“Nikt nam nie każe, nikt nas nie zmusza”

„ Nikt nam nie każe nikt nas nie zmusza „

Piątek 14 września 2012r. godz. 19:30 staję wraz z Waldkiem na starcie „ Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej” atmosfera wspaniała , nastroje jak najlepsze wtem zauważam osobę z tabliczką można by powiedzieć bilbordem . Motto tych słów trafia dom nie i Waldka od razu i uznajemy je za słowa przewodnie naszego marszu „ Nikt nam nie karze nikt nas nie zmusza przechodząc kotlinę uczcimy pamięć Daniela i Mateusza” . Wskazuję tablicę żonie i córce mówiąc , że to właśnie z tego powodu tu jestem , kiwają głowa i twierdzą, że jest tu dużo takich wariatów jak ja. Może mają rację ale lekarz uważa , że jestem zdrowy to jaki zemnie „ wariat „ może normalny inaczej to się zgodzę . Zaczyna się odprawa techniczna i następuje magiczny moment 1 minuta ciszy . Prawdziwej „ciszy „ . Waldek mówi , że takiej ciszy to nie słyszał nigdy. Ale zanim to nastąpiło to przygotowania miały aspekt prawdziwej przeprawy i dramatyzmu.

 

Zaczęło się 31 maja godz. 23:30 komputer rozgrzany sprawdzona klawiatura , teraz gorączkowe pół godziny oczekiwana link na stronie „ Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej „ . Wybiła północ i „ nic „ ja linka nie widzę a czas leci. Szybka burza mózgu. Tak odśwież stronę chłopie tak robie jest : link : teraz aby się załapać na miejsce. W końcu dostaję wiadomość , że zgłoszenie zostało przyjęte. Teraz tylko przygotować się do „ Przejścia „ . Dzwonię do Waldka też się załapał na listę wiec idziemy razem . Będzie dobrze , wesoło w dwóch raźniej i przyjemnie . Waldek ma dylemat w górach był dwa razy w życiu ale za to w Karkonoszach . Związku z tym spotykamy się na naradzie przed „ marszowej ” i tłumaczę co będzie potrzebował i jak to wygląda. Nie może on zrozumieć jam można po nocy przy użyciu małej latarki chodzić po ciemku nie mówiąc o górach. Twierdzę, że jest o możliwe a tym bardziej tłumaczę mu, że rok temu na marszu była taka „ pełnia „, że można było iść bez latarek pokazuje mu parę zdjęć i Waldek daje się przekonać. O jego kondycję się nie martwię Waldek to „ Triatlonista „ w taki układzie czy ja dam radę za nim ? Czas się przygotowań trwa i 10 czerwca chwila nie uwagi . Spadam ze schodów kostka boli jak diabli „ puchnie „ nie mogę stanąć na tą nogę. Wizyta u lekarza i dla mnie „ wyrok „ pęknięta torebka stawowa. Noga wsadzona w gips na 5 tygodni. Żona i wszyscy znajomi twierdzą , że mam zapomnieć o „ Kotlinie „ nawet Waldek jest pesymistycznie nastawiony. Nastawienie moje jest takie , nie po to zarywałem noc aby się zapisać , żeby teraz nie iść. Zrobię wszystko będę „wiernym zdyscyplinowanym pacjentem „ ale na września musze być cały. Wizyta u ortopedy – odczekana w kolejce ale tu niesamowita niespodzianka. Trafiam na lekarza , który jest „ maniakiem gór „ mamy wspólny temat. Mówię mu o planach na wrzesień . Jak ustalamy „ ja będę posłusznym pacjentem „ a on doprowadzi moją kostkę do stanu „ używalności ” . Zaczynają się długie dni i godziny ćwiczeń i temu podobnych zajeć . Efekt taki 14 września 2012 r. staję na starcie IX „ Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej „

 

