Navigare necesse est

Navigare necesse est

„Ocean w nas śpi
I horyzont z nas drwi
Płytka fala fałszywie się mieni
A prawdziwy jest rejs
Do nieznanych ci miejsc
Kiedy płyniesz na przekór przestrzeni

I na tej z wielu dróg
Po co ci para nóg
I tak dotrzesz na pewno do końca
Niepotrzebny ci wzrok
Żeby wyczuć swój krok
I nie musisz wciąż radzić się słońca.”

Jacek Kaczmarski „Bob Dylan”

Śpiewając to kilka razy dziennie na wiele dni przed Przejściem, chciałem wyryć sobie w pamięci jakąś sensowną piosenkę, która nie pożre bez reszty mojego mózgu podczas planowanych ponad 30 godzin wędrówki. Nie mogłem nawet przypuszczać, jak niezwykle trafnie dobrałem repertuar…

Zacznijmy Hitchcock’iem…

bo choć przejazd prawie 600 kilometrów przebiegł nadzwyczaj sprawnie, to już 2 minuty po zameldowaniu okazało się, że cały misterny plan wylądował co najmniej, jak pułkownik José Arcadio Morales na mazowieckich polach.

Telefon do domu:

– Dojechałem, wszystko w porządku, nocleg super, meta za oknem

– A ubranie dobre sobie wziąłeś?

– No oczywiście, że ubranie dobre sobie wziąłeś. Mam na ciepło i na zimno, mam krótkie koszulki oraz czapkę i rękawiczki a także, kurtkę jedną na wiatr, drugą na deszcz ale i pelerynkę z celofanu…

– A gdzie ty to wszystko spakowałeś?

– No jak to gdzie – do takiej dużej czerwonej reklamówki

– Tej co leży na dywanie w pokoju?

– Kurwa…

Jakieś ćwierć sekundy później wiedziałem już na czym stoję. Mózg, jak jakiś filmowy komputer pokładowy dokonał błyskawicznej analizy zniszczeń spowodowanych nieudanym lądowanie na obcej planecie i wyświetlił cichutko raport – „Masz buty”.

Haha! Mam BUTY i nie zawaham się ich użyć! Cała sprawa, pomimo tragicznego rozmiaru mojej głupoty tak mnie rozbawiła, że nie mogłem przestać się śmiać. Całe ciśnienie i ciężar związany z Przejściem, zbliżającym się jak nieuchronna fala, gdzieś zniknął. Najważniejsza impreza turystyczna roku bez większości sprawdzonego sprzętu – tak jest, miałem tylko: buty, plecak, apteczka, czołówka – człowiek jest czymś co powinno zostać przezwyciężone!

Rano obudziłem się przerażony własną wściekłością. Jak można być takim debilem? Jak można zostawić wielką czerwoną reklamówkę na środku pokoju? Jak można przejechać pół Polski na imprezę, o której myślę nieprzerwanie od 2 lat, nie biorąc ze sobą wyposażenia? Co za potworna żenada! Po co ci mózg? Musiałem ukończyć to Przejście, bo wiedziałem jedno: nigdy nie chcę już tutaj wracać…

Nie było dużo czasu na gorzkie żale ponieważ czekały mnie zakupy. Jeszcze wieczorem udało mi się odprawić ze sprzętem (na szczęście zajmująca pół plecaka obowiązkowa apteczka podróżowała w innej reklamówce a dzięki pomocy Organizatora dowiedziałem się, że sklep ze sprzętem w Szklarskiej Porębie jest i czeka już od rana niecierpliwie na mój portfel. Żeby podbić troszkę adrenalinę postanowiłem wybrać się na zakupy do Jeleniej Góry, ale wracając po godzinie 10 do Szklarskiej nie byłem przekonany co do słuszności tej decyzji. Jedyna rzecz, z zakupu której byłem zadowolony, to buff z Lordem Vaderem. Tak więc uzbrojony w wierne Cascadie, nowiutkiego buffa i parę dziwnych obcisłych gatek na nogach zabrałem z hotelu cały swój majdan na łąkę startową, celem pakowania połączonego z wysłuchaniem odprawy przedstartowej. Strasznie dziwnie się czułem w otoczeniu całej tej ciężkozbrojnej kawalerii oczekującej na sygnał do ataku. Ludzie wyubierani we wszystko, co ja mam w domu w szafie. Plecaki z kominami? Karimaty? Namioty??? Co ja tutaj robię w moich obcisłych geterkach i stuptutach zapinanych na gumki do weków?   

