwaj byliśmy biegaczami, ale wtedy do głowy by mi nie przyszło, żeby odważyć się na bieganie choćby paru kilometrów na tak długiej trasie. Modliłem się, żeby moje nogi wytrzymały i żebym mógł dumnie powrócić do domu. Na plecach nieśliśmy wszystko co wydawało się niezbędne do przeżycia, robiliśmy dość długie postoje na trasie, a nawet udało się zdrzemnąć w drugą noc, tuż przed świtem, bo już dostawałem obłędu z niewyspania i zmęczenia. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem, że można zasnąć idąc – dobrze, że kolega spadł na mnie, a nie na asfalt. Skończyliśmy w 41 godzin i byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! Przepadłem z kretesem. Wiedziałem już, że będę chciał uczestniczyć w przejściu każdego roku, do emerytury, jak podziwiany przez nas pan Biskup – najstarszy uczestnik.

Z pierwszego udziału wyciągnąłem też inne wnioski. Nie chciałem startować z partnerem ani z grupą. Zauważyłem, że zmęczenie wywołuje we mnie apatię, która była przyczyną nieporozumień. Uznałem też, że zarywanie drugiej nocy jest wykańczające, a 15-litrowy plecak zdecydowanie za duży.

 

           Drugi raz wystartowałem sam. W rękach kije, w mniejszym już, 10-litrowym plecaku kurtka z membraną, jakieś sezamki, gorzka czekolada i dwulitrowy bukłak. To wtedy na mój widok dwóch uczestników parsknęło śmiechem. Sami mieli duże plecaki ze stelażem, a na nogach wojskowe buty… Takie właśnie jest przejście! Każdy podejmuje próbę na swój sposób

Partnera poznałem na 20-tym kilometrze, Krzysiek Nosal, wspaniały chłopak, miał takie samo tempo, jak ja i dotrwaliśmy razem do 110 km. Znów nie biegłem ani kilometra, ale też nie stawałem nigdzie na dłużej niż dla uzupełnienia wody i zjedzenia paru ciastek na punktach. Wtedy przekonałem się, jak jest na trasie bez jedzenia na Różance, bo o szóstej rano go jeszcze nie było i jak to jest nie spotkać nikogo z uczestników, no może oprócz robiącego zdjęcia pana Michała. Udało mi się dotrzeć na metę samotnie, kwadrans po północy. Udowodniłem sobie, że mogę to zrobić bez zarywania całej drugiej nocy, choć nie uniknąłem lekkich halucynacji w Izerach (krzaczki borówek były sarenkami przy moich nogach ☺). Czas 28 godzin, dziesiąty na liście. Na mecie, szczęśliwy, leczyłem ból nóg w lodowatym jeziorku. To było coś!

 

Rok później, dziesiąte, odwrócone „Przejście” było lekcją pokory. Wystartowaliśmy razem z biegaczami (pierwszy „Bieg Dookoła Kotliny”). Zadziałał impuls i chociaż zapisany byłem na „Przejście” odważyłem się biec. Mimo deszczu i złych prognoz ruszyłem w krótkich spodenkach, miałem tylko dwa podkoszulki i dwie kurtki przeciwdeszczowe. Od startu towarzyszył mi Krzysiek, partner sprzed roku. Zostawiłem go na 90 km, kiedy przy ognisku na Różance odratowałem stopy – kalafiory – mokre już od piątego kilometra. Umierałem z zimna, ale udawało mi się kilkakrotnie odzyskiwać siły, by jednak ostatecznie poddać się w Karkonoszach z objawami wychłodzenia organizmu. Nie mogłem opanować drgawek. Byłem tak otępiały, że nie przyszło mi do głowy pożyczyć od kogoś ciepłych ciuchów. Samotnie zszedłem z trasy na 110 km. To była dla mnie bolesna porażka.

