Dojdę zanim zasnę

Dojdę zanim zasnę

Dojdę zanim zasnę

 

 

Miłość
Zastanawiam się, czy z miłością do gór człowiek się rodzi, czy zakochuje się w miarę ich odkrywania. Mnie uwiodły już za pierwszym razem. Podobnie było z Przejściem dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Kiedy spod Szrenicy obejrzałem się za siebie i zobaczyłem „sznur” migocących czołówek, zdałem sobie sprawę, że kocham ten rajd.

 

Na VIII edycję, moją pierwszą, trafiłem w drugiej turze zapisów. W tym roku także przegapiłem ”noc szybkich palców”- wszedłem na stronę o dobę za późno. Znalazło się na szczęście jedno wolne miejsce. Wcisnąłem się na listę z zapewnieniem: “Sobótka nie zawiedzie”.

 

 

Przygotowania
Przygotowania zacząłem od zrobienia listy niezbędnych rzeczy. Przez parę tygodni dopisywałem kolejne pozycje na kartce leżącej przy łóżku, bez względu na porę nocy, min. kijki trekkingowi, które kilka dni później wykreśliłem uzasadniając: „Nie! Nie znoszę tego stukania!”. Starałem się skrócić listę do rzeczy naprawdę niezbędnych. Wizualizowałem siebie we wszystkich możliwych warunkach, jakie mogły mnie spotkać i ostatecznie wybrałem:

 

 

– buty lekkie, do biegów górskich, w których przebiegłem kilkaset kilometrów i które zdążyły dopasować się do moich stóp
– skarpety biegowe, 3 pary, do zmiany co 50 km
– plastry żelowe na wszystkie, dobrze mi znane, newralgiczne miejsca
– legginsy nie długie, nie krótkie, lecz w sam raz – sięgające poniżej kolan i ściśle je opinające (łydki mi nie marzną)
– jedną koszulkę oddychającą (druga będzie czekać na starcie)
– kamizelkę biegową (gdy będzie za zimno na samą koszulkę)
– lekką kurtkę biegową (odporną na deszcz i wiatr, po złożeniu wielkości pięści)
– czapkę biegową (oczywiście)
– latarkę z kompletem baterii na drugą noc
– folię NRC (tu nie ma wątpliwości)
– apteczkę
– 1,5 l wody w Camel Bak-u
– 4 opakowania sezamek
– 4 batony
– 1 gorzką czekoladę
– tabletki musujące (ułożone w tubie na przemian – witamina C i magnez)

 

Wszystko musiało się zmieścić w 7-litrowym plecaczku, którego połowę od razu zajęła ta cholerna apteczka, co do której mam stosunek zabobonny: „Jak nie wezmę, będzie potrzebna. Jak wezmę, będę niepotrzebnie dźwigał”. Ostatecznie, kiedy szedłem z parkingu w stronę startu, mój lightowy wygląd został dyskretnie wyszydzony przez dwóch mijających mnie, objuczonych, uczestników Przejścia Smile

Drugim etapem przygotowań były nocne treningi – bieganie po Ślęży – mam to szczęście, że mieszkam na jej zboczu. Tylnymi drzwiami wchodzę do lasu, a w nim czeka cały zestaw szlaków na szczyt i dookoła góry. Niedogodny był jedynie fakt, iż właśnie we wrześniu skończyła się taryfa ulgowa na spanie, bo zaczęło się wożenie dzieci do szkół wszelkich, czyli pobudka o 6 rano. O 20-tej, czyli godzinie startu, wracałem z pracy i niewiele mi się już chciało, a musiałem przyzwyczaić organizm do przełamywania się o tej właśnie porze.

 

 

Plan
Wyglądał następująco:
– przed startem zjem makaron w barze przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę (obowiązkowy zapas węglowodanów), po czym zdrzemnę się na pace mojego pickup-a
– wystartuję z przodu (nie będzie ciasno i nikt nie będzie mnie dźgał kijkami po nogach Smile)
– w Domu Śląskim zjem coś ciepłego i napiję się gorącej herbaty – to mi wystarczy do Okraju. Tam objem się ciastkami i napiję izotoniku, którego mają pod dostatkiem, w ten sposób woda w plecaku będzie mi potrzebna dopiero w Rudawach
– jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w Janowicach będę o 6-tej rano, kupię śniadanie, jeśli już coś otworzą , jeśli nie, do Szybowcowej będą musiały mi wystarczyć sezamki i batony

 

 

