Trzynaste, ale nie pechowe Przejście

 

„Bo góry mają w sobie to coś…

Są jakby bliżej nieba”…

 

 

Gdy ponad cztery lata temu pojawił się w moim życiu temat gór, nie przewidywałem, że odciśnie tak głęboki ślad w mojej codzienności oraz postrzeganiu kolejnych dni przez pryzmat pasji. A ta rodziła się powoli, w skupieniu i pocie czoła wraz z każdym nowo zdobytym szczytem. Początki zawsze są trudne, ale jednocześnie najpiękniej się je wspomina. Pierwsze zdobycie Śnieżki, Szrenicy, Kasprowego czy Giewontu przywołuje w mej pamięci obrazy, które na tyle głęboko utkwiły w mej świadomości i sercu, że nie muszę tam być by czuć i widzieć to piękno zaklęte w tychże miejscach. Nic więc dziwnego, że gdy trzy lata temu raz pierwszy usłyszałem o Przejściu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej moje ciało od razu zachorowało o czym wspominałem Wam rok temu pisząc swoje odczucia z Przejścia. Podobnie i tym razem nie wyobrażałem sobie już września w moim kalendarzu bez obecności i udziału w tym wydarzeniu. I o tym właśnie słów kilka…

XIII edycja Przejścia zasadniczo nie miała się różnić niczym od pozostałych. Zasadniczo – bo już rok temu Orgi informowały, że z racji obostrzeń KPN-u czeka Nas rewolucja. I faktycznie rewolucją można by to nazwać jeśli ktoś pamięta w jakich okolicznościach odbywały się poprzednie edycje. Najważniejsza zmiana, mająca wpływ na całą imprezę to godzina startu. Zawsze wyruszaliśmy punkt 20. Miało to swój niepowtarzalny urok. Zwłaszcza minuta ciszy przed startem ku pamięci Chłopaków była swego rodzaju krótkim, ale mistycznym przeżyciem. Obawiałem się, że tym razem nie uda się zachować charakteru tej chwili. Pomimo zmiany godziny na 12 w południe nic w tej materii się nie zmieniło. Na komendę „Proszę o minutę ciszy” nagle wszystko i wszyscy się zatrzymali. Nastała znajoma cisza wypełniona cichym gwarem pędzącego centrum, znowu słychać było szum wody i drzew i czuło się, że tu i teraz jest czas dla Nich. A po chwili wszystko się zaczęło dla mnie po raz trzeci. Ruszyliśmy ku przygodzie, niesamowitemu wyzwaniu, by pokonać 134 kilometry ciężkiej i wymagającej trasy. W tym roku dane mi było maszerować w dość dużym, głośnym i charakterystycznym składzie zwanym ‘Aktywną Złotoryją”. 20160916_112409.jpg   