 

W 2015 roku, po dwóch latach przerwy, przemyśleniach i przygotowaniach, stanąłem na starcie szczęśliwy, że znów tu jestem. Na plecach, po kolejnej zmianie, miałem 7-litrowy plecak a w nim 1.5L bukłak, batony, żele i bardzo cienka kurtka przeciwdeszczowa. Ruszyłem z takim optymizmem, że na Szrenicy byłem pierwszy, razem z Andrzejem Eiblem, „Przejściowym wyjadaczem”, poznanym na poprzednich edycjach. Za nami rozciągała się wspaniała kolumna świecących czołówek. Wraz z końcem długiego podejścia dwóch uczestników wyskoczyło zza naszych pleców i śmiało pobiegło do przodu. Patrząc, jak w ciemności oddalają się ich czerwone światełka na plecakach nagle poczułem, że też właśnie po to tu jestem i wspomniałem słowa Krystiana: „Musisz kiedyś spróbować pobiec całą trasę”. Spojrzałem pytająco na Andrzeja.  – Leć, jak chcesz – powiedział. Pobiegłem.

Jedną z czerwonych lampek dopadłem przed dwudziestym kilometrem. Należała do Wojtka Sopotnickiego. Razem pokonaliśmy resztę trasy, informowani na każdym punkcie o stracie do pierwszego. Sami przez całą drogę, bez jedzenia na Różance (byliśmy tam o 4 rano, a makaron jeszcze nie) i bardzo mocno zmotywowani. Z czasem poniżej 24 godzin ukończyłem trasę, jako trzeci. Byłem przeszczęśliwy! Nie zależało mi na podium, goniłem tylko swoje marzenie…

 

           Wrzesień, 2016 rok. Udało mi się dopiąć wszystkie obowiązki dzień przed startem. W poprzednich latach kończyłem pracę w piątek o 16-tej, by dotrzeć na 20.00 do Szklarskiej i stanąć na starcie, a teraz taka komfortowa sytuacja – wyjazd w czwartek, bez pośpiechu. Są takie wydarzenia, na które czeka się cały rok, więc jechałem szczęśliwy i ciekawy następnych dni. Po drodze Bolków, Mysłów, Kaczorów – trasa prowadząca do miejsc, w których zakochałem się, jako szesnastolatek. Szklarska Poręba, Zamek Chojnik, Zapora Pilchowice, Góra Szybowcowa i jaskinie w Wojcieszowie, to cele mojej pierwszej wizyty na Dolnym Śląsku, która zaważyła na późniejszej przeprowadzce tu na stałe. Każdy przyjazd w te okolice to dla mnie podróż sentymentalna.

             Wieczorem dojechałem do Szklarskiej i udało mi się znaleźć kwaterę blisko startu. W biurze odebrałem pakiet, a na spacerze kupiłem litrowe lody, brzoskwinie w syropie, paczkę paluszków, ciasto truskawkowe i zrobiłem sobie nocną ucztę. Na rano zostawiłem dwa banany i do kompletu bananowy sok. W nocy, w skupieniu studiowałem mapę. To miało być moje piąte przejście, ale ponieważ nie używam GPS-a, a w poprzednich latach nawigacją zajmowali się partnerzy – zdawałem sobie sprawę, że w newralgicznych miejscach mogę pomylić drogę. Z powodu zmiany godziny startu będę w dzień tam, gdzie zawsze byłem w nocy i odwrotnie, doszły też zmiany trasy. Postanowiłem wystartować samotnie, mimo propozycji czwórki znajomych, by zrobić to razem. Odmówiłem, bo takie zobowiązania są    krępujące. Umówiłem się z nimi, że jeśli nasze tempo będzie zbliżone to zrównamy się gdzieś na trasie.

 

Rano mój spokój i gotowość zakłóciła mała niespodzianka. Okazało się, że kupione specjalnie na Przejście skarpety są zdecydowanie za ciasne i odpiłowują mi stopy na zgięciu, a do startu pozostało pół godziny. Ratunkiem okazał się sklepik z pamiątkami, gdzie wśród sterty wełnianych góralskich, trafiła się jedyna para skarpet w moim rozmiarze, z pięknie wyhaftowanym jelonkiem!