Minuta ciszy przed startem to najbardziej przejmująca część tej imprezy. Nie sposób przestać myśleć o ludziach, dla których tutaj wszyscy pojawiliśmy się. Wielokrotnie w trakcie trasy będę jeszcze myślał, jak to było kilkanaście lat temu kiedy ruszali z pomysłem, o ludziach którym pomagali, o ludziach którzy próbowali im pomóc gdy ich górska wędrówka uległa nagłemu przerwaniu. Jeszcze nie wiedziałem, że ten temat powróci do mnie w przedziwny sposób w najmniej spodziewanym momencie, już za 10 godzin. Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji…

Tora! Tora! Tora!

Pięćset osób ruszyło, jak kolorowa fala po łące. Ja również ruszyłem – ale do hotelu. Tym razem musiałam się porządnie spakować – do samego końca. Nie było już marginesu na kolejny głupi błąd a perspektywa dwóch nocy w terenie, w nieprzetartych w boju ciuchach, wywoływała w moim organizmie różnego rodzaju zwyczajowe bóle fantomowe i inne objawy somatyczne.

W końcu, równo o godzinie 12.22 wyruszyłem w najtrudniejszą z dotychczasowych samotną poniewierkę. Tak naprawdę, to z perspektywy czasu trudno mi teraz jednoznacznie zdefiniować skalę trudności tej imprezy. Z jednej strony naczytałem się opowieści o ludziach błądzących w obłędzie gdzieś po Okolu, Komorzycy, o ludziach poszukujących godzinami mitycznej stacji Lotosu albo próbujących wbić się na tor saneczkowy pod Przedziałem. Z drugiej strony jestem w górach od dzieciństwa, potrafię spędzić samotną noc w nieznanym lesie, mam jakieś tak wyniki w maratonach na orientację – a jednak bałem się tego wyjazdu w sposób nieprzeciętny i zupełnie niezrozumiały. Teraz, po wszystkim, uważam że ten przedstartowy strach był bardzo sympatyczną częścią całości Przejścia. W trakcie marszu, gdy po kolei pokonywałem kolejne demony, z godziny na godzinę pojawiał się na mojej twarzy coraz większy uśmiech (są na to dowody na zdjęciach . Nigdy nie byłem w tych górach i to było nawet korzystne – nie potrzebowałem sobie psuć głowy myśleniem o podejściu na Śnieżkę czy Różankę – po prostu szedłem, noga za nogą pokonywałem kolejne kilometry odległości i metry przewyższenia, odliczałem godziny do zmierzchu i minuty do świtu. Próbowałem z pamięci odtwarzać różne ciekawostki i kluczowe momenty zapamiętane z opisu trasy, czy też podejrzane na różnych rekonesansach podpatrzonych w sieci.
Ale najważniejsi byli ludzie.

Sponsorem jest liczba pińćset

Pięćset to był mój numer startowy – liczba jakże na czasie w dzisiejszym czasie. Nie było chyba kwadransa, żeby z powodu tego numeru na moich plecach nie wywiązała sią jakaś, najkrótsza nawet pogawędka. I tak to powoli mijał czas na mijaniu kolejnych towarzyszy niedoli (zaletą zaczynania, jako ostatni lekkozbrojny piechur jest to, że mija się po drodze sporo osób oraz rejestrowaniu w pamięci kolejnych krajobrazów Karkonoszy, korzystając z okazji niespotykanego we wcześniejszych Przejściach dziennego czasu przejęcia tej części trasy. Słyszałem wiele o świetlistym wężu, ale ja byłem w nocy w górach niejeden już raz i zdecydowanie bardziej zależało mi na widokach dziennych tych nieznanych dla mnie Gór, a dzięki łaskawości pogody pierwszego dnia te pozwalały najeść się sobą do syta. Przejście to dziwna impreza i jeżeli chcesz być szczęśliwym jej uczestnikiem, to musisz wejść w nią na warunkach, które ofiarują ci Organizatorzy. To ich impreza i ich warunki tego, jakże specyficznego Memoriału. Długo przed startem musiałem oswajać się z myślą o tej specyfice. No bo jak to tak – impreza jednak, jakby nie patrzeć, liniowa – ale w wielu miejscach nie ma jej trasy (to znaczy jest na mapie, wątłej ścieżynce i w głowach Orgów). Las i kompas to moje środowisko naturalne – po 15 godzinach zawodów na orientację i 90 kilometrach w nogach nie interesują mnie ścieżki i drogi. Tam nie biorę jeńców – uderzam w pokrzywy, jeżyny, tarniny, młodniki, jary – myślenie o drodze pozostawiam Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad. Tutaj jest inaczej – czuję jakiś podświadomy szacunek dla Ojców Założycieli trasy, dla ich trudu, pomysłu, chęci przełamania własnych słabości i ograniczeń, pamięci o tym, że kiedyś chcieli tędy przejść, choć nie dali już rady. Idę więc wyznaczoną przez Nich drogą i o ile się nie zgubię, to drogi tej nie zmienię.     

