Moja druga Próba

Plany udziału w Przejściu Kotliny Jeleniogórskiej robiłem już od kilku lat, lecz kończyło się to tylko na planach. Kilka razy po prostu przeoczyłem termin zapisów. W ubiegłym roku udało się zapisać i w tym roku także postanowiłem przypilnować terminu. Nadszedł 30 maj więc czekam do północy a potem szybkie klikanie i w końcu „poszło” – chyba w 7 minucie zapisów. Nie wiem jeszcze czy się udało – zobaczymy jutro. Pierwszy czerwiec jest info od Orgów – jestem zapisany!

Teraz więc mam także większe motywacje aby pochodzić z plecakiem po górach. Od jakiegoś czasu dokuczał mi ból prawego kolana. Nie wiem od czego – może to przeciążenie, bo gdy podnosiłem coś cięższego to na drugi dzień dawało znać o sobie – trochę też przypominał o sobie kręgosłup. W ubiegłym roku wyeliminowało mnie z Próby lewe kolano – doszedłem wtedy prawie do Perły Zachodu. Ale nie ma co narzekać- czujesz ból więc jesteś. W tym roku od stycznia wędrowałem z plecakiem mniej niż rok temu. Latem były upały no i chroniczny problem z brakiem czasu. Trochę się wahałem czy sprostam wyzwaniu. Tydzień przed przejściem podjąłem ostateczną decyzję, że muszę spróbować. Równocześnie zaopatrzyłem się także w ochraniacz kolana- opaskę. Skuteczność jego testowałem na prawej nodze. Po trzech dniach noszenia po kilka godzin dziennie ochraniacz zrobił co trzeba – ból jakby ustał. Może to tylko była autosugestia?

W piątek w dniu startu, pełen zapału pojechałem do Szklarskiej Poręby. Parkowanie jak zawsze blisko wyciągu na parkingu niestrzeżonym. Na początek wytyczyłem sobie za cel – dojście do Jakuszyc, ewentualnie do Zakrętu Śmierci. Ten odcinek już mi coś powie o stanie moich kolan. Nie chodziłem jeszcze nigdy torem saneczkowym w stronę na Przedział więc idealna okazja przetrzeć i ten szlak. Szkoda tylko , że będzie noc. Wyjątkowo, prognozy pogody się sprawdzają i zaczyna delikatnie padać.

Numer startowy dostałem za drugim podejściem bo za pierwszym nie miałem ze sobą czołówki a pani w biurze imprezy uparła się – może pomyślała, że można iść całkiem po ciemku? Nie ma tego złego – pomyślałem, bo chodząc dwa razy po ten numer przetestowałem pozytywnie ubranie , w którym wystartuję. Jeszcze szybkie przepakowanie plecaka i stawiam się na odprawę przedstartową.

O 19.59 startują biegacze a potem prawdziwa minuta ciszy. Jest dokładnie 20.00 i startujemy, słyszę życzenia od Orgów. Deszcz pada mocniej lecz go za bardzo nie czuję bo jestem dobrze zabezpieczony. Testuję też buty które kupiłem w lipcu i nie mam pewności czy się już dopasowały na tak długi dystans. Mam w nich nowe wkładki żelowe – wyczytałem, że pomagają na kolana. Idę jak zawsze z kijkami a na prawym kolanie ochraniacz. Na początek bardzo wolno i uważam, aby nie skręcić przypadkowo kolana. Idzie się nadspodziewanie dobrze –omijam mocno zawodnione miejsca. Parę razy wpadłem w błotko lub wodę. Mam stuptupy więc chyba trochę zabezpieczą przed wodą. Tłumek stopniowo rozciąga się – miejscami idziemy gęsiego. Dość szybko zaczyna się schodzenie – wygląda , że minęliśmy Przedział. Nie było aż tak strasznie. Dwa lata temu szedłem szlakiem z Jakuszyc na Halę Szrenicką – było wtedy lato, dzień po nocnych opadach deszczu i szlak miejscami był zatopiony w wodzie. Teraz też trzeba było w wielu miejscach przeskakiwać po kamieniach lub bokami po jakiś chaszczach ale nie było tragedii. Już widać w oddali zabudowania leśniczówki w Jakuszycach. Mijamy leśniczówkę i dalej wzdłuż drogi asfaltowej w kierunku polany w Jakuszycach. Znam te tereny i czuję się tutaj swojsko.