Kompani zaprawieni w bojach, mający setki kilometrów w nogach, kochający wyzwania, przygody i co najważniejsze góry;-) Ekipa składała się z 3 śmiałków i dwóch pań, które to raz pierwszy porwały się na zdobycie Kotliny. Prognozy pogody nie były optymistyczne. Wszystko wskazywało na to, że niebawem niebo dostarczy nam atrakcji w formie deszczu co w większości poprzednich edycji było swego rodzaju normą. Zeszłoroczne Przejście pod tym względem odbiegało więc od nazwijmy to normy. Póki co jednak, zarówno temperatura jak i ogólne warunki atmosferyczne były dobre żeby nie powiedzieć rewelacyjne. Podejście na Szrenicę w ciągu dnia jak i cały marsz pasmem Karkonoszy o tej porze było nowością. Zdecydowanie było inaczej i to jak dla mnie na minus. Zniknęła magia w postaci świetlistego węża ciągnącego się wzdłuż całego podejścia a potem już na głównym grzbiecie. Brakowało również znanego pomrukiwania jeleni, ale te na szczęście dały o sobie znać podczas schodzenia na Przełęcz Okraj. Trudno – trzeba było pogodzić się i z tymi zmianami, które w końcu niosły tez pewne plusy. W nocy oświetlona Kotlina wyglądała co prawda bajecznie, ale widoki za dnia rekompensowały wszystko. W doborowym towarzystwie i przy sprzyjającej aurze kolejne kilometry mijały Nam dość szybko. Za dobrze by jednak było, gdyby było tylko dobrze. Już na Hali Szrenickiej jeden z Naszych kompanów zaczął mieć problemy z podwoziem co wraz z kolejnymi kilometrami zaczęło dotyczyć o dziwo prawie każdego z Nas. Pomimo zaprawienia w bojach stopy w tym roku postanowiły zaprotestować. Nie obyło się więc na częstych postojach celem konserwacji tego co jeszcze ratować się dało by móc dalej iść ku przygodzie. Marsz w większym gronie to też duży plus. Po raz pierwszy większą część trasy udało się udokumentować fotograficznie co w długie jesienne wieczory sprawia ogromną frajdę (mowa rzecz jasna o podziwianiu uchwyconych widoków).Na pierwszym Punkcie Kontrolnym na Przełęczy Karkonoskiej czekała na Nas miła niespodzianka. Oto sam Grzegorz Leszek – mistrzu, który szczyty zdobywa szybciej niż błyskawica serwuje Nam wodę. Nie obyło się rzecz jasna bez sesji fotograficznej ze znana osobistością by nie powiedzieć górskim celebrytą;-)Krótka wymiana zdań i w drogę. Dodam, że Grzegorz postanowił Nas jeszcze miło zaskoczyć w dalszych etapach trasy ale o tym później. Pierwszy dłuższy postój zaplanowaliśmy w Domu Śląskim. Nastał czas odpoczynku, doładowania energii czy to złotym trunkiem czy też ciepła strawą i obmyślanie strategii na dalszą drogę. Od teraz musieliśmy się już sprężyć gdyż czas naglił a punkt kontrolny na Przełęczy Okraj obwarowany był jak zawsze limitem czasu. Jak wspominałem zejście umilał nam dźwięk rykowiska ale i spontanicznie śpiewający przejściowicze. Co jak co ale atmosfera jak zawsze była rewelacyjna. Góry, przyroda, świetni ludzie – czego chcieć więcej?!? Tuz po 21 zameldowaliśmy się na kolejnym Punkcie Kontrolnym. Schronisko jak co roku przepełnione niekiedy mocno już zmaltretowanymi uczestnikami więc posilamy się na zewnątrz. Pogoda mimo gróźb wciąż Nam dopisuje choć jeszcze na Śnieżce dostaję sms-a, że całkiem niedaleko Nas już leje. No ale tu i teraz sucho więc kto by się tam tym przejmował. Zbieramy ekipę i ruszamy w dalszą podróż ku Rudawom Janowickim tym razem dla odmiany w