Królewna Śnieżka…

Na imprezach typu Przejście mózg jest zbędnym elementem wyposażenia – waży swoje a trzeba go donieść do mety. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem na horyzoncie Królewnę nie chciało mi się wierzyć, że jest jeszcze tak daleko. Gdybym gdziekolwiek na trasie głębiej pomyślał o ilości pozostających do pokonania kilometrów, gór, godzin, minut, kroków, łyków wody i kęsów jedzenia niezwłocznie zapadłbym w stupor albo usiadł z płaczem na przydrożnym kamieniu ssając kciuk. Mózg nie ogarnia takich tematów więc nie można mu pozwolić żeby się na tym skupił. Trzeba rozmawiać. Trochę głupio pomykać tak grzbietem Karkonoszy i gadać do siebie (choć i takich osobników się spotykało) , więc jak się nie ma z kim porozmawiać, to trzeba śpiewać piosenki. O jakże byłem szczęśliwy, że udało mi się zaprogramować czaszkę Kaczmarskim! Nie ma nic gorszego na takiej trasie niż robak śpiewający w głowie Wyklęty powstań ludu ziemi na zmianę z Tryumfy Króla Niebieskiego – to jest prawdziwa trwoga i przerażenie, nie zaś bolące plecy i kontuzje aparatu ruchu. Gdy byłem już na szczycie Królewny, na „dachu” naszej trasy zrobiłem zwyczajowe głupie zdjęcie zaśpiewałem zwyczajowe Trolololo fak mi harder i puściłem się śpiesznym/nieśpiesznym  kłusem, praktycznie do samego Okraju. Ostatni promyk słońca, ostatnie wspomnienie Karkonoszy, ostatni łyk herbatki i pajda ze smalcem, krem na stopy, czołówka na czoło i już radosna myśl, że pozostało ostatnie 100 kilometrów, pognała mnie w mrok mrocznych Rudaw. Na szczęście moja licha banieczka światła znalazła nieliche towarzystwo w postaci naprędce zapoznanej ekipy doświadczonych w boju wędrowców.

… i czterech kwasnoludków, w tym jeden o biblijnym imieniu Patryk.

Noc płynęła cudownie choć wolno. Spędzanie nocy na biegach z kompasem to konieczność ciągłego analizowania trasy, położenia, obserwacji otoczenia, liczenia kroków, poszukiwania śladów w mokrej trawie, wypatrywania błysku lampionu schowanego w dołku za drzewem i tym podobnych czynności gospodarskich, które pozwalają aby czas płynął szybciej – idąc szlakiem leśną drogą musisz dbać przede wszystkim o to, aby nie zasnąć w trakcie rozmowy bo to byłoby bardzo niekulturalne. Noc upływała więc na żołnierskich kawałach i takich tam pogaduchach o życiu, wędrowaniu, wcześniejszych próbach Przejściach i innych zboczeniach. Gdy byłem głodny to jadłem, spragniony piłem, gdy chciało mi się… no nieważne. Było ciepło, sucho, miło, łatwo i przyjemnie. Na klasycznych westernach w takim sielskim momencie pada strzał zza węgła – i tutaj nie mogło być inaczej.
Telefon od rodziców. Wyszli rano mi pokibicować w okolice Śnieżnych Kotłów – Mama dzwoni, że są już na noclegu i  że przywiózł ich gopr. Gopr. GOPR?! Czy wyście poszaleli? Ojciec od sześćdziesięciu lat chodzi po górach i nigdy się nie zgubił wiec na 50 rocznicę pierwszej wizyty w Sudetach wleźli już niedaleko Szklarskiej w takie krzaki, że nie wiadomo gdzie Rzym gdzie Krym. Na szczęście Ratownicy wiedzieli w których pokrzywach utknęli i sprawnie ich stamtąd wyłuskali. Więc kolejny raz w myślach powraca temat służby w GOPR, bezinteresownej pomocy, pokory wobec przyrody i Gór.