Startujemy punkt 20:00 początek jak zawsze tłoczny ale za to gąsienica światełek z czołówek robi wrażenie. Ludzie , który stoją na balkonach „ domów wczasowych „ robią zdjęcia gdzie taka zgraja ludzi po ciemku idzie słyszę słowa przechodniów. Podejście pod Szrenicę spokojne i przyjemnie. Lekko upierdliwe ale do przeżycia. Na grzbiecie w rejonie „ kotłów „ rozdmuchał się taki wiatr , że chyba do plecaka dorzucę z dwa kamiennie. Waldek krzyczy , że takiego czegoś się nie spodziewał ale idzie dalej. Marsz z czołówka spodobał mu się tak, że musze go czasami wyhamować „ się chłop rozpędził „ . Tak docieramy do Śląskiego Domu tutaj przegląd techniczny stup i smarowanie „ cudo kremem” bo inaczej go nazwać nie mogę. Zjadamy żurek i dalej w trasę. Na Śnieżce głucho ciemno wszędzie a na dodatek mgła i drobny opad śniegu. Mała niespodzianka ot taki dodatek. Uciekamy na dół szybko teraz kierunek „Okraj” . Na Okraju Waldek zaczyna mi „ malkontencic „ a bo to ciemno, a bo trawa była mokra, a zresztą to mu już starczy i On wraca . Nie wytrzymuje i „ warknąłem „ na niego czy jest „ bab czy dziadem ” zachowuje się jak przedszkolak . Z lekkim zdziwieniem patrzy na mnie i mówię mu, że rezygnować to może dopiero w Janowicach. Marudząc coś pod nosem wstaje i idziemy. Do Janowic to była udręka Waldek marudzi jak mu źle i go wszystko boli. Następuje świt i o dziwo w Waldka wstąpił nowy duch twierdzi, że mu wszystko przeszło i idzie dalej co najmniej do Różanki gdyż tam jest makaron a on za niego przecież zapłacił i nie pozwoli aby inni zjedli jego porcję zresztą jest z Poznania to nie odpuści. Z takim nastawieniem ruszamy na „ Różankę „ po drodze mijamy miłych kuracjuszy sanatorium, którzy częstują nas herbatą i ciastkami nie wierząc w to co „ My i 400 innych osób robi” . Pozostawiam im moją starą mapę z zeszłorocznego przejścia . Starszy pan twierdzi, że w wojnę takich numerów nawet nie robił. My ruszamy dalej .

 