nocnej scenerii. Na Przełęczy Kowarskiej wspominamy zeszłoroczną niespodziankę Lasów Państwowych, której w tym roku co tu kryć, mocno brakowało. A to był taki miły kop energetyczny. Trudno się mówi, idzie się dalej bo samo się nie zrobi pomyślałem. Jedni wolniej inni szybciej zdobywają kolejne metry wspinając się ku górze. Ci niektórzy pozwalają sobie na Rozdrożu Pod Bobrzakiem uciąć krótką drzemkę. I co niektórzy na długo ją zapamiętają. Otóż jedna z Naszych dam w dalszym etapie trasy (konkretnie na Wołku) oznajmia wszem i wobec, że jej aparat nadal chyba smacznie śpi na wspomnianej łące na rozdrożu. Sprzęt warty nie małe pieniądze i dylemat co tu teraz robić. Zapada decyzja by iść dalej ale o sprawie informujemy ekipę PK w razie, gdyby ktoś sprzęt znalazł i o tym zameldował. Strata zarówno finansowa ale i duchowa – w końcu zarejestrowaliśmy tym aparatem już spory etap naszych zmagań. Rudawy nocą też smakują inaczej. Są mroczne, owiane jakąś tajemnicą i łatwo zgubić szlak jeśli się zbytnio odpłynie ku sennym marzeniom, które pojawiają się już w głowie. My jednak pod wodzą Sławka – Naszego nawigatora pędzimy dalej nie zważając na porę. Nasz cel to punkt żywieniowy w Janowicach. Ciekawi jesteśmy jak to będzie wyglądało bo to kolejna zmiana w stosunku dla lat ubiegłych. Nasz cel osiągamy już późną nocą bądź nad ranem – zależy jak na to patrzeć. Tu i ówdzie na ławkach skrzą się złociste folie skrywające pod sobą zmęczone i nieco zziębnięte ciała kolejnych uczestników. My jednak kierujemy się do bufetu gdzie również zaskoczenie. Makaron w tym roku zyskał konkurencje w postaci zupy. O masz babo placek – co tu wybrać?!? Wierny swym przekonaniom zostaje jednak przy znanym mi makaronie – po przebytych kilometrach człowiek jest w stanie pożreć wszystko byle by było ciepłe. Do tego gorąca herbatka z sokiem i od razu człowiekowi wraca chęć do dalszego maszerowania. Rzecz jasna makaron smakuje jak zawsze wybornie. Tylko miejsce inne co nieco mnie martwi. W głowie mam już myśl, że kolejny etap wędrówki to złowroga i tak bardzo znienawidzona przeze mnie góra zwana Różanką czy też właśnie jeszcze do poprzedniej edycji górą makaronową. Po morderczym wysiłku związanym ze zdobyciem jej szczytu miało się świadomość oczekującej nagrody. Teraz jakby odebrano mi tę motywację by owy przeklęty pagórek zdobywać. Cóż poradzić – i tej nowości będzie trzeba niebawem stawić czoła. Póki co zapada jednak wspólna decyzja, by oddać się na moment w objęcia Morfeusza co też czynimy z różnym skutkiem. Mi niestety nie udaje się zasnąć na twardej, betonowej kostce. Do tego łapie mnie gigantyczny skurcz skutecznie wybijając z głowy myśl o spaniu. Już nie wspomnę o koledze, który swym chrapaniem na nogi zapewne postawił znaczną część okolicznych mieszkańców. Ale co tam – ważne, że chłopina choć trochę wypoczął;-) Tuz po godzinie 5 rano czas przerwać tą błogą atmosferę i zebrać się do dalszej drogi co łatwe nie jest. Mięśnie zdążyły się już z lekka zastać i wychłodzić co skutkuje przeraźliwym odczuciem chłodu i problemami ze stawianiem kolejnych kroków. I tu na moment się zatrzymam z mym wywodem. Otóż jak wspominałem jedna z Naszych koleżanek była do tej pory święcie przekonana, że jej aparat został na wspomnianej przełęczy. A tu nagle Anna wyciąga pokrowiec z aparatem w środku. Kto