I tak to w tej radości i zadumie wraz z wesołą kompaniją Marcina, Piotra oraz „kolegi o biblijnym imieniu Patryk” dotarliśmy na lądowisko UFO w Janowickim parku, gdzie większość wolnego miejsca zajmowały gotowe do pochówku, owinięte w enercety jak złote cukierki, zwłoki naszych poprzedników. Zawijanie w enercety zwłok to, muszę przyznać, czynność mi jak do tej pory zupełnie obca, dlatego z niepokojem nasłuchiwałem opowieści towarzyszy broni na temat tego kto, gdzie i kiedy spał na trasie i gdzie planuje zrobić to dzisiaj. Panowie minęła dopiero 14 godzina imprezy! Jest 2 w nocy a wy o spaniu? Człowiek jest czymś co powinno zostać przezwyciężone! Trochę mnie to martwiło ale też i nie tak bardzo, bo pierwszy demon już prawie leżał z obciętą głową u mych stóp.

Jeźdźców Apokalipsy również czterech

W końcu ruszyliśmy dalej. Najpierw Różanka – „Mała Śnieżka”, jak to powiedział towarzysz niedoli. Ponieważ nie wiedziałem o niej wcześniej nic, nie zmartwiłem się zbytnio trudnościami – bardziej doskwierał mi późniejszy wielokilometrowy asfaltering. Oj jak ja tego nie lubię! Z przyzwyczajenia zasypiam zawsze na takich asfaltach – staram się iść zawsze środkiem drogi, żeby w razie „W” zdążyć się obudzić zanim wyląduję głową w jakimś atrakcyjnym przydrożnym rynsztoku. Żeby uniknąć zaśnięcia przyśpieszyłem nieznacznie na podejściu do Muflona i już na grzbiecie okazało się że zostałem maszynistą naszego zdezorganizowanego pociągu „maruderów z pod różnych sztandarów”. Konieczność samodzielnej nawigacji w nieznanym terenie podziałała na mnie jak porządna kawa.
Tego było mi trzeba – dalej! Naprzód! Łąką w las! Cudownie!

Gdzieś za Przełęczą Komarnicką okazało się, że moi towarzysze gdzieś zaginęli w walce. Prowadziłem dość szybkim krokiem słysząc za sobą żwawe szuranie kilku stóp. Gdy nagle zatrzymałem się na poboczy celem „przypudrowania nosa” zauważyłem ze zdziwieniem, że owe szurające stopy, to nie moi koledzy tylko jakiś pośpieszny pociąg, śmigający celnie w kierunku Kapeli. Co cóż – za nimi ni śladu człowieka. Roniąc więc łzę i pijąc łyk za powodzenie dalszej wędrówki moich dotychczasowych kompanów, ruszyłem za oddalającym się światłami, tych którzy wyraźnie wiedzieli gdzie idą. A ci oprócz wiedzy mieli też i inne zasoby, bo przebierali nogami tak sprawnie, że dogoniłem ich dopiero o wschodzi słońca na przystanku pod Łysą Górą. A na przystanku kolejne złote cukierki czekające na transport.

W tym też miejscu rozpoczęła się moja samotna już prawie do mety wędrówka.

Wstało słońce a mój poziom energii wzrósł do 120%. Szybkie telefony do bliskich – żyję w zdrowiu, napieram bez krempacji, pokonałem pierwszego Jeźdźca Apokalipsy.

Przed wyjazdem wyobraziłem sobie cztery największe trudności tej imprezy i nazwałem je roboczo Jeźdźcami Apokalipsy – jakie to urocze! Pierwszą trudnością było ogólnie pokonanie wschodniej flanki w trakcie nocnego marszu, bez błądzenia, wypoczynku, strat w ludziach i sprzęcie. To było już za mną. Kolejny Jeździec z Północy to Okole i pogmatwane jego ścieżki. Szczerzę mówiąc – patrząc z dzisiejszej perspektywy to nie wiem, o co mi mogło wtedy chodzić? Punkt kontrolny był w bardzo dobrym miejscu, nowa droga do niego, wyraźna i zgodna z mapą, wejście na szczyt zgodnie z założeniami Organizatorów. Naprawdę nie mogę sobie przypomnieć dlaczego to miałoby wyglądać inaczej? Może w nocy jest tu straszniej? Najlepszy to powód żeby przyśpieszyć i Przedział pokonać w walce dziennej. Trzeba się zacząć nastrajać bojowo bo to już za jakieś 60 km .