W końcu „ Różanka” wspaniały makaron. Waldek dopytuje się ile osób zrezygnowało. Na pytanie organizatora po co mu te dane z rozbrajającą szczerości odpowiada, że może zjeść ich porcje makaronu poco mają się zmarnować. Tak najedzeni i „ wypoczęci „ ruszamy dalej nawigacja na razie nie stwarza problemu. Idziemy tylko z mapą i kompasem. Takie były założenia na starcie „ To ma być klasyczne przejście „ bez wsparcia techniki ze strony GPS. Dalsza droga to przyjemność nogi regularnie smarowane „ cudo kremem „ niosą jak diabli , stała łączność telefoniczna z lekarzem w „ sprawie kostki „ i udzielane rady Waldek przestał „marudzić” ! Tylko iść do przodu. Przed przełęczą widok spotykamy Pana Michała robi nam fotki , krótka wymiana zdań i dalej w trasę. Jest naprawdę super. Ciasteczka na punktak kontrolnych dodają energii. Ale i zwykli ludzie też pomagają . Niesamowite wrażenie zrobił na mnie i Waldku Pan w Chrośnocy przy kościele . Ugościł nas i innych uczestników „ rosołem „ była kawa . Posileni ruszyliśmy na „ Szybowcową „ tak idąc w dwóch na szybowcowej znaleźliśmy się w grupie około 10 osób bez żadnego umawiania ot tak . Pytanie było „ na Szybowcową to my też „ i tak się stworzyła taka grupa, która tam dociera . Z tamtą wspaniały widok i na kotlinę ale czas pomyśleć o dostaniu się do „ Perły „ tu musi być nawigacja najwyższej klasy. Szkoda się pogubić i dokładać kilometrów. Po dotarciu do ściany lasu spotykamy kolejną grupę , która prowadzona przez bez obrazy „ starszego Pana „ rusza w kierunku „ Perły „ my korzystając z okazji dołączamy się do grupy i już prawie w 20 osobowej wyciecze idziemy lasem. Podczas marszu dowiaduję się , że „ starszy Pan” zna dobrze trasę też nie korzysta z GPS . Opowiada o swoim wyjeździe na Bałkany. Ja się podłączam i dorzucam parę informacji o Kosowie, Macedonii , Serbii i Czarnogórze. W ten sposób droga minęła szybko , tak, że nawet nie pamiętam trasy. Na pewno bym jej nie powtórzył. Jednak pogadanka w nocy i w nieznanym terenie ma czasami przykre konsekwencje. Juz widzę „ Perłę „ czuję , że jestem już w „ domu „ a tu „ bum „ leże jak długi , przeorałem pół ścieżki, korzeni i Bóg wie czego tam jeszcze. Pierwsza myśl kostka. Ale jest dobrze mogę nią ruszać , nie puchnie. Za to durzy krwiak robi się na piszczeli. Ki diabeł nie boli a stać nie mogę. Szybki telefon po „ konsultację lekarską” a tu informacja może , pęknięta kość , może odprysk a może zwykłe stłuczenie. Przyjmuję tą ostatnią wersje i docierając do „ Perły „ zakładam opatrunek „ żelowy” chłodzący i ruszam dalej. Teraz boli a to znak , ze żyje. Ale jak przejść kotlinę bez bólu. Po krótkim odpoczynku wraz z Waldkiem i „ starszym Panem „ ruszamy na hot-dogi . Na stacji Waldek bardzo się dziwi, że tak można sobie leżeć , spać. Tłumacze , że taki zwyczaj i już „ młody to zdziwiony „. Po posileniu się ruszamy dalej poruszając tematy sensu marszu i pozytywnych i negatywnych skutków na zdrowie. Waldek zaczyna „ marudzić „ czyżby musiał być znów mały wstrząs . Idąc tak lasem rozmawiając o sensie marszu nie zwracamy uwagi na mapę !!! I to błąd !!! Nagle przed naszymi oczami pojawiają się ruiny jakiś basenów , konsternacja gdzie my jesteśmy szybkie spojrzenie na mapę i wiadomi , gadu – gadu a my za bardzo poszliśmy na południe . Cholera i co teraz wracać się . Nie . Opcja idziemy do drogi głównej na „ Szklarską „ a tam dalej. Włączam wszystkie światełka jakie ma przy sobie. Lepiej żeby „ Tir „ nas widział z daleka. Po przejściu około 2 km. Tym pieprzonym asfaltem. Zatrzymuje się samochód i kierowca coś krzycz do nas. Może chce nas zabrać na „ Stopa „ mówię Waldkowi , że to nie wypada i idziemy dalej a jemu kiwamy , że nie potrzebujemy pomocy. . Kierowca jest uparty i jedzie za nami. W końcu nas dogania i okazuje się , że to jeden z „ organizatorów „ ale „ wtopa „. Tłumaczymy fakt naszego pobytu na drodze i ruszamy dalej . W połowie drogi mijamy grupę osób , które widać zachowania ,że są po znaczny spożyciu „ środków dopingowych „ . Na nasz widok jeden z nich krzyczy „ górnicy zwiali z kopalni „ i tak „górnicy” razem z nimi ruszyli dalej. Jak się okazało to miejscowa grupa młodzieży wracała z imienin kolegi . Jak się dowiadują skąd idziemy i dokąd to od razu prawie trzeźwieją . Ale dzięki nim szybko schodzimy z drogi i docieramy do kolejnego punktu kontrolnego. Kurcze noga coraz bardziej boli. Mimo zabiegów na nodze , typu kompresy, smarowanie maściami , zamrażanie noga puchnie ale to „ pikuś „ miejsce uderzenia jest tak gorące , ze nie mogę się dotknąć. Co dalej Waldek twierdzi , że kończymy ja mówię, że to niemożliwe idziemy dale. Jednak dalsza droga to udręka. Ból narasta a prędkość marszu maleje. Najgorsze co może być w Wojcieszycach mam dosyć nie mogę stanąć na tą nogę. Cholera znowu nie doszedłem do mety jakimś PKS-em doczłapie się do Szklarskiej a Waldek ? Waldek dołącza się do grupy , która idzie dalej. A ja ? Docieram do przystanku gdzie stwierdzam, ze tu nie jeżdżą PKS-y ekstra . To znak , że czas zadzwonić do organizatora . 08;00 siedzę na przystanku w skąpany słońcem patrzę na Śnieżkę ,tam byłem w piątek teraz niedziela zasypiam. Budzi mnie szarpanie za ramie to „ Org „ czas wracać do Szklarskiej.

 

Tak zakończyła się moja przygoda z Przejściem kotliny Jeleniogórskiej .

 

A Waldek ? Po 46 godzinach dotarł na metę ! Brawo ! Ja leczę kontuzje i szykuje się na następny rok. Jubileuszowy rok bo „ Nikt nam nie każe nikt nas nie zmusza przechodząc kotlinę uczcimy pamięć Daniela i Mateusza „.