XIII Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskie

 

XIII Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej

 

  Nadszedł czas by wrócić na wydarzenie, które rok temu zapoczątkowało moje zainteresowanie długodystansowymi górskimi wyrypami oraz bieganiem po górach.
 
   Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej, bo o tym mowa jest ekstremalnym rajdem pieszym. Jego trasa liczy 137 km i prowadzi przez Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie 
i Izerskie. Rajd ten dedykowany jest dwóm ratownikom Grupy Karkonoskiej GOPR – Danielowi Ważyńskiemu i Mateuszowi Hryncewiczowi, którzy zginęli pod lawiną w lutym 2005 roku. Przejście odbywa się po ściśle wyznaczonej trasie, z obowiązkowym zameldowaniem na każdym z 12 punktów kontrolnych.   Tyle tytułem paru słów wprowadzenia 😉 16 września wstałem po 4 nad ranem i po ogarnięciu usiadłem do auta – czekało mnie trochę jazdy. Gdy przed 9:00 dotarłem do Szklarskiej Poręby miasto było jeszcze uśpione a na bazie Przejścia niewiele się jeszcze działo. Jeszcze 😀 Zameldowanie w biurze zawodów (kontrola obowiązkowego wyposażenia- apteczka, źródło światła i odblask), odebranie pakietu startowego i powrót na parking. Miałem godzinę by się zdrzemnąć zanim przybędzie reszta stada. Krótka drzemka była niezbędna – czeka mnie prawie 140 km po górach non stop, bez snu, dłuższych przerw czy większych posiłków.  Gdy przybyli moi straceńcy pozostało nam tylko przygotować się do startu i udać na odprawę. Niestety, jak zazwyczaj huragan “Alicja” lekko pomieszał nam szyki i spóźniliśmy się na początek odprawy przedstartowej. Nic to, byle na start zdążyliśmy 😀

Znaleziony obraz
Miejsce startu i mety- Szałas Żywiecki. W Szklarskiej 😀
fot. www.e-szklarska.com
 

 Bezpośrednio przed startem czułem jak zwykle niepewność, potęgowaną jeszcze bardziej przez ogrom dystansu jaki nas czekał. Niemal 140 km. Nasz zeszłoroczny czas wynosił skromne 38 h i nie było mowy o tym, żeby go nie pobić. Mobilizując się wzajemnie, oraz zastanawiając się głośno co nam w  życiu poszło nie tak, że tu jesteśmy doczekaliśmy do minuty ciszy poświęconej pamięci chłopaków,a następnie ruszyliśmy do przodu.

 

   Pierwszym etapem wędrówki były Karkonosze. Z Szklarskiej Poręby przez Szrenicę, Łabski Szczyt i Wielki Szyszak na Przełęcz Karkonoską gdzie zlokalizowany był pierwszy punkt kontrolny. Pierwszy z serii dwunastu. Mamy w nogach 16 km, nastroje bardzo dobre. Dokucza upał i duchota. Gdybym wiedział co się będzie działo za 24 h to bym nie narzekał 😀 Póki co wędrujemy bez specjalnego pośpiechu, ok 5 km/h. Raz z tej przyczyny, że Ala nie jest zbyt mocna na podejściach, dwa – mamy świadomość tego co nas czeka.   Podajemy swoje numery startowe, robimy łyk wody z kubeczków i pędzimy dalej. Przez Tępy Szczyt ku najwyższemu punktowi Przejścia – Śnieżce. Pijemy jak szaleni. Wszechobecna duchota powoduje, że już musimy uzupełniać bukłaki w strumieniu. Zresztą nie my jedni – za nami ustawia się cała kolejka chętnych. Atak na Śnieżkę idzie bardzo zgrabnie, czuję się doskonale i odstawiam na podejściu resztę stawki. Na szczycie czekam chwilę, łapię szybko oddech i po pokazaniu się Alicji lecimy dalej. Kamienne “schody” nie zachęcają początkowo do niczego, ani marszu, ani biegu. Nie wiem jak to się dzieje, ale schody na szlaku nigdy nie pasują do kroku 😀