There is a house in New Orleans –  They call the Hexa 66…

Zmieniając kierunek na południe zmieniłem też zajęcie dla mózgu na nową piosenkę – cóż może bardziej pasować do wytwornego śniadania na Górze Szybowcowej, jak nie
„House of the rising sun”? Choć jeszcze zanim się rozgościłem na szczycie, to spinając się łąką (która okazała się być lotniskiem) chciał mnie przelecieć samolot! Nie kłamię, Wysoki Sądzie – mam zdjęcia jako dowód Haha! Takie rzeczy tylko na Przejściu! (Nomen omen – trzynastym). Pokrzepiony na ciele i duszy pognałem na południe pamiętając, że ten Jeździec z Zachodu to ma aż trzy głowy.

Jeździec, ten z Zachodu – instrukcja obsługi.

Zadanie pierwsze – znajdź w lesie kładkę pod stromym urwiskiem. Zadanie drugie – wejdź na sto schodów do Perły Zachodu (nie, nie musisz wchodzić po schodkach na wieże – choć ja oczywiście wlazłem, bo nie po to jechałem to 600 km i maszerowałem dodatkowe 100 żeby teraz przyoszczędzać na paru schodkach Zadanie trzecie – idź na południe przez las na mityczną stację Lotosu, gdzie pośród oparów najwytworniejszych etylin spoczniesz a i spożyjesz pożywnego hot-doga, tudzież nasycisz swe trzewia aromatem zamorskiej kawy. Tylko nie wyrzucaj później, gamoniu, kubeczka w lesie bo się on sam do śmietnika z tego lasu nie podniesie i nie wrzuci! Zadanie czwarte – przejdź Komorzycę. Nie, nie czytaj o niej w internetach i nie oglądaj filmów na jutubie. Uwierz mi proszę – zrób to po swojemu, zgodnie z załączoną w pakiecie startowym mapą. Ten las Cię nie ugryzie ani nie wywiedzie na manowce – wokoło są drogi krajowe oraz powiatowe, w lesie ścieżki do nording walkingu a miejscowa ludność zazwyczaj stroni od zbójectwa. To tyle – jesteśmy już w Wojcieszycach.   

Wyjątkowo zimna przełęcz

Na wielu filmach niedobity przeciwnik zwykle zadaje śmiertelny cios chełpiącemu się zawczasu niedoszłym zwycięstwem niedoszłemu zwycięzcy. Tak było i ze mną – nie zauważyłem, że wróg ma jeszcze czwartą głowę i ta mnie dość niespodziewanie ugryzła, tuż przed samą Zimną Przełęczą. Nie wiem jak to się stało i nie mam jakoś żadnej wzniosłej historii na swoją obronę. Ot w środku dnia, przy ładnej pogodzie, będą napitym i najedzonym, w dobrym humorze i bez nadzwyczajnych kontuzji polazłem, jak ciura obozowa, nie tą łąką co trzeba i biegałem tak kilometr po zaoranym polu, jak oczadziały. W końcu na szczęście usłyszałem jakiś samochód bez tłumika i okazało się, że błądzę tak sto metrów od punktu kontrolnego. Spuśćmy na to łaskawie zasłonę milczenia…