gdzie kiedy i jak go tam schował owiane pozostanie tajemnicą. Radość jest przeogromna. Wspomnieć należy tu również że na bufecie raz kolejny spotykamy się z Grzesiem Leszkiem, który realizuje swoja obietnicę złożoną na pierwszym punkcie kontrolnym. A mianowicie damska część Naszego grona była mocno zawiedziona , że wita się Nas wodą a nie np. szampanem. Grześ podłapał temat i obiecał, że będzie i szampan i truskawki. I rzeczywiście w Janowicach zgodnie z obietnicą na dziewczyny czeka już szampan. Zaskoczenie totalne ale i bardzo miły akcent. Zapominamy jednak o nim i ruszamy dalej. Czeka Nas jeszcze tylko krótka wizyta w specjalnie dla Nas otwartym o tej porze sklepie – ukłony i ogromne podziękowania dla Pana Mirka za całonocne czuwanie, dzięki czemu niczego Nam nie zbrakło i można było uzupełnić ewentualne braki bądź ubytki w ekwipunku na dalszą drogę. No i ruszamy w pełnym składzie dalej ku owianej złą sława górze. Staram się nastawić psychicznie na to co mnie czeka ale jak zwykle mi się to nie udaje. Jednocześnie świadomość braku nagrody i zapachu makaronu podczas podejścia skutecznie podkręca mój już i tak bojowy nastrój. Jeszcze tylko rzut oka na spowite poranną mgłą Rudawy i do góry. I tu następuję moje pierwsze odcięcie. Bunt, protest i standardowo morze niecenzuralnych słów. Zwyczajnie nie mam sił by pokonać ten pagórek. Stawiam nogę za nogą co róż zatrzymując się by złapać oddech. Po dłuższej chwili osiągam jednak szczyt przeklętej góry i mknę by zameldować się na kolejnym punkcie kontrolnym i choć na moment ulżyć mym zmęczonym już marszem stopom. Rozkładam się wygodnie na tutejszej ławce i czekam na resztę ekipy. Nasz nawigator postanawia zakonserwować raz kolejny uszkodzone marszem podwozie co pozwala mi odpłynąć na całe 10 minut. Sen przychodzi na zawołanie ale nie trwa długo. Trzeba iść dalej o czym uświadamia mnie wybudzająca mnie troskliwa ciocia Ania – kobieta ze znikającym aparatem skąd inąd. Trudno jest się przyzwyczaić do stawiania kolejnych kroków, do tego zaczyna mnie męczyć ból kolana i ogólne zmęczenie przez co staje się trudny w obsłudze i nieprzyjemny dla otoczenia. A przed Nami kolejna nowość. Zmieniony przebieg szlaku, który wprowadza Nas w pasmo gór Kaczawskich. Do tej pory ścieżka wiodła polem ku zboczom Dudziarza i Straconki. W tym roku jednak zafundowano Nam niekończącą się opowieść w postaci monotonnego asfaltu. Istna masakra dla stóp i mojej psychiki. I tak aż do samego Komarna. Część Naszych znacząco Nas wyprzedziła informując że spotkamy się na kolejnym PK. W bólach i trudach wędrówki zmierzamy więc z Nawigatorem i Ciocią Anna od zgubionych aparatów 😉 ku kolejnym wzniesieniom. Niebawem mijamy szczyt Barańca i szybko schodzimy by osiągnąć kolejny cel czyli PK na Przełęczy Komarnickiej. Tu niestety nie czeka na Nas jak rok wcześniej full wypas. I choć była nadzieja to czar prysł. Ani kawy, ani ciastek….ech. No cóż. Cała ekipa ponownie spotyka się pod charakterystycznym dla tego miejsca drzewem z butami, które nadgryzł chyba ząb czasu bądź jakiś niefrasobliwy turysta – trudno stwierdzić na pierwszy rzut oka. Tu raz kolejny większość z Nas konserwuje nadwątlone marszem stopy a Panowie raczą się napojem Bogów, który dodaje im energii niczym sok z gumi-jagód. Krótki pit-stop i lecimy dalej. P9177047.jpg

