UltraKotlina130

UltraKotlina130

UltraKotlina 130 siedziała w tyle mojej głowy już od roku. Podczas Przejścia zauważyłem kilka biegnących ekip i pomyślałem sobie „kurde, fajnie by było mieć taką formę”. Zwłaszcza, że na mecie wyglądałem jak siedem nieszczęść a ultrasi jakby byli po krótkiej przebieżce po parku. Tydzień przed przejściem robiłem Bieg Siedmiu Dolin na 34 km i wtedy wydawało mi się to szczytem możliwości. No właśnie, kluczowe słowo „wydawało mi się”.
W tym roku przystąpiłem do UltraKotliny 130 dwa tygodnie po BUT 90 i wiedziałem, że będzie ciężko, ale miałem motywację do skończenia. Punkty się same nie nabiją czy jakoś tak 🙂 Wiedziałem, że najważniejsza będzie psychika. Dlatego mój głos rozsądku, co powtarzał, że nie warto i pewnie się nie uda przekupiłem kolacją w stylu fit w pobliskiej restauracji. Chyba jakieś tam środki usypiające były bo się nie odzywał aż do mety.
Coś jest w takich kilkudziesięcioosobowych biegach ultra, że już na starcie łapie się flow. Orgowie chyba go rozpylili w powietrzu bo udało się go na tyle nałapać, że towarzyszył mi praktycznie aż do końca. Start, bieg po przyjemnym szutrze, za moment mniej przyjemny asfalt ale pocieszam się tym, że zielony szlak na Szrenicę zaczyna się wcześniej niż jeszcze kilka lat temu. (Jakbym lubił asfalt to bym startował w maratonach :D). Do samej Hali Szrenickiej przyjemny podbieg, tam zaczyna się śnieg, na początku jeszcze troszkę zmarznięty. Dzięki temu trzeba zachowywać równowagę, ale to pozwala nie wpaść w monotonię. W okolicy stacji przekaźnikowej Śnieżne Kotły mgła, no cóż 😉 nie pierwszy i nie ostatni raz, ale tym razem nie straciłem orientacji w terenie. Za niedługo pierwszy paśnik na Przełęczy Karkonoskiej i z przyjemnością ruszam pod górę. W międzyczasie wyszło słonko, śnieg się zaczął topić, momentami po kostkę wody było więc buty z błotka naniesionego jeszcze przed Szrenicą udało się wyprać. Nawet na starcie tak czyste nie były 😉 Dopiero przed Śnieżką zaczyna się walka o życie. Bynajmniej nie ze względu na warunki. Grono miłych turystów uprzyjemnia marsz pod górę nie pozwalając na zbyt szybkie tempo i zachęcając do oglądania pięknych krajobrazów wokół (a ze była mgła i słaba widoczność to tylko błahostki!). A schodzący wyślizgują śnieg robiąc lodowe podejście, co ma uatrakcyjnić UltraKotlinę. Coś w tym musi być, bo na szczycie Śnieżki znienacka orgowie robią mi zdjęcie na którym wyglądam jakbym zdobył właśnie K2 bez tlenu. Dobre i to 😉
Na Śnieżce gromadzimy się w małą ekipę i w tym doborowym towarzystwie trzymam się (z drobnymi przerwami) do Wysokiego Kamienia. Podczas zbiegu lecimy slalomem pomiędzy turystami niczym Pan Wiesiu w sobotę do monopolu na 10 minut przed zamknięciem. Po drodze obserwujemy m.in. przyszłych polskich himalaistów uczących się ciężkiego podejścia z Jelenki w rakach (tym co napiszą, że było +8 i topiący się śnieg odpowiem tylko oj tam oj tam). Po dobiegnięciu do Okraju tak się zastanawiam (kurde już? ), by dopiero po chwili przypomnieć sobie, że przecież Skalny Stół został po lewej. Na Okraju udaje mi się załapać na ostatnią paróweczkę yyy znaczy ostatnią porcję Coli, co działa we mnie jak magiczny napój Galów. Od razu ruszam z punktu i lecę (chwilowo sam) w stronę Rudaw. W okolicy Przełęczy Kowarskiej spotykamy się znowu z wesołą ekipą i kontynuujemy rajd po Rudawach, uprzyjemniając sobie marsz rozmową, a biegnąc jak gadka się nie klei. A że czasem nudzę to częściej biegniemy . W okolicy zamku Bolczów zapada zmrok i zaczyna się walka o przetrwanie. Po zejściu do Janowic i pysznym posiłku, przebraniu ciuchów i rozgrzaniu herbatką ruszam i … czuję ból w kolanie. Powrót, zakładam opaskę uciskową i idę dalej. Na Różance udaje mi się już na tyle rozruszać, że przestaję czuć ból (hehe optymista 🙂 ).
W Radomierzy pilnuję szlaku, bo z wielką chęcią bym poszedł „po staremu” i znowu się denerwował gdzie za „3”ką jest to podejście. Asfalcik mniej przyjemny ale ukryty PK się pojawił i widzę, że nieprzypadkowo. Nowa droga do Przełęczy Komarnickiej wydaje się być spoko, choć w nocy przełęcz między Barańcem, a Skopcem jakoś mi się wydawała bardziej oddalona niż zwykle. Kolega próbujący skompletować Koronę Gór Polski dostaje instrukcje jak wejść na Skopiec i mimo bliskiej odległości nie decyduje się. No cóż, będzie tu wracał jeszcze hehe. Dalsza droga przyjemna i duży plus dla organizatorów, bo po tym jak na Kapelli nie załapaliśmy się na herbatę i colę, to dostarczyli nam to w okolice Okola, co było naprawdę dużym wsparciem w tą piękną, chłodną i wietrzną nockę. O dziwo tym razem nie mam halucynacji w okolicach Szybowcowej jak na Przejściu i unikam sprintu przed byczkami. Ale elektryczny pastuch za wyjściem z asfaltu na podejście na Szybowisko skutecznie odpędza ode mnie wszelkie pragnienia snu. A już tak całkiem rozbudzam się w środku lasu pomiędzy Jeżowem a Perłą, gdzie w najlepsze trwa impreza techno (a ja optymista myślałem, że takie głośne wesele). Tylko czemu same czeskie rejestracje? I czemu foodtruck zamknięty 🙁 .