Od dawna startowałem w Biegach Piastów i zaliczyłem kilkanaście 50-tek. Górnym Duktem wiele razy jeździłem rowerem górskim. Myślę sobie –już jest nieźle – oby tak dalej. Kolana nie dokuczają, obuwie także OK. Jestem mocno podbudowany . Melduje się na PK – jest ok. 22. Napój z bidonu, mały baton i ruszam za światełkami wędrującymi w stronę Górnego Duktu. Teraz już nie powinno być tyle błotka. Stawiam sobie teraz następny cel: dojście do schroniska na Wysokim Kamieniu i Zakrętu Śmierci w Szklarskiej Porębie.

Grupa się rozciąga coraz mocniej. Szybko mijam odcinek Górnego Duktu, rozdroże pod Cichą Równią i skręcam w prawo na asfalt w kierunku Stanisława. Przed kopalnią „światełka” idą prosto a my przecież powinniśmy iść w prawo. Zaraz potwierdza to ktoś obok mnie – skręcamy i wołamy tych co poszli prosto – widzimy, że zawracają. Po chwili skręt w lewo na szlak w stronę schroniska. Teraz trasa staje się ponownie trudniejsza- sporo błota i wody – odnoszę wraże, że bardziej rozmiękła niż na Przedziale. Kolano nie dokucza – to jest najważniejsze. Nawet nie myślę już o deszczu. Nie omijam już skrupulatnie kałuż bo buty całe w błocie – nie odczuwam jednak aby nogi pływały- może stuptupy pomogły? Ważne, że plecak mam zabezpieczony dodatkowym pokrowcem. W plecaku miałem także poowijałem rzeczy w dodatkowe torby foliowe.

Nie wiadomo kiedy a już widać rozwidlenie szlaku przed schroniskiem na Wysokim Kamieniu – dochodzi 23.45. Melduję telef. żonie, że idę dalej, kolana nie dokuczają i ogólnie jest OK. Gdy dzwonie, omijają mnie pojedyncze osoby lub grupki. Do deszczu już się przyzwyczaiłem. Teraz zaczyna się trudny dla mnie odcinek – schodzenie w stronę Zakrętu. Trzeba mocno uważać bo miejscami miękko i bardzo ślisko na kamieniach lub korzeniach drzew. Chwilami ślizgam się na błocie. Nie widzę już przed sobą i za mną żadnego światełka. Kogoś doganiam dopiero przed Zakrętem ( widać są tacy co schodzili jeszcze wolniej). Pod wiatą na Zakręcie odpoczywa już grupka przejściowiczów. Znajduję skrawek miejsca na ławie pod wiatą więc chwilka postoju aby odpoczęły nogi, bo praktycznie nie siadałem od startu. W trakcie krótkiego postoju napój plus baton i ruszam dalej w dół stronę Górzyńca. Startuje jeszcze kilka osób więc idzie się jakby raźniej. W trakcie schodzenia trzeba mocno uważać. Trasa trochę lawiruje ale ciągle w dół. Już widać w dole jakieś zabudowania. Na końcówce szlaku przed budynkami tyle błota, że już go nie omijam. Wychodzimy na drogę asfaltową, potem w prawo w stronę ogniska przed torami. Miłe panie z gminy częstują napojami i kiełbaskami. Nie ma gdzie usiąść, bo wszystko mokre. Widzę, że atmosfera wśród narodu coraz lepsza – no i moja kolana nie bolą. Ognisko dawało sporo ciepła i wokoło niego dogrzewali się niektórzy Przejściowicze. Ktoś woła moje imię – to znajomy Gdańszczanin z Przejścia w ubiegłym roku. Nie wiem jak poznał mnie w tym małym tłumie. Doszedł wtedy do lotniska w Jeżowie. Szliśmy wtedy razem przez całe Rudawy i Góry Kaczawskie. Przywitałem się także z jego kolegą –moim imiennikiem, który rok temu doszedł do mety. Idziemy dalej razem – deszcz przeszkadza mniej, co miał zmoczyć to zmoczył. W plecaku mam jeszcze sporo „cudokremu” i zapas suchych skarpetek.