Zaczynają działać zażyte środki przeciwbólowe przez co odczucia bólowe przechodzą w fazę zaniku dzięki czemu zyskuje nowe siły i postanawiam lekko podenerwowany nonszalanckim zachowaniem części mojej grupy znacząco ich wyprzedzić co będzie miało swoje konsekwencje w dalszym etapie podróży. Niesiony chyba spora dawka ibuprofenu mknę ku kolejnej nowości na tym Przejściu. Nowy przebieg szlaku wiodącego na Okole. W oddali widzę Przełęcz Widok ale tym razem tam się nie udaję, gdyż oznakowanie karze obrać inny kierunek marszu. Ech widok Karkonoszy z tego miejsca jest jedyny w swoim rodzaju ale tym razem musi mi wystarczyć to co widzę tu i teraz. Nowy przebieg trasy przypada mi do gustu. Raz polem, raz podwórkiem, to trochę pod wyciągiem i tak mijam mikro-stację sportów zimowych i prawie frunę dalej ku Okolu. Faktycznie w pewnym momencie trasa była wręcz dzika ale bez problemu osiągam kolejny cel podróży. Postanawiam zaczekać chwile na moją ekipę ale ta się nie zjawia. Podejmuje decyzje że idę dalej by jak najefektywniej wykorzystać dzień i czas. Dzieli mnie tylko godzina od startu grupy pościgowej czyli Połowy Przejścia. Docieram do charakterystycznej wiaty na rozdrożu i znów zatrzymuje się na dłużej zerkając co róż czy gdzieś przypadkiem nie widać moich towarzyszy. Ale tych mimo długiego oczekiwania nie ma. Wyruszam więc dalej sam z myślą, że n górze Szybowcowej na pewno się spotkamy. Już w drodze na Okole zerkając w niebo z niepokojem stwierdzam, że czarny scenariusz prognozowany odnośnie pogody prędzej czy później chyba się jednak spełni. Póki co jednak nie pada i idzie się dobrze. Dość szybko docieram do Chrośnicy gdzie zwyczajowo mijam stado wesołych hien przy pierwszym domostwie. Próbowały nawet ze mną rozmawiać, może pytały jak się idzie i jak samopoczucie ale jakoś nie byłem w stanie zrozumieć ich języka. W obawie, że może jednak źle odbieram ich intencje dość szybko oddaliłem się ku dalszej części mej trasy cały czas mając z tyłu głowy myśl co się stało z moimi kompanami niedoli. Droga ku Górze Szybowcowej zaczyna mi się dłużyć. Brak towarzystwa robi swoje i człowiek zaczyna poddawać się temu co dyktuje mu głowa. A  w tej prędzej czy później pojawia się walka i zwątpienie. Nauczony doświadczeniem lat ubiegłych wiem, że tego typu kryzysy należy szybko ogarniać bo inaczej siada cały system i plany szybko się dezaktualizują. Robię więc porządek, uspokajam oddech i oczyszczam umysł. Tak zresetowany mogę iść dalej. W końcu osiągam swój cel. Na Górze Szybowcowej przyjemnie już nie jest. Dość mocno wieje, do tego pojawia się pierwszy deszcz. Starym zwyczajem postanawiam zalogować się w tutejszej knajpie i zjeść cos ciepłego. Pada na bigos, który mnie tu jeszcze nigdy nie zawiódł. Krótka wymiana zdań z Panią właściciel, zmiana ubiory na bardziej odpowiadający panującej aurze i oczekiwanie na przybycie mej grupy. Czas mija, kolejni ludzie dochodzą ale swoich towarzyszy nie widzę. Co jest grane? Zaczynam się martwić. Wpadam więc na pomysł by kanałami spróbować się z Nimi jakoś skontaktować bo jakoś wcześniej nie wpadłem by zorganizować sobie choć jeden numer telefonu któregoś z członków mego zacnego grona. Niestety podejmuje decyzję, że trzeba iść dalej z nadzieją, że niebawem uda się namierzyć swoich. Podczas schodzenia do Jeżowa niebo zaczyna mnie straszyć wylewając na mnie pierwsze większe ilości wody. No tak – zostawiłeś swoich więc kara musi być myślę. Nie zważając na to idę dalej. Przede mną Góra Gapy a potem Perła Zachodu. Tej części trasy  dziś dzień nie poznałem zbyt dobrze więc zdaje się na doświadczenie innych Przejściowiczów, które okazuje się akurat nie wiele większe niż moje. Wspólnymi siłami jednak obieramy dobry kierunek. I nagle zaczyna się armagedon, który trwał już będzie do końca. Niebo strzela totalnego focha i zaczyna się lać strumieniami. Zmuszony sytuacją zatrzymuję się by przyodziać swą magiczną pelerynę wodoodporną, z którą jak się później okaże nie rozstaniemy się już do samego końca mojej przygody. Perłę Zachodu witam w strugach lejącego zewsząd deszczu. W środku wesołe pląsy świadczące o odbywającym się właśnie weselu. To akurat tez przejściowy standard. Postanawiam założyć stuptuty, gdy nagle dostrzegam przy sobie znajomą postać. Chwila namysłu i już wiem. Po latach od ukończenia szkoły podstawowej przede mną, we własnej osobie stoi Pan Wojtek- mój były nauczyciel wf-u. Miłe spotkanie po latach. Krótka wymiana uprzejmości i trzeba iść dalej co od dłuższej chwili łatwe i przyjemne już nie jest. Bardzo szybko moje buty