Dalej łapię trochę zaników pamięci, ale jakoś mechanicznie lecę trasą Przejścia, tym razem trafiając idealnie na Lotos i mijając drugi ukryty patrol (uff). W Goduszynie po posiłku Komorzyca wydaje się być taka prosta. Ale wstążki organizatorów pokrywają się z tym co rok temu przeszliśmy więc nie było tak źle. Przed Górzyńcem ból w kolanie zaczyna narastać (tak jak pisałem wcześniej optymistycznie myślałem, że nie wróci 🙂 Tracę trochę kontakt z grupą, ale kilka razy się zgubili więc ostatecznie trafiamy na siebie. Na podejściu tak tego nie czuję, więc praktycznie aż do Wysokiego Kamienia udaje mi się być na przedzie. Tam ekipa biegnie, no ja już nie daję rady. Dopiero za Kopalnią zaczynam truchtać, mając już wszystko gdzieś. Obserwuję teren by tylko zobaczyć gdzie jest DK3 bo tam jest meta 😉 Ale zapominam, że jeszcze czeka mnie podchodzenie szlakiem pod górę. (optymista zapomniał, że asfalcik jest poza trasą). No ale jak widzę już wieżę w Jakuszycach to wstępuje we mnie Power i lecę do mety. No fajnie, skończyłem, ale gdzie są wszyscy? Ale ostatecznie uzyskuję medal, punkty, obiadek i piwko i mogę jechać spokojnie do domu i tam nie niepokojony przez kogokolwiek leżeć 3 dni zmieniając okłady i patrząc jak schodzi mi fiolet z kostek. Ale sama impreza jak najbardziej udana i cieszę się, że wziąłem w niej udział. A medal – drewniak jest jednym z fajniejszych jakie otrzymałem. Dzięki!