W strefie startu schowałem się w kącie sali, żadnych rozmów, skoro i tak nastawiam się na samotność przez najbliższe godziny. Znalazł mnie kolega, zaproponował piwo, odmówiłem. Myśl o tym trunku przyjdzie mi do głowy dopiero po kilkudziesięciu kilometrach…

8.00 start!

Z tą chwilą poczułem się wolny. Pobiegłem pierwszy. W kryzysach czy słabościach i tak będę sam. Przyjechałem tu dla siebie, więc nie myślę o tym, że niektórym uczestnikom nie podoba się bieganie na „Przejściu”. Każdy podejmuje tą próbę na miarę własnych sił i z tym co uniesie na plecach. Ja przez te kilka lat konsekwentnie zmieniałem plecaki na coraz mniejsze, by wreszcie wystartować z dwoma bidonami, kilkoma batonami i żelami energetycznymi w kieszeniach 5-litrowego plecaka, z jedną kurtką przeciwdeszczową i koszulką z długimi rękawami na wypadek zapowiadanego deszczu. Zabrałem jeszcze opaskę stabilizującą na kontuzjowaną kostkę. W rękach kije. Biegnę…

Zaraz na pierwszym kilometrze ktoś karci mnie za zuchwałość: – I co… pierwsi będą pierwszymi? – krzyczy z przekąsem. – Kiedyś trzeba się odważyć! – odpowiadam.   Wcześniej takie słowa podcięłyby mi nogi, ale nie tym razem. To jest „moje przejście”, moja  próba, mój czas by powiedzieć sobie „sprawdzam”.

Na podejściu pod Szrenicę goni mnie zawzięcie kilka osób, mocno prę do przodu. Tylko ja i Karkonosze. Przy szlaku fotograf rozstawia się ze sprzętem, nie zdąży mi zrobić pamiątkowego zdjęcia. Biegiem pokonuję spadki terenu i płaskie odcinki, na podejściach kije w łapy i szybki marsz. Pogoda przepiękna, widoki wspaniałe, na szlaku uśmiechy i pozdrowienia turystów. Na Przełęczy Karkonoskiej punkt obsługiwany przez znajomych, krótka rozmowa, słowa wsparcia i uzupełnienie bidonów, które szybko opustoszały.

Na Śnieżce ktoś niesie colę, marzenie…, wpadam do schroniska, 8 zł za buteleczkę! Kupuję, dałbym 3x więcej, jak za herbatę w Śpindlerovej Boudzie na pierwszym przejściu, najdroższą, jaką piłem w życiu. Orzeźwiony zbiegam. W Jelence Czesi piją piwo, odwracam od nich wzrok, jeszcze nie teraz. Na Okraju mijam znajomych z psem, są zaskoczeni moim widokiem, radośnie kibicują. Dobrym tempem zbiegam na Przełęcz Kowarską. W Rudawach bardzo się pilnuję żeby nie zbłądzić, wyciągam mapę z plecaka, ale nie mam już mapy, mam jakiś rozmoczony zwitek papieru! Pogoda dopisała, jest nawet za gorąco i leje się ze mnie. Dużo piję. Widząc kamieniołom w Rędzinach dopijam resztki izotoniku, zaraz będzie 3 punkt, więc uzupełnię. Okazuje się, że punktu nie ma, dzwonię do orgów, jeszcze nie dojechali, zaliczają mi punkt telefonicznie. Dobrze, że Janowice blisko, wpadam tam jeszcze przed zmierzchem. W Dino kupuję mineralną, pomidora, bułkę i kabanosy – pani przede mną robi Festiwal Wędlin kupując wszystkiego po pięć plasterków – zawsze tak jest, kiedy się człowiek śpieszy! Na koniec jeszcze piwo… a co, teraz tak! Do Lotosu na setnym kilometrze, przybytków cywilizacji już nie będzie. W ciemności zasuwam chodnikiem. Między palcami resztki jedzenia. Nie założyłem jeszcze czołówki. Podjeżdża i zatrzymuje się jakiś bus, to orgi: – To ty jesteś ten pierwszy? – pytają. – Nie wiem, kiedy byłem w Dino, ktoś mógł mnie wyprzedzić – odpowiadam. – 228? – dopytują. – Tak. – No to pierwszy. Wieziemy makaron na punkt, może wrócisz? – Nie ma opcji – dopijam piwo i wchodzę w ciemny las. Na Różance dopiero rozstawia się punkt, obsługę pozbawiam prywatnej coli i mapy.