nabierają wody do czego będę zmuszony się już przyzwyczaić. Z przyjemnego marszu czas przejść do etapu walka o przetrwanie. Do Stacji Lotosu docieram a w sumie dopływam z napotkana grupa osób. Sprawdzam telefon a tu niespodzianka. Wcześniejszy plan wypalił i mam namiary na swoich. Udaje mi się skontaktować z ciocią od ginących aparatów. Dowiaduje się, że na Górze Szybowcowej niestety część naszej drużyny postanowiła przerwać swoja przygodę i na polu walki została sama wraz z towarzyszącym jej czarnym koniem naszego teamu Jerzym. Byli akurat na Perle więc postanowiłem nie ruszać się z ciepłego lokum i zaczekać na ich przybycie co nastąpiło bardzo szybko jak na panujące warunki. Ania i Jerzy dotarli wraz z nowymi nawigatorami – Wojtkiem i Piotrem którzy podjęli się wyzwania przeprowadzenia Nas przez najtrudniejsze nawigacyjnie odcinki za co teraz i zawsze niech im będzie chwała. Czekam aż przybyli ogrzeją się łykiem gorącej herbaty na ukochanej przez Nas Przejściowiczów stacji i szykuje się do dalszego marszu już w częściowo nowym składzie. Siły są, głowa ogarnięta, stopy ech….już dawno wszystkie możliwe systemy ochronne zostały tam wyłączone bądź nazwijmy to krótko zalane więc musze pogodzić się z faktem iż nie będzie łatwo, przyjemnie a co już na bank pewne – SUCHO ;-( Decyduję jednak, że mimo aury, która już w niczym nie przypominała wczorajszej cudownej pogody w Karkonoszach, maszeruje dalej. To nowe wyzwanie. Przy pierwszej próbie przejścia pokonał mnie właśnie deszcz i kontuzja. Druga próba to cudowna pogoda i wygrana umysłu nad ciałem. Tym razem czas stawić czoła kolejnemu wyzwaniu i Przejściowej normie jaką jest deszcz. Wyruszamy gdy na zewnątrz zaczyna zapadać zmrok co oznacza, że trudny i nieznany mi etap trasy będę pokonywał raz kolejny nocą. Idziemy duża grupą, w dość miarowym tempie. Nawigatorzy robią co mogą by choć nogi szły tam gdzie powinny pomimo pory, aury i wszelakich innych niedogodności. A łatwo nie jest bo trasa momentami przypomina istny tor przeszkód pełen wody, błota i Pan Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze. Najgorsze jest oczywiście błoto, które momentami dosłownie wciąga. Chwila nieuwagi i albo leżysz albo wpadasz po kolana. Pogodziłem się już z faktem pontonów na nogach, przyjąłem do wiadomości, że stopy po tym wszystkim być może trzeba będzie amputować (hehe żartuje oczywiście). Osiągamy zadziwiająco sprawnie kolejne cele naszej podróży mimo iż z każdą chwilą pogoda serwuje nam nowe ekstremalne doznania. Zmęczenie, noc, trudne warunki  robią swoje. Przy kolejnym postoju, gdy muszę spróbować ratować mój aparat ruchu dochodzi do małego ale energetycznego spięcia między mną a ciocią Anną od aparatów- tych rzekomo zgubionych rzecz jasna. Sprawa w sumie błacha, ale jak to w takich sytuacjach robi się nerwowo i niezbyt przyjemnie. Przez dłuższy czas odczuwa się potem wzajemne napięcie. W tym miejscu raz jeszcze przepraszam mą towarzyszkę niedoli, skąd inąd fantastyczną kobietę, której nie straszne chyba żadne wyzwania i szaleństwa. Gro osób już dawno zrezygnowało a Anna z uporem maniaka postanowiła, że osiągnie swój cel i niech tylko ktoś spróbuje jej w tym przeszkodzić. W tej zawiesistej atmosferze, dodatkowo zagęszczonej mgłą wędrujemy w kierunku zakrętu śmierci. Droga dłuży się niemiłosiernie a pogoda z każda chwilą co raz bardziej utrudnia nam przemieszczanie się. Na moment postanawiamy wraz z czarnym koniem Naszej wyprawy – Jerzym zatrzymać się w jednej z wiat gdzie tubylcy rozpalili ognisko. Choć przez moment jest ciepło, którego tak bardzo już brakuje. Robi się zbyt przyjemnie więc chciał nie chciał trzeba ruszać dalej. Tylko jak?!? Zamglenie jest tak duże, że jedyne co widać przed nami to biła ściana. Następny punkt podróży to Wysoki Kamień ale dotarcie tam graniczy z cudem, gdyż dostrzeżenie oznaczeń jest praktycznie niemożliwe. Całe szczęście że droga wiedzie prosto do góry więc idziemy na tzw „czuja”. W końcu osiągamy swój cel. Tu cała formacja skupia się na nowo w jeden organ by ruszyć dalej ku Zwalisku a potem Jakuszycom. Drogowskaz oznajmia , że dzieli Nas 15 minut od wspomnianego Zwaliska ale droga wydaje się nie mieć końca. Szlak nie przypomina już przyjemnej ścieżki tylko miejscami zamienia się w  błotnistą rzekę, którą przed chwilą przeszło chyba stado byków. Nikt już nie myśli o przemoczonych butach czy o tym, by choć próbować walczyć z ich dalszym przemakaniem. Od teraz to już czysty survival. Walka o przetrwanie, o każdy centymetr trasy, o to by w ogóle iść do przodu. Ciemna