Atakując Śnieżkę
fot. Wojtek Kubiela
 

   Schodząc wpadamy na jedno z moich ulubionych miejsc podczas Przejścia. Długi zbieg po szerokiej, równej drodze na Okraj. Pędzę z uśmiechem na twarzy po prostu przekładając szybko nogi i pozwalając robić grawitacji to, co do niej należy 😉 Mijamy grupę rozbawionych Czechów i wybiegamy na punkcie kontrolnym na Okraju. Tutaj mam mieszane uczucia. Jesteśmy w rejonie trzydziestego miejsca, to super. Ale kurde, gdzie do cholery są ciasteczka 🙁 Rok temu były! Skandal!   Pijemy, uzupełniamy wodę w bukłakach. Póki co zadowoleni opuszczamy Karkonosze wchodząc w Rudawy Janowickie, Generalnie jest to kraina lasów i niskich pagórków. Kończy się etap prostej drogi, pora wyciągnąć mapy i zacząć nawigować. Już po chwili robimy szkolny błąd i musimy nadrobić około kilometra. Zmyleni tabliczką z oznaczeniem szlaku nie patrzymy na mapę i skręcamy w złą dróżkę. Oboje jesteśmy wściekli, ale póki co obywa się bez wzajemnych wyznań nienawiści 😀

Znaleziony obraz
Rudawy Janowickie
fot. www.karolnienartowicz.blog.pl

      Mijamy punkt transportowy i kierujemy się na Dziczą Górę, na której zlokalizowany jest kolejny punkt kontrolny. W zapadającym zmroku i plątaninie leśnych dróżek znów się zakręciliśmy. Nawigacja gdy jestem z Alą ewidentnie nie działa. Nigdy, to nie ma prawa się udać. Wypadamy z lasku na styku kilku szlaków, podejrzewam, że na skraju miejscowości Czartak. Zapadł już zmrok, psy jak oszalałe szczekają na dziwnych wędrowców. Chcąc ustalić naszą pozycję udajemy się między widoczne zabudowania. Do pierwszych napotkanych ludzi rzucamy:- Przepraszam, czy ta miejscowość to Czartak?
– Sorry, we’re from Russia
– …   Jakoś ustalamy swoją lokalizację i wbijamy na właściwy szlak, Musimy gonić, bo przez nasze gapiostwo pewnie mnóstwo osób nas wyprzedziło. Co prawda Przejście nie jest imprezą sportową z klasyfikacją czasową itd., chodzi tylko o pokonanie dystansu, ale tak ambitne sztuki jak my nie odpuszczą – muszą być na mecie jak najszybciej.   Na Dziczej Górze wita nas para wesołków z obsługi punktu, pozwala nam uzupełnić zapasy wody i daje wskazówki na dalszą drogę. Morale lekko nam opada – jesteśmy w okolicach 50 miejsca. Podpinamy się pod jeszcze jedną dwójkę. Tutaj widzimy ile znaczy doświadczenie oraz znajomość trasy. Podczas gdy my operujemy mapą i kompasem, biegając między ścieżkami jesteśmy zdyszani, kierujący nas głosem weteran idzie spokojnym marszem.   Tym razem bez niepotrzebnych przygód udaje się nam dotrzeć do Janowic Wielkich. Rezygnujemy jednak z wizyty w punkcie żywieniowym. Może to ryzykowna decyzja, ale była ona podjęta całkowicie świadomie. Punkt ten oddalony jest od trasy przejścia o dodatkowe 500 m marszu, a nie czujemy się na tyle głodni i zmęczeni by siadać i jeść. Robimy szybkie zakupy w lokalnym sklepiku (lodzik, coś słodkiego do picia i baterie do Alowej czołówki) i pędzimy dalej w kierunku Różanki i umiejscowionego za nią kolejnego PK.

