145

145

 

 

Ciemność. Dużo takich małych światełek. Nic nie słychać, bo wiatr. Daleko w czeluściach, w przepaściach żółte lampy miasta. Tam mają ciepło, koce, leżaki, konserwy mięsne. Ogólnie szczęście.

 

 

Można sobie tak trochę biec, ale to ma efekt uboczny – że jest się samotnym w tych ciemnościach, kamieniach i wietrze. Niedługo, za największą górą wiatr się kończy, ale i światełka znikają całkowicie. Nie ma ludzi, może tylko kosmonauci, piloci, albo pordzewiałe sputniki robią fotografie. Zaczynają się kamienne wertepy, ale takie ukryte w jakiś trawach, paprociach. Można się przewracać, a to ożywcze, dobre.

 

 

Kawałek asfaltu. Dają żywność, która uradowałaby dzieci. Chwilę biegnie Brodaty w klapkach, czy sandałach. Mówi, że podobno z przodu ktoś tam jest, niedaleko. Mówi minuty, ale one nie grają roli. Strasznie jest przyjemnie.

 

 

Kolega. Zmierza w tą samą stronę. Zna ścieżki, trasę. Rozmowa, wymiana baterii, truchtanie. Samochód, śpią chyba w środku. Budzimy? Trochę czynności technicznych: zdjęcie obuwia, poprawienie, przebranie. Dalej razem. Noc się ciągnie.

 

 

W miasteczku mają lodówki, spiżarnie, ale teraz śpią. Mają mineralną w kuchni, albo inne napoje gazowane. Jednak śpią. Nie częstują. W ogóle ich nie widać. Noc już mocno znużona, zaraz się zawinie, wciąż jednak ciemno, cicho, nawet ptakom się nie chce.

Tam koło dworca, mówi kolega, jedna kobieta otwiera specjalnie tak wcześnie. Może będzie… Jest! Ludzie są dobrzy. Ciepłe światło, ciepły sklep. Śniadaniokolacja. Zakup zapasów. Entuzjazm.

 

 

Na kolejnym punkcie bardzo fajna dziewczyna. Zimno, ale wychodzi z samochodu, gawędzimy. Mają tu dawać ciepły posiłek, tylko że teraz jeszcze za wcześnie, idziemy.

 

 

Jasno i zielono. Pastwiska, lasy. Góra, dół. Znowu rozmawiamy z ludźmi na punkcie. Potem kolejne łąki, lasy. Ranek. Jakaś większa droga. Jest Brodaty, robi zdjęcia, nie wiem co ma na nogach. Mówi, że dobrze nam idzie. To jednak jest chyba właśnie nieprawidłowe takie bieganie-chodzenie w kratkę. Mówią, że trzeba iść, a nie biegać. Tak jednak dużo łatwiej, bo w nodze jakieś inne rzeczy na zmianę się ruszają i człowiek nie jest zmęczony.

 

 

Mężczyzna z termosem i aparatem. Michał. Jest w antyfazie, w przeciwnym kierunku, ale dzięki temu fotografuje twarze. Częstuje kawą. Późny ranek.

 

 

Potem tak trochę nic. Góra, dół, Góra Szybowcowa, ciastko, woda. Miejscowość. W nocy, z zimnej góry łatwiej było kochać ludzkość. Z bliska, w świetle wygląda to mniej zachęcająco. Czasem słońce. Sklep. Nowy kolega. Wymiana imion. Lasy. Jeszcze trochę i głos elektrowni. Ciepły posiłek niemieckich turystów.

 

 

Teraz będzie trudno znaleźć drogę. Trzeba wyjść koło takiego kościoła – mówi kolega i bierze na siebie nawigację. Gąszcze, chaszcze, nieżywe elektryczne pastuchy. Łazimy po wykrotach, zero ścieżek, zapominamy o drogach. Nie da się biegać. Dłużyzny. Długo idziemy. Nierówno. Nie kontroluję mapy, nie wiem czy dobrze, czy konsekwentnie nawigujemy, totalny brak orientacji. Wierzę mu. Wierzę, że wie gdzie idzie. Chwilę pośród traktorów, bo chyba tam były traktory. Ktoś uczciwie pracował, nie uganiał się po krzakach dla zaspokojenia własnej próżności. Niedługo będą nowe góry.

 

 

Kolega w amoku. Trudno nadążyć. Zakręt śmierci. W ogóle to chłopak, który wymyślił całą tą imprezę nie żyje. Co go podkusiło? W sumie kumple wybudowali mu niezły pomnik, nie mogli tego lepiej wymyślić. Co roku kilkaset osób dowiaduje się o nim i o jeszcze jednym chłopaku, bo ich razem zabiła lawina. Ciekawe jak oni by to pokonywali, szli, biegli? Kolejny punkt zimny, szary. Obsługa mówi, że teraz to już niedaleko.

Ale teraz wszystko trochę się odkleja. Stanisław ma na imię Kopalnia. Ludzie na miękkich rowerach, biała reklamówka niedźwiadek. Płynność. Nie da się tego opisać: jest trudno, jest łatwo. Po prostu inaczej, a do tego zew końca. Jeszcze jeden punkt. Biegniemy.

 

 

Ostatni pan i ostatni samochód. Miłe otwarcie folii na ciastkach. Mamy uważać na szlak, pan mówi, że źle poprowadzony i oznaczony. Asfalt. Bieg. Skręt. Błoto. Pod górę. Tak trochę nie jesteśmy sami. Coraz ciemniej i rzeczywistość coraz bardziej nieskrępowana. Ktoś tam stoi z przodu. Znika. Do tego bagno, chlupoczą, ciamkają buty. Nie da się biec, człapanie po śliskich palikach. Strasznie długo. Znowu pełna ciemność. Strasznie długo idziemy. Woda, błoto. Trzeba jakoś skręcić. Mnóstwo wody. Chyba za długo jakoś. Światło. Światło? Światło?! Kurwa, światło? Kurwa! kurwa! Zabłądziliśmy, kurwa!!! Kolega bardzo się denerwuje. Kurwa! Kurwa! Jesteśmy kurwa na hali, kurwa! To nic myślę, to dobrze, to znaczy, że się znaleźliśmy, nie że kurwa, czy że chuj, tylko że dobrze. Kolega na pełnej kurwie z powrotem, biegiem. Za nim…

 

Widać światła. Skwer Imienia Pierwszych Uczestników. Gorąco. Koniec. Dostałem herbatę. Zacząłem tęsknić.