Izerskie kwaśne deszcze

W Górzyńcu zaczęło lać. I to nie jakoś tak siku, siku tylko od razu LAĆ LAĆ. Pokierowany przez przypadkowo napotkanego zmechanizowanego Organizatora (widzący to autochton pojaśnił mi, że był to Sam Szef Wszystkich Szefów – bardzo dziękuję za pomoc!) wbiłem się na szlak z radosnym (i głupim) oczekiwaniem, że w miarę jak się będę wspinał coraz wyżej na Wysoki Kamień to w końcu wyjdę ponad chmury i przestanie padać. Mijani po drodze towarzysze niedoli napierający niezłomnie w jedynym słusznym kierunku wydawali się mieć podobne oczekiwania – choć naprawdę trzeba było mieć stalową silną wolę żeby w okolicach dolnej stacji PKP albo na Zakręcie Śmierci brnąć dalej w to szaleństwo, miast zakręcić w dół do Szklarskiej, żeby tam gdzieś, jak cywilizowany człowiek, usiąść w suchej i ciepłej karczmie i dziabnąć flakon miejscowej Tequili wspominając z politowaniem wariatów zmierzających, tej „pięknej złotej jesieni”, w zapadający z wolna nad Górami Izerskimi ołowiany wieczór. Ale to już 119 kilometr i trochę za późno i za daleko żeby pytać o sens. Przedostatni punkt kontrolny i czynne schronisko gdzieś pośrodku sieczonego deszczem, mglistego niczego. Bardzo dziękuję Przemiłej Obsłudze za wszystkie pyszności które wrzuciłem tam do brzucha! Aż się nie chciało wychodzić w tą otaczającą beznadzieję. Ale Daniel i Mateusz kiedyś też nie wybierali pogody w jakiej szli w Góry. Zakładam w końcu coś z długim rękawem bo zaczyna się zimnica, chowam mapę (jest już w takim stanie, że zostało jej jeszcze na jedno, ostatnie oglądnięcie) i Wstawaj na smiertnyj boj!

Z braku jakiejkolwiek widoczności uniemożliwiającej zwiedzenie Stanisława (a w Izerskich nie zobaczyć Stanisława to jak w Rzymie papieża – biegnę dla rozgrzania w kierunku Jakuszyc. Mocno mnie to podnosi na duchu, że idąc jednorazowo dalej niż kiedykolwiek wcześniej, mam jeszcze siłę i motywację do biegu. Motywacja jest jedna – zapadająca druga noc, zbliżający się Przedział a także…

Halucynacje? – Nie, dziękuję – postoję (na schodkach)

„Co tam, halucynacje?” – usłyszałem jakiś głos za plecami, gdy próbowałem wypatrzeć w świetle czołówki jakiś niewyraźny symbol z oznaczeniem w którą stronę skręca szlak na Rozdrożu.

– Niestety, drogi nieznany mi przyjacielu, ale jeszcze nie.

– A ja już mam – wszędzie widzę uśmiechnięte buźki!!!

A więc to już – to tak zaczyna się pogranicze światów. Miło mieć świadomość, że jesteśmy już w Miasteczku Twin Peaks, ale to jeszcze nie moja Czarna Chata.

Błądzę chwilę po Jakuszycach bo wychodzę nie w tym miejscu co powinienem, ale po chwili, już we dwóch znajdujemy punkt. Wcześniej zaś spotykam na schodach do jakiegoś hotelu mojego Ojca. Wirtualnego.

Stoję przed człowiekiem wyposażonym w twarz mojego Ojca i zastanawiam się, że też mu się chciało w taką pogodę tarabanić do tych Jakuszyc, zwłaszcza po wczorajszej przygodzie z GOPRem. Świecę mu przez chwilę w oczy latarką i już mam powiedzieć coś strasznie głupiego, gdy nagle widzę, że znikają mu wąsy i broda i to zupełnie obcy człowiek. Dobrze że nie dostałem finfy w nos za to świecenie po oczach Zaczynają się odjazdy, pogoda z minuty na minutę jest coraz gorsza a nam pozostał jeszcze zjazd torem bobslejowym. Pod warunkiem, że go znajdziemy, bo coś czuję że będzie zabawa.    

Jeździec, ten bardziej z Południa.

Stoję na poboczu drogi i próbuję rozświetlić ścianę mroku wymieszanego z deszczem, mgłą i potencjalnymi halucynacjami. Nie jest to łatwa do przełknięcia mieszanka a ja jakoś nie mam ochoty zanurzyć w tej zupie łyżki. Po chwili dociera kolega od uśmiechniętych buziek i tłumaczy mi, że szlak zakręca trochę dalej. Pewnie ma rację a ja nie chcę wyciągać jeszcze mapy bo wiem, że nie będzie jej po co chować a to przecież nie jest jeszcze „kraina Mordor, gdzie zaległy cienie”. Brniemy powoli szlakiem w kierunku Przedziału, gdy nagle dogania nas dwójka jakichś szybkościowców z dziwnymi numerami. Okazuje się, że są to liderzy Połowy Przejścia – pretendenci do podium myślę, ale szybko uświadamiam sobie, że to przecież nie jest wyścig. Albo może bardziej wyścig ze samym sobą, żeby zdążyć zanim aura wyssie z człowieka resztki motywacji i wiary w sens dalszej wędrówki. Choć teraz to nie ma już znaczenia, bo nie ma się jak stąd wycofać – pozostaje iść tylko pod górę, do Mordoru Szybkościowcy upewniają się jeszcze czy znamy dalszą drogę ale ja odpowiadam, że mamy jeszcze 15 godzin by ją poznać – człowiek jest czymś co powinno zostać przezwyciężone!