Punkt żywieniowy Janowice Wielkie
fot. www.przejsciekotliny.org

  
      Różanka była dla nas początkiem nowej nadziei – jesteśmy znów w okolicach 30 miejsca. Wracamy do gry 😀 Dostaliśmy tak wielkiego kopa energetycznego, że nawet Ala inicjuje zbiegi. A to wybitna rzadkość 😉 Czeka nas teraz długi, asfaltowy odcinek na którym rozwijamy szaleńczą jak na te warunki prędkość. Do tego stopnia, że wyprzedzana przez nas dwójka wypytuje, co mamy w bukłakach. Mijamy Szałas Muflon ( jak ja uwielbiam tą nazwę) i niedługo meldujemy się na PK 5. Mamy 66 kilometrów w nogach, zaczynam powoli to czuć.  Przyjemny odcinek niebieskim szlakiem wiedzie nas dalej. Jesteśmy sami pośród nocy i lasu. Jednym z objawów nadchodzącego kryzysu są z rzadka występujące przewidzenia. Krzaki oraz wysokie trawy co jakiś czas przybierają postacie ludzi czy zwierząt. Dreptając na Okole wypadamy na łąkę bez oznaczeń szlakowych. Jak zawsze rozdzielamy się i szukamy czegoś oddzielnie. Buszując skrajem lasu znajduję…nagrobek. Wypadam na bezimienny, przysypany ziemią grób. Niespodzianki wszędzie 😀 Po chwili jednak w świetle czołówki lokalizuję oznakowanie szlaku na pobliskim drzewie. Szybki telefon, ustalenie kierunku marszu i dalej.   Przedzieramy się bardzo wąską ścieżką przez bujnie zarośnięty las, przeszukuję pamięć chcąc wyciągnąć wspomnienia z zeszłego roku. Coś mi przypomina błądzenie. Wbrew obawom szybko docieramy na PK 6 – 75 km. Większość za nami 😀 Jestem trochę zły na Alę, że naciska na dalsze napieranie bez chwili przerwy. Jednak nie protestuję – w głębi duszy wiem, że tak lepiej. Uczynne chłopaki na punkcie pomagają nam uzupełnić wodę w bukłakach i ruszamy dalej. Mijamy Okole i kierujemy się dalej, ku Chrośnicy.   Podczas zejścia dopada mnie Pan Kryzys. Objawami są: zmniejszenie tempa marszu, brak koncentracji na trasie, obojętność. Zauważając to Ala przejmuje prowadzenie i częstuje mnie czymś bezcennym – tabletki z kofeiną działają cuda :D. Mijamy naprawdę paskudne podejście na Grapę i Leśnicę i stajemy u podnóża Góry Szybowcowej. Wstaje dzień. Zaczynam się lepiej czuć.   Góra Szybowcowa wita nas ładnym pejzażem, jednak nie mamy czasu na podziwianie. Po zwyczajowym zameldowaniu naszych numerów startowych pijemy i maszerujemy dalej. Rzucam tylko przelotnie okiem na listę startową Mało osób było na punkcie, natomiast rezygnacje znaczone grubą, czarną kreską mnożą się. Dobry prognostyk.

Znaleziony obraz
Góra Szybowcowa
fot. www.rcswiebodzice.pl

   Powoli wstaje piękny dzień, zaczynam czuć się coraz lepiej. Do tego stopnia, że znów mam ochotę na zbiegi. Dziękuję Ali za wsparcie, jednak myśli mam ciemne – przed nami najbardziej podstępny punkt kontrolny jaki znam 😀 Perła Zachodu, ile to się naszukaliśmy przeprawy przez Bóbr żeby się do niej dostać. Tym razem jesteśmy zdecydowani – zero tracenia tam czasu!   Szybkim tempem asfaltujemy przez Jeżów Sudecki i zgłębiamy się w las porastający Górę Gapy. Teraz pełne skupienie, co chwilę zerkamy na mapę i kompas. Na uznanie zasługuje tutaj zwłaszcza moja towarzyszka, która nad wszystkim czuwa. Odnajdujemy w końcu właściwy skręt i zaraz wpadamy na innych ludzi. Grupą docieramy już do Perły, bez problemu odnajdując słynną kładkę.