 

Grzecznie wg wskazań Maciejki (w skupieniu wysłuchałem odprawy) biegnę asfaltem do Komarna, ciągnie się ten asfalt i ciągnie, jest już noc i zaczynam czuć zmęczenie. Na górze, na polanach zaczynają świecić oczka w ciemnościach, płoszę sarny i lisy, w lasach rykowisko. W przymglonym świetle księżyca po łące zbiega łania, porusza się, jak w zabawnej kreskówce, ale to jeszcze nie halucynacje! Na punkcie pod Barańcem przemili młodzi ludzie. Siadam na trawie, żeby przesmarować stopy, zaczęły trochę doskwierać. Kleszcza z tego miejsca dowiozłem aż do domu! Dzwoni telefon, to trójka moich znajomych – Malwina Jachowicz, Ania Kurpiewska i Maciek Pilecki – gonią mnie i proszą żebym zaczekał, bo na wcześniejszym punkcie dowiedzieli się, że jestem 20 minut przed nimi. Do tego Maciek przekonuje mnie, że w ciemności mogę zabłądzić na nowym odcinku przed Okolem, a on już go zna – zrobił wcześniej rekonesans. Jest już chłodno, a ja nie chcę wystygnąć. Umawiam się, że zwolnię tempo, żeby mogli mnie dogonić. Tu nie ma rywalizacji, dobrze będzie wpaść na metę całą czwórką. Na Kapelli, w oddali, widzę ich czołówki wyłaniające się z lasu, na Łysej Górze staję i czekam. Wreszcie dobiegają. Okazuje się, że są zmęczeni, robią długi odpoczynek. Trochę mnie to irytuje, ale trudno, jak razem to razem. Jest ok. 22-giej, bo zadzwoniła moja żona z synem, żeby powiedzieć mi dobranoc. Przypomniało mi to pierwsze przejście, kiedy zadzwoniła do mnie w piątek, parę godzin po starcie: – Idziesz? – Idę – To dobranoc, my idziemy spać… Następny telefon w sobotę rano: – Cześć, właśnie wstaliśmy, co u ciebie? – Idę… W sobotę w nocy: – Chcemy ci powiedzieć dobranoc, jak tam? – Idę… I tak jeszcze rano w niedzielę: – Cześć, wciąż idziesz? – Tak, idę!.

Przed Okolem, faktycznie, szlak urywa się w polu i w ciemności nie widać, w którym miejscu „wchodzi” do lasu. Maciek prowadzi na pamięć. Na Szybowcowej znów odpoczynek, zmęczył ich ten 80-kilometrowy pościg. Zauważamy za nami pojedynczą czołówkę, ktoś nas goni. Z lasu przed Perłą Zachodu wychodzimy mokrą stopą, były tez małe nawigacyjne wątpliwości – Perła i Komorzyca to istne Trójkąty Bermudzkie! Docieramy do Lotosu. Raz w roku hot dog ze stacji staje się rarytasem. Pan z obsługi jest bardzo zaangażowany, podaje nam kawę, pijąc jednocześnie rozciągam mięśnie nóg. Do środka wpada goniący nas „przejściowicz”, nie widać po nim zmęczenia, ale znika w czeluściach stacji na dłuższą chwilę. Nie będziemy na niego czekać.