noc, hektolitry deszczu, gigantyczna mgła, przenikliwe zimno i piątka szaleńców którzy za nic mają sobie to co się wokół nich dzieje. Z drugiej strony raczej trudno sobie wyobrazić pozostanie w miejscu, w którym się obecnie znajdujemy. Zejście na Rozdroże Pod Cichą Równią okazuje się kulminacją wszystkiego co niejeden zaprawiony w bojach Przejściowicz miał okazję już przeżyć. Większość z Nas nie pamięta jak tam dotarliśmy. Za to chyba każdy doznał omamów słuchowych i wzrokowych. Umysł zaczął płatać Nam figle. Poniosła Nas fala płynąca długim asfaltowym duktem. Konieczne okazuje się zatrzymanie w wiacie na Rozdrożu by ogarnąć zmęczone ciała i choć przez moment odpocząć bo zwyczajnie brak już sił i motywacji. Jest przeraźliwie zimno. Zapada decyzja że idziemy spać i każdy kto może tworzy szczelny kokon z folii NRC. Swoją droga cudowny wynalazek. Ja jako jedyny ze stawki nie przyłączam się do wspólnego leżakowania tylko pilnuję by wszyscy byli w miarę bezpieczni oraz mam oko na Nasz ekwipunek. Towarzysze drzemią prawie 50 minut co za chwile okaże się fatalnym błędem. Wychłodzone, wyczerpane organizmy po przebudzeniu odmawiają jakiejkolwiek współpracy. Pojawiają się myśli o rezygnacji na najbliższym punkcie i większość z takim zamiarem rusza ku Polanie Jakuszyckiej. Ta myśl dodatkowo mnie przygnębiła bo kto był w tym miejscu ten wie, że podjęcie takiej decyzji praktycznie 8 km przed metą jest szalenie trudne. Ale czasem konieczne bo zdrowie, życie i bezpieczeństwo są tu najważniejsze i to nie podlega żadnej dyskusji. Dość mocno wraz z Jerzym zaczynamy odstawać od reszty grupy która zym prędzej chciała zameldować się na PK. Ostatecznie na Polanę docieramy już sami. Tu raz kolejny wita Nas postać Grzesia Leszka, który na wieść, że mój współtowarzysz zamierza zrezygnować wraz z koleżanką z punktu robią wszystko by odwieść go od tego pomysłu. I choć wszystko było już postanowione i nawet nagrany transport o dziwo udaje im się to. W ramach gratulacji i w celu dalszej motywacji Grzegorz podnosi Nasze morale s\częstując Nas dawką potrzebnych kalorii w postaci wafelków. No i jak tu nie cieszyć się z obecności takich motywatorów na trasie. Ruszamy więc wraz z Jerzym ku ostatniej przeszkodzie na trasie owianej bardzo złą sławą. Uprzedzam towarzysza i staram się go przygotować na to co ma Nas spotkać. Przedział przy takiej pogodzie to istny tor przeszkód, morze wody, błota i ogólnie najgorszy horror każdego zmoczonego już Przejściowicza. Jurek dostał takiego kopa energetycznego i motywacyjnego, że nawet nie wiem kiedy zostawia mnie samego i znika daleko z przodu. Odtąd wędruje już sam aż do mety bez moich współtowarzyszy, którzy jak się później okaże mimo, iż mieli rezygnować, wszyscy prędzej czy później dotarli do mety. Rozglądam się co róż by przypadkiem nie ominąć zejścia na tor saneczkowy. Po chwili dostrzegam charakterystyczny kamień i skręcam ku torowi. Jeszcze nie wiem, że za chwil kilka przeżyje jedną z największych tragedii turystycznych jakie dane mi było do tej pory doświadczyć. Nie miałem jeszcze okazji, mimo iż wędrowałem po raz trzeci, na własnej skórze przekonać się co oznacza Przedział i tor saneczkowy w wydaniu „na mokro”. W niczym nie przypominał on tory, który pokonywałem rok wcześniej. Mym oczom ukazała się rwąca rzeka opadająca co raz niczym Niagara ku dołowi. Przejście suchą stopą można było sobie darować. Ale jak tu w ogóle iść skoro jedyne co mam przed oczami to woda i brak choćby skrawka gruntu. Próbuje ominąć najgorsze odcinki skrajem dzikiego lasu co nie jest najlepszym rozwiązaniem gdyż nasiąknięte mchy wciągają me nogi po kolana. Robię wszystko by tylko zachować resztki obuwia na stopach. Staram się z całych sił nie utopić w tej rwącej rzece co raz przechodzącej w bagno. Uruchamiam ostatnie pokłady energii i staram się nastawić umysł tak by móc iść, dalej ku mecie. Czegoś takiego przyznaje jeszcze nie widziałem i nie doświadczyłem. I nie przygotowałem się, że w końcu i mnie spotka. Metr po metrze przesuwam się do dołu osiągając wreszcie w zasięgu wzroku schronisko przy Kamieńczyku. Wodospad zasilony potężną ilością wody grzmiał złowrogo w niczym nie przypominając piątkowej, spokojnej kaskady. Ja zresztą po zejściu z toru tez nie przypominałem już w niczym ani człowieka ani normalnego turysty. Całe szczęście, że nikogo nie było na szlaku bo jeszcze bym kogoś wystraszył. Teraz już tylko prosta droga do mety. Zastanawiam się gdzie podziali się mi towarzysze. Czy dotarli już do mety, czy się jednak gdzieś poddali, czy pobłądzili.