Mgła, deszcz i mrok zacieśniają się coraz bardziej. Mam wrażenie, że poza otaczającymi nas malutkimi bańkami światła nie ma nic. Albo jest coś, o czym niekoniecznie chcę wiedzieć choć moja głowa w 33 godzinie podróży za wszelką cenę próbuje zajrzeć za tą kotarę, za którą się nie zagląda. Co raz to przypatruję się jakimś dziwnym korzeniom, plamom na drzewach, zawirowaniom szarpanej wiatrem i deszczem mgły. Nie ma tam nic – żadnych zwodniczych kształtów – i to jest właśnie dla mojego umysłu nieoczekiwane w tym miejscu. Wiec na siłę mój mózg próbuje odciągać moją uwagę od kierunku trasy, wprowadzając imperatyw wpatrywania się w mrok w poszukiwaniu złudzeń. A złudzeń już nie ma – jest tylko żmudne podejście po zanurzonych w błocie drewnianych pomostach. Halucynacje próbują ostatniej deski ratunku próbując zwieść nas z trasy, gdy tuż przed końcem tego pozawymiarowego podejścia mój kolega stwierdza, że dalej nie ma sensu już iść ponieważ chodzimy w kółko a on przez to drzewo przechodzi już kolejny raz. No brachu – jest grubo! To już chyba najwyższa pora żeby się to skończyło jakimś happy endem, bo zaczynamy powoli tracić kontakt z reżyserem.

W tym momencie słychać trąbkę i nadjeżdża kawaleria. To znaczy trąbki nie słychach, ale widać wielką drewnianą strzałkę w lewo, która w tej beznadziejnej Otchłani przypomina wielki neon z napisem „Żądni chwały – na lewo. Nieżądni – gdzie bądź”. I w tym momencie lunęło jak z cebra.

Miałem wrażenie, że umysł poszukując tego Znaku pracował z taką prędkością, że w momencie jego znalezienia – gdy powrócił do standardowej prędkości – otaczający nas świat zawieruchy przyśpieszył dwukrotnie – lało, Lało, LAŁO, bez opamiętania. W coraz większym błocie i kałużach dotarliśmy do zdemolowanego przez czas toru saneczkowego i brnąc tymi okrutnymi wykrotami, z coraz większą radością, choć w coraz głębszym strumieniu zmierzaliśmy do nieuchronnej mety. Schodząc po ostatnich kilometrach szatańskich kocich łbów wzdłuż Kamieńczyka zastanawiałem się, czy ktoś tego odcinka nie układał za karę? Podobno ta droga służy odganianiu od gór tych mniej zmotywowanych do chodzenia „turystów” Zaczynał wkradać się żal, że to już się tak szybko kończy. Na koniec pozostała nam jednak jeszcze wisienka…

Ale, że im się chciało ogrodzić całą metę?!

Światła, zabudowania, meta. Kiedy oni zdążyli postawić to ogrodzenie – przecież wczoraj tego tutaj nie było. Chodzimy z nosem wzdłuż „hektarów” ogrodzenia szukając szczeliny, dziury, drabinki, drzwi, podkopu, teleportu, czegokolwiek co przeniesie nas na drugą stronę ogrodzenia.
Do upragnionej Stacji Ujęcia Wody.

Cholera to nie tam meta. Klasyczna meta stowarzyszona – mityczne zjawisko, którym straszy się młodocianych adeptów trudnej sztuki biegów na orientację. 34 godziny temu nie zwróciłem żadnej uwagi na fakt, że mój nocleg nie jest najwyżej położonym punktem Szklarskiej i wyżej na szlaku też jest jeszcze jakaś cywilizacja – w niesmaku więc ruszyliśmy ponownie w noc poszukać tym razem już ostatecznego miejsca naszego spoczynku.