Na zewnątrz dowiaduję się, że Malwina rezygnuje, dalej lecimy w trójkę. Ania imponuje mi determinacją. Koło Godzisza Maciek szykuje nam niespodziankę, z plecaka rozbrzmiewa muzyka „Guns N’ Roses”, to tak na pobudzenie. W Wojcieszycach znów robi przerwę, ja się buntuję i uciekam. Ania trochę w rozterce, ale biegnie za mną. Maciek musi nas dogonić, na Zimnej Przełęczy jest już przy nas. W międzyczasie świta. Na punkcie rozpoznają nas wolontariusze z Okraju – Wciąż z przodu! – uśmiechają się.

Forsujemy górkę przy Bobrowych Skałach i niezbyt wygodny zbieg do Górzyca, na końcu asfaltu znów odpoczynek – śniadanie, chociaż ja nie chcę stawać. Przed nami najtrudniejsze podejście na tym etapie. Poranny telefon od żony –  jak ona to robi, że dzwoni zawsze w czasie postoju? – Na którym teraz jesteś? – Sto piętnastym. – Cały czas jesteś pierwszy? –dopytuje. – Jeszcze tak. – Nie daj sobie tego zabrać!

Zza rogu wyłania się chłopak pozostawiony na Lotosie. Stoję oparty o kije i jem trochę na siłę, jestem poirytowany kolejnym traceniem czasu. Maciek widzi to na mojej twarzy – Leć, jak masz siłę, będę was gonił –  mówi. Z niedojedzoną bułką w ustach ruszam ostro pod górę, Ania za mną, ale nie dotrzymuje mi kroku. Nagle zmienia się sytuacja, znów jestem sam, a za mną nowy „napieracz”. To niezła porcja motywacji do pokonania tego męczącego podejścia. Za każdym razem był to kryzysowy odcinek, może poza pierwszym razem, kiedy tuż przed nim spaliśmy na Zimnej Polanie. Zastanawiałem się, jak będzie tym razem a tu nie ma czasu na myślenie, tylko milczący pojedynek, kto pierwszy na górze! Skąd on ma taki zapas energii! Pokonuję Zakręt Śmierci, pod Wysokim Kamieniem nie wytrzymuję narzuconego sobie tempa, mam wrażenie, że kreci mi się w głowie, brakuje mi powietrza i ziewam, spada mi morale i zaczynam mieć gdzieś rywalizację, po co mi to… Mam ochotę stanąć, usiąść i tak pozostać! Ten za mną nie odpuszcza, to Janusz Gałecki, ale jego imię poznam dopiero na mecie, kiedy radośnie podamy sobie ręce. Na przedostatni punkt wpadamy jednocześnie. Nawet nie rozmawiamy, mówimy sobie tylko cześć i uzupełniamy bidony. Nagle, na górze wstępuje we mnie nowy duch. Choć nogi mam z betonu, ruszam z kopyta, wiedząc, że najgorsze już za mną. Na pierwszym zbiegu głęboko oddycham i próbuję biec, zamroczenie powoli ustępuje, odzyskuję wiarę w siebie i oddalam się samotnie. Na odcinku do Jakuszyc nie ma technicznych trudności, rozkręcam się na zbiegach i gonię. Pilnuję się, bo taki nagły optymizm można przypłacić skurczami, a przede mną jeszcze ostatnie podejście! Pokonuję Zwalisko i po chwili mijam zamgloną Kopalnię Stanisław na Izerskich Garbach, do której przyjeżdżałem kiedyś szukać kryształów kwarcu. Mam do niej ogromny sentyment. To najwyżej położona kopalnia w Polsce. Sceneria żywcem wyjęta z powieści Hłaski. Żegnam wzrokiem opustoszałe budynki, wraki ciężarówek i zbiegam. Mięśnie ud nie chcą się rozluźnić, napięte bolą, ale 10 kilometrów przed metą nie ma czasu na rozciąganie.