– na makaron na Różance raczej się nie załapię!
– jadąc na Przejście, w przydrożnym rowie, w Radomierzu zostawię “pakiet nawadniający” (dwie cole 0,5 l i 1,5 l wody) wartości 2,69 zł – w przypadku zniknięcia jakoś przeżyję stratę Smile Mineralna uzupełni Camel Bak, jedna cola na miejscu, druga w łapę- taki luksus! (Organizatorów uspokajam, że puste butelki doniosłem do punktu kontrolnego Smile)
– ciastka przed Okolem będą mi bardzo smakowały, a na Górze Szybowcowej jeszcze bardziej – tam westchnę sobie i powspominam mój pierwszy skok ze spadochronem
– przy Perle Zachodu zanurzę obolałe nogi w zimnej wodzie (nie przewidziałem, że będzie taka brudna  – planu więc nie dopełniłem)

 

 

– na Lotosie „strzelę sobie” kawę, hot-doga (mimo iż zwykle tego nie jem) i zaopatrzę się w małą, aluminiową puszkę, z zawartością dodającą skrzydła, na końcówkę trasy
– po Komorzycy błądził nie będę, bo w przeciwieństwie do zeszłego roku, pokonam ją za dnia, a i na tysiąc hektarowym polu z zaoranym szlakiem się nie pogubię, bo też będzie jeszcze jasno!

 

 

Improwizacja

 

Nie planowałem bólu ścięgna, który od Komorzycy coraz bardziej dawał się we znaki i klejących się oczu podczas podchodzenia pod Zakręt Śmierci oraz Wysoki Kamień w sobotni wieczór. W Górzyńcu ktoś rozemocjonowanym tonem informował mnie o miejscu, które zajmuję ale tylko spojrzałem w jego stronę wzruszając obojętnie ramionami, ponieważ właśnie zwalczałem fazę apatii i nie w głowie była mi rywalizacja. Trochę później, miła dziewczyna obsługująca punkt na Wysokim Kamieniu, pocieszała mnie, że nie jest ze mną tak źle, skoro normalnie z nią rozmawiam. Skarżyła się, że jedni nakrzyczeli na nią, a ktoś inny w ogóle nie chciał gadać. Pomogła mi wymienić baterie w latarce i życzyła powodzenia. Tu definitywnie kończyły się moje plany! Tu miałem dotrzeć bez snu i tu miałem zdecydować co dalej. Puściłem się w samotną ciemność Izer.
Właśnie sprawdzałem, czy krzak przy mojej nodze to nie sarna, gdy z ciemności ktoś zawołał: “Hej misiek! Zaczekaj!”. Dwóch rozbawionych studentów, popijających kolejną puszkę złotego napoju dobiegło do mnie zasypując pytaniami: “Możemy się przyłączyć? Nie mamy latarki! A ten pierwszy gość to jakiś cyborg?! Po co w ogóle to robicie?!”. Nastrój tych beztroskich turystów po trosze mi się udzielił , a w wesołym towarzystwie zapomniałem o zmęczeniu. Pożegnaliśmy się przy kopalni Stanisław, gdzie wśród ryków jeleni, odeszli w ciemność. Owe porykiwania bardzo mi się podobały do czasu, gdy na Przedziale potężny byk ryknął tuż przy mnie, a w świetle latarki, drogę zagrodziła mi następna para oczu. Zatrzymałem się, chwyciłem za telefon i wybrałem kontaktowy numer. Goprowcy na pewno będą wiedzieć, jak się zachować w takiej sytuacji – “Co mam ci powiedzieć? Jelenie w czasie rykowiska mogą być nieprzewidywalne, więc lepiej uważaj”- usłyszałem głos Maćka. No ładnie! Zapomniałem o bolącym, jak cholera, ścięgnie, ominąłem bokiem zahipnotyzowane światłem mojej czołówki rogacze i popędziłem przed siebie. Nie zwracałem uwagi, czy idę po błocie, czy po śliskich drewnianych kładkach i czy jest „ten” skręt ze szlaku, czy go nie ma. Wylądowałem na Hali Szrenickiej. Spojrzałem na zegarek. Zostało pół godziny do północy. Dopiero teraz wymacałem bolące miejsce na nodze z wyraźną opuchlizną. Chromolę to, mam już z górki, biegnę!
Na dole trochę się pogubiłem. Było pusto i cicho, a w nocy zabudowania wyglądają inaczej. Rozpoznałem jednak znajome jeziorko. Zdjąłem buty, podwinąłem nogawki i wskoczyłem do wody. Jaka ulga! Chwilę później zmarznięty, owinąłem się folią NRC i wreszcie mogłem pójść spać.

 

A w niedzielę, siedząc wygodnie na tarasie, do wieczora witałem brawami przychodzących uczestników.

Grzegorz Krupa