P9187070.jpg

Niebawem wszystko się wyjaśni. Spokojnym wręcz zółwim tempem zmierzam ku pierwszym widocznym zabudowaniom wraz z mijanymi po drodze dogonionymi uczestnikami. W oddali widzę już szałas czyli cel tej szalonej wędrówki. I niby nic nie miało mnie już zaskoczyć gdy nagle słyszę znajome głosy. Otóż reszta ekipy, która nie wędrowała z Nami postanowiła przygotować na mecie powitanie swoich kompanów. I mnie również zgotowali oszałamiającą owację i przywitanie co po tym co dane mi było przejść w trakcie tych 134 kilometrów zwyczajnie rozwaliło mi system. Tacy przyjaciele to skarb. Krótka wymiana zdań i okazuje się , że nikt z reszty stawki z którą wędrowałem jeszcze się nie pokazał. Zaczynamy się niepokoić bo przecież znacząco mnie wyprzedzili i byłem niemal pewien, że dotarli już do mety. Odbieram swój certyfikat i udaję się do auta by zrzucić z siebie przemoczone ubranie i przyodziać się w bardziej przyjemny w tym momencie strój. Po powrocie już razem oczekujemy na Naszych kolegów i koleżanki. Trochę to trwa ale niebawem ukazuje się za zakrętem charakterystyczna postać cioci Ani od aparatów (tych niby zgubionych) w charakterystycznej czerwonej pelerynce. Witają ja strumienie szampana jak na mistrzynie przystało. Piękna chwila, piękne powitanie co tu dużo mówić – łezka w oku się kręci. Udało Nam się wszystkim spełnić marzenie. Przeszliśmy KOTLINĘ i to w jakich warunkach! Gdy każdy z Nas ogarnął siebie, gratulacje, telefony itp. Razem zasiedliśmy przy wspólnym stole by celebrować Nasz wyczyn. Nagle pojawia się Nasz mistrz z trasy czyli Grzesio Leszek by raz kolejny zaskoczyć Nas wszystkich. Rzecz jasna nie przybywa z pustymi rękami. Wyciąga zapomnianego przez Nas w Janowicach szampana przepraszają jednocześnie za brak obiecanych truskawek. Ale nie byłby pewnie sobą bo w ramach rekompensaty pojawia się czekolada truskawkowa. Niesamowity człowiek, który wspierał Nas na trasie i przywitał niczym mistrzów na mecie. I co ważne bardzo słowny a to dzisiaj takie rzadkie. P9187091.jpg

W tej błogiej atmosferze oczekujemy oficjalnego zakończenia, co chwila witając docierających jeszcze uczestników czy też kolejnych gości chcących pogratulować wyczynu dokonanego przez ciocię Annę. Atmosfera jest naprawdę rodzinna;-) Wszystko co dobre kiedyś jednak się kończy i po oficjalnym zamknięciu trasy i krótkim biesiadowaniu czas wyruszyć do swoich domów by leczyć ciało i duszę.

Czas by krótko podsumować te kilkadziesiąt godzin cudownej przygody. Przejście to impreza o charakterze nie spotykanym nigdzie indziej. Szalenie wymagająca, wyczerpująca ale dająca ogromna satysfakcję i gwarantująca niezapomniane przeżycia. Mimo iż to moja trzecia próba, w tym druga zakończona osiągnięciem mety, żadna edycja nie była taka sama. Bo w górach nigdy nie jest tak samo choćbyśmy byli w danym miejscu już enty raz. Przejście to okazja by poznać czy spotkać się ze wspaniałymi ludźmi, z którymi często dzielisz trudy podróży. To niesamowita szkoła przetrwania w każdych możliwych warunkach. Takie sprawdzenie samego siebie, swoich granic wytrzymałości, samozaparcia, odporności psychicznej i fizycznej. Przejście to moja nieuleczalna choroba. I choć zdecydowanie tegoroczne dało mi najbardziej w kość, a skutki leczę po dzień dzisiejszy to wiem, że za rok we wrześniu jeśli tylko będzie mi dane znów zamelduję się na linii startu by powędrować ku pamięci Daniela i Mateusza. Dziękuje wszystkim, z którymi dane było mi dzielić trudy podróży. Przepraszam za ewentualne niedogodności, spięcia itp. Dziękuje organizatorom za opiekę i przygotowanie na trasie. Dziękuje wszystkim, którzy mnie wspierali w trakcie marszu na odległość. Dzięki Wam łatwiej było znieść trudy wędrowania

I pamiętajcie….Tu nie chodzi o wynik, czas, medale czy uznanie. Wartość tej imprezy ma znaczenie o wiele ważniejsze. Bo to co przeżyjecie, kogo poznacie i co zobaczycie to Wasze i nikt nigdy Wam tego nie odbierze. Mam nadzieję, że choć z częścią z Was spotkamy się za rok o tej samej porze we wrześniu by znów być bliżej gór, bliżej nieba i bliżej tych, dla których wędrujemy.

Do zobaczenia…..GRZEGORZ