W Jakuszycach wita mnie uśmiechnięty wolontariusz z pierwszego punktu. Życzy powodzenia na ostatnim odcinku i przestrzega, żebym nie przegapił toru saneczkowego. Nie jestem zbyt rozmowny, całą radość ze spotkania życzliwej osoby okazuję szczerym uśmiechem. Biegnę poboczem asfaltu, owiewany obojętnością przejeżdżających samochodów, potem skręcam do lasu. Spokojnie wdrapuję się na Przedział, drobię kroki czując, że skurcze już bliskie, zapobiegawczo połykam magnez – to trochę, jak placebo. Wspominam 9 edycję, gdy również samotnie, szedłem tędy tuż przed północą i dookoła ryczały jelenie, w pewnym momencie drogę zastąpiła mi łania, a byk ryknął w zaroślach parę metrów obok. Och… adrenalina pomaga bić rekordy szybkości nawet na 140 kilometrze!

Jestem na górze, nie ma jeleni – no, może poza tymi na moich skarpetkach – jest uroczo, wąska ścieżynka pośród kosodrzewiny i skał, przyspieszam, pachnie już metą. Torem saneczkowym puszczam się na granicy koordynacji. Ta nazwa wprowadza w błąd, wyobrażam sobie dawnych sportowców, prujących w wełnianych strojach z epoki, na drewnianych sankach, tą wijąca się „rynną”, która teraz jest zsypiskiem ściętych konarów i wyłaniających się z błota głazów. Często trenuję trudne, techniczne zbiegi, jednak tu, przy takim zmęczeniu mięśni łatwo przekroczyć cienką, czerwoną linię… Potykam się i lecę, i to dosyć groźnie. Składam się w powietrzu, żeby uniknąć uderzenia głową w wyrastający przed moimi oczami kamień. Udało się! Wstaję i krzyczę z wrażenia! Zbiegam balansując między kolejnymi przeszkodami. Kilkaset metrów niżej granitowy otoczak nie wygląda na mokry, a jednak jest śliski, znowu lecę… Skręcam się na bok i uderzam udem o głaz. Naprawdę się cieszę, że żyję i nadal zbiegam w dół! Siniak duży, ale skoro na mecie nie wręczają medali, to przynajmniej wywiozę z Przejścia taką pamiątkę.

             Przy wodospadzie mijam wycieczkę, którą wczoraj widziałem na szlaku obok Śnieżnych Kotłów. Wrócili na kwaterę, wyspali się i dzisiaj wyszli znowu… Ja właśnie zatoczyłem wielką pętlę, non stop na nogach, sam, anonimowy wśród tłumu turystów. Niektórzy patrzą lekko zdziwieni, że ktoś mokry na twarzy w tak chłodny poranek, biegnie po „kocich łbach”. W końcu wpadam na upragnioną metę, gdzie jeszcze wczoraj było tak gwarno przed startem. Jest pusto, kibicuje mi tylko Kasia, dziewczyna Maćka. W biurze robią mi zdjęcie i wręczają certyfikat. Potem wpada Janusz i oznajmia żartobliwie, że jestem na jego czarnej liście, trochę po nim Ania z Maćkiem, wyciągają skądś butelkę szampana. Wspaniale się przy nim siedzi, w ogóle wspaniale się siedzi…Tylko wstać będzie ciężko…

 

Parę godzin później, gdy w wygodnym apartamencie znajomych usiłuję zasnąć, za oknem rozlega się ulewny deszcz. Myślę o wszystkich na trasie, dla których już do końca pogoda nie będzie tak łaskawa, jak dla mnie. Nie udaje mi się zasnąć, mój pobudzony organizm wycisza się dopiero po północy, po dobrej kolacji i dobrej nalewce, w dobrym towarzystwie. Jestem spełniony, po pięciu latach zrealizowałem marzenie, żeby ukończyć „Przejście”, jako pierwszy ☺