Kładka na Bobrem widziana z Perły Zachodu

      Zbliżamy się powoli do dwóch magicznych rzeczy. Pierwszą jest magiczna 100, do której brakuje nam 6 km. Drugą, bardziej wyczekiwaną jest stacja Lotos zlokalizowana przy trasie Przejścia. Mityczne niebo, gdzie można chwilę odsapnąć, zjeść coś ciepłego i uzupełnić zapasy. Obsługa stacji nie pierwszy raz goszcząc uczestników przejścia jest wyrozumiała na nasz wygląd i aromat. Pałaszujemy po hot dogu, przebieram getry w krótkie spodenki i już jestem poganiany by ruszać.   Chwila w plątaninie leśnych ścieżek i wypadamy w Goduszynie, mając ostatnie kroki do punktu kontrolnego numer 9, zlokalizowanego na 100 km trasy. Witają nas tam dwie przemiłe panie. Gratulują  dotychczasowej postawy, co podbudowuje morale. Byłbym zapomniał, HERBATA. Jest gorąca herbata i cukier. Wypijam łapczywie kubek i momentalnie czuję poprawę samopoczucia. Pytamy o jakieś wskazówki na następny etap trasy, gdyż jest on zdrowo zakręcony. Musimy się przedostać do Wojcieszyc leśnymi ścieżkami by tam wypaść na niebieski szlak prowadzący dalej.  Widzę, że Ala słabnie, pozostaje bardziej z tyłu. Musi mieć chwilowy kryzys. Wiem, że to przetrzyma, ale muszę zdwoić wysiłki by wyprowadzić nas z tej plątaniny ścieżek. Pojawiają się wymiany zdań i dyskusje z cyklu “dlaczego tak a nie inaczej”.  Po krótkim czasie udaje się nam jednak wypaść w Wojcieszycach i pod kościołem wbijamy na niebieski. Maszerujemy nim dłuższy czas i tym razem ja popełniam spory błąd. Sugerując się wskazaniami kompasu olewam brak znakowania szlaku i w efekcie czego nadrabiamy dodatkowe 1,5 km. Na domiar złego zgubiłem mapę uciekając przed psami które wybiegły z mijanej posesji.   Jest mi cholernie głupio i wstyd. Ale czasu nie cofnę, trzeba dojść do PK na 108 km. Po zwyczajowym zameldowaniu i nawodnieniu maszerujemy w kierunku najbardziej znienawidzonego punktu kontrolnego na Przejściu. Z Gorzyńca atakujemy Wysoki Kamień. Nosz ku*wa mać. Wybaczcie mi, ale to wzniesienie wybitnie mi nie leży. KILOMETRY jałowego podejścia. Schowanego w lesie, ciągnącego się jak flaki z olejem. Bez grama widoków czy adrenaliny. Człowiek po prostu lezie pod górę umierając z nudów. I zmęczenia. Klnę pod nosem na czym świat stoi po polsku, angielsku, niemiecku i rosyjsku.

Znaleziony obraz
Wysoki Kamień.
fot. www.wysokikamien.com.pl

   Wreszcie! Odnajdujemy PK nr 11 pod szczytem. Można wreszcie rozpocząć “schodzenie”…schodzenie, w którym w sumie jest więcej podejścia niż zejścia.  Na domiar złego zaczyna podać. Z początku słabo, jednak gdy wypadamy na asfalt w kierunku Jakuszyc opady przybierają na sile. Ubieramy kurtki. Wraz z wilgocią pojawia się uczucie zimna. Ręce trzęsą mi się tak, że nie mogę zapiąć suwaka puchówki.   Na domiar złego Ala definitywnie słabnie, dreptamy ostatnie kilometry do zlokalizowanego na Polanie Jakuszyckiej  ostatniego punktu kontrolnego na trasie. Ciągnie mi się to niemiłosiernie. W dodatku wracają wspomnienia. Rok temu na tym odcinku byłem tak zmęczony, że miałem ostre halucynacje. Wjeżdżające we mnie meleksy i inne takie 😀 Wreszcie! Docieramy. Zatrzymuję się na chwilę i gawędzę  z obsługą punktu. Ali jest bardzo zimno i woli się nie zatrzymywać.