Tak więc Meta – klapa, rąsia, buźka, goździk. Jest północ a ja siedzę mokry i zmarznięty na jakichś schodach, słucham „We Are The Champions”, piję zimne piwo i prawie płaczę,
że to już się skończyło.

W napisach końcowych udział wzięli.

To już koniec? A czy ktoś to jeszcze czyta? Tylko tyle i aż tyle. Potężny bagaż emocji, który będę nosił przez kolejne miesiące – do momentu uruchomienia zapisów na kolejną edycję. XIII Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryniewicza oficjalnie zakończyło się 2 miesiące temu a mi trasa śni się średnio raz w tygodniu. To niebezpieczne uzależnienie. Już wiem, że chcę tutaj wrócić, bo jest w tej niedoli coś, czego nie można tak łatwo opisać na kilku stronach – może nie będę więc niepotrzebnie próbował? Dziękuję wszystkim osobom, które los wplótł w moje wędrowanie, Organizatorom, Obsłudze Punktów, towarzyszom niedoli, obsłudze w schroniskach i nocnym sklepie w Janowicach, obsłudze sklepów sportowych w których naprędce ratowałem wyprawę i Panu Strażakowi, który o 3 w nocy przeprowadzał nas przez Drogę Krajową nr 3 w Radomierzu. A i jeszcze Panu, co kosił trawę w ogródku w Górzyńcu

Ale gdzie jest Jurek, ja się pytam?

Nie widziałem nigdzie Jerzego, mojego starszego rajdowego kolegi, który niejako sprowokował mnie do zainteresowania się Przejściem. Podobnie jak dawno temu sprowokował do zapisania się na Kierat. Jurek uświadomił mi, że takie trasy smakują najlepiej bez nerwów i ciśnienia. Gdy w ubiegłym roku siedzieliśmy przy porannej kawie, gdzieś na szkolnej ławce, świeżo po 50 kilometrach Mordownika, Jurek martwił się czy da radę ukończyć Przejście, bo trochę przeszarżował i musiał biec do mety (Jerzy, jak przystało na dżentelmena, nie biega) – a Przejście zaczynało się już za 5 dni(!!!). Pocieszyłem go trochę, że jak dał radę ukończyć niejeden Kierat, to i Przejście da radę – to tylko 40 kilometrów więcej. Gdy pół roku później spotkaliśmy się na Rajdzie Dolnego Sanu, Jurek podczas paru godzin wspólnej wędrówki opowiedział trochę o Kotlinie. Wiedziałem, że muszę tam pojechać. Na pytanie, ile czasu to zajęło? usłyszałem chyba, że około 47 godzin. Na pytanie, ile spał w tym czasie? odpowiedział: „20 minut – gdzieś na przystanku”. Jurek jest moim rajdowym bohaterem. Ilekroć mnie ktoś pyta, jak to jest chodzić po górach przez dwie doby, zawsze odpowiadam, że nie wiem ale mogę zapytać Jurka. Jurek umie korzystać z mapy i kompasu – nie korzysta z modnych satelitów, nie wiem czy ma jakiś „wszystkomający” zegarek, choć chyba planował taki zakup. Po 48 godzinach w terenie Jurek, starszy ode mnie na oko o dwadzieścia parę lat, na mecie wygląda lepiej niż niejeden czterdzieści lat świeższy młodzieniaszek. Jurka nie widziałem nigdzie i nawet mnie to martwiło. Nie było go na starcie, nie spotkałem go na trasie chociaż przecież patrzyłem na wszystkich mijanych wędrowców. Im bardziej szukałem Jurka tym bardziej Jurka nie było.

Jurek znalazł się na samej mecie. Tuż przed zamknięciem trasy spotkałem Go przypadkowo, gdy przyszedłem na chwilę pocelebrować zakończenie. Mocno zmęczony ale zadowolony Jurek ukończył całą długą trasę – miał nawet zapas. Znaleźliśmy się, jak duchy, na samym końcu filmu z trasy, choć nie ma nas na żadnym zdjęciu.

A może to wszystko były halucynacje? Navigare necesse est, vivere non est necesse

 
 

Powyższą pisaninę dedykuję przede wszystkim Jurkowi, ale też i wszystkim spotkanym gdziekolwiek na trasie wędrowcom.

Pozdrawiam Was wszystkich.

Uważajcie na siebie i do zobaczenia za rok.

 

Grzegorz Wyciślak „500”