Znaleziony obraz
Owcze Skały – jedna z formacji skalnych Przedziału
fot. www.panoramio.com

   Ruszamy na owiany złą sławą Przedział. Generalnie jest to miejsce mocno zarośnięte, mokre i nieprzyjazne. Góra z której należy zejść korzystając z leśnych ścieżek gdyż oznakowanego szlaku brak. Pada, pojawia się mgła. Na domiar złego nie zdążymy przed zmrokiem. Czołówki mamy przygotowane pod ręką. Zanurzamy się w las, który zdaje się nie mieć końca. Po niesamowicie długim czasie mijamy wyczekiwane skalne formacje i docieramy do punktu odbicia ze szlaku i rozpoczęcia zejścia.   Początkowo schodzimy znaną nam dróżką, jednak pamiętając zeszły rok postanawiamy po prostu ściąć stok i zejść pionowo w dół. Zapadł zmrok, pada deszcz, mgła. Światło czołówek daje nam widoczność na 2-3 m. Ku naszemu niemiłemu zaskoczeniu lądujemy w gęstych krzakach nad brzegami wartkiego strumienia. Jego koryto jest szerokie i głębokie. Poziom wody wysoki. Konsultacja z mapą mówi nam, że za nim powinna być droga, do której zmierzamy. Zaczynamy się sprzeczać, który kierunek powinniśmy obrać. Góra czy dół? W pewnym momencie Ala rzuca:- Słabo mi, zaraz zemdleję.   Nie muszę chyba mówić jakie dreszcze przeszły mi przez plecy. W obecnych warunkach jedyne, czego mi do szczęścia brakowało to mdlejąca partnerka. Na szczęście po chwili ta twarda dziewczyna się opamiętała, zgodziła się na marsz w dół, zgodnie z kierunkiem strumienia.    Przedzierając się w kompletnych ciemnościach przez krzaki czuliśmy się niepewnie, jednak po chwili zlokalizowaliśmy światło. Cóż za cudowne uczucie! Światełko w ciemnościach dodało nam sił, zarówno fizycznych jak i psychicznych. Światełkiem tym okazał się Kamieńczyk, schronisko leżące kawałek od naszej mety. Wreszcie! Zostało nam parę malutkich kroczków. Ślizgając się i upadając na wybrukowanym kamieniami fragmencie szlaku schodzimy do Szklarskiej. W ostatniej chwili wyprzedza nas jeden z uczestników, nie przejmujemy się tym. Już tak blisko do miejsca gdzie wreszcie będzie można usiąść, ogrzać się, zjeść coś i napić. Wreszcie, parę minut po 32 h od wyruszenia docieramy do Szałasu Żywieckiego, witani brawami pakujemy się na piętro do biura zawodów, gdzie po raz ostatni w tym roku podajemy swoje numery startowe i odbieramy certyfikaty ukończenia przejścia. Przygoda zakończona!

Cenna pamiątka 😉

   Certyfikat ten dla mnie jest czymś bardzo ważnym, za  każdym razem, gdy na niego patrzę to myślę, że chcę jeszcze. Uruchamia on we mnie te wszystkie wspomnienia, mniej lub bardziej przyjemne, ale jednak fantastyczne. W długodystansowych przejściach górskich jest coś magicznego, coś co powoduje, że ludzie chcą do tego wracać. Na takie uzależnienie to ja się godzę 😉