Teraz mój następny mały cel, to dojście do Lotosu. Mijamy PK na Zimnej Przełęczy i Wojcieszyce. Teraz kierunek: Komorzyca. Od kościółka w Wojcieszycach trzymam się grupy bo nic nie widać. Ktoś na czele grupy chyba zna teren i sprawnie prowadzi leśnymi ścieżkami a ja na końcu staram się dotrzymać tempa. Jeśli bym został to z pewnością bym pobłądził. Idziemy szybko więc jest i cieplej- na forum z Przejścia wyczytałem kiedyś złotą myśl: „jest ci zimno idź szybciej to się rozgrzejesz”. I tak teraz trzymam. Szlak zaczyna wolno opadać i z daleka widać już światła stacji paliw Lotos. Jest przed 5 rano. Nareszcie będzie można usiąść i zmienić skarpety. Na chwilę rozlokowuję się na posadzce wewnątrz stacji. Zmiana skarpet, „cudeokrem” i już jest lepiej. Oblepione błotkiem stuptupy wędrują na dno plecaka. Wychodzę na zewnątrz bo robi się za gorąco. Jeszcze napój, baton i w drogę. Idziemy teraz do Perły Zachodu. Kolana nie dokuczają, żadnych odcisków – trochę narasta zmęczenie. Już widno wiec szlaki widoczne. Teraz ja na czele prowadzę kilka osób- bo znam te tereny. Dochodzimy do Perły – nie ma sensu siadać bo odpoczynek zrobi się na Górze Szybowcowej. W dole po prawej stronie naszego szlaku piękne zakola Jeziora Modrego. Teraz wolno i ostrożnie schodkami w dół i przez drewniane belki mostu nad wodą. Dalej po prawej pomnik drwala, krótkie podejście i w lewo. Szlak płynie więc halsujemy bokami po jakiś kępach traw i kamieniach. W koleinach sporo wody. W końcu udało się to pokonać i jesteśmy na twardej nawierzchni – droga asfaltowa przed Jeżowem Sudeckim. Mój kolega, Gdańszczanin narzeka coraz bardziej na ogólne przemęczenie i podejmuje decyzje o wycofaniu. Siadamy na ławce na przystanku przy skręcie do Jeżowa skąd zaraz dzwoni do Orgów, którzy zadeklarowali, że go stąd zabiorą do Szklarskiej. Właściwy punkt transportowy jest na Górze Szybowcowej – tam już nie da rady podejść. Pozdrawiamy się – „do przyszłego roku na następnej Próbie”. Ja idę znowu samotnie dalej w stronę lotniska na górze.

Idąc przez Jeżów przeoczyłem skręt szlaku z drogi – skrót na górę. Szedłem więc dłuższą drogą tzn. asfaltem. Po drodze wyprzedziłem dwójkę, która w wyraźnie żółwim tempie resztkami sił brnęła w stronę hangaru lotniska. Melduję się na PK zlokalizowanym przy schodkach restauracji na Górze Szybowcowej.

Wewnątrz spocząłem na wolnym miejscu w restauracji -akurat się zwolniło – było przy niskiej ławie blisko lady i schodów na górę. Teraz będzie można zrobić dłuższy odpoczynek. Było już sporo ludzi – jedni spali przy stołach lub na podłodze inni coś szykowali w plecakach, wchodzili i wychodzili. Atmosfera podobna to tej jaka była na Przejściu rok temu w Śląskim Domu. Zrzuciłem plecak, kurtkę, polar, buty. Zamówiłem u pani za ladą żurek i herbatę z cytryną. W tym czasie cudokrem- wymiana kolejnych skarpet na suche. Nareszcie bez butów nogi wypoczywają – smaczny żurek i bułka zabrana jeszcze z domu szybko przywróciły energię. Zmęczenie minęło szybko. Do stołu przysiadło się kilka osób. Gdy powiedziałem, że już chyba zamykamy peleton, stwierdzili, że wprost przeciwnie mamy super czas. Była ok. 8 więc pomyślałem, że mają racę. Ich optymizm udzielił się szybko mnie i mnie. Tak właściwie to według moich „domowych” planów ok 12-13 mógłbym być na Przełęczy Widok a jak dobrze pójdzie to przed 18 na „makaronie”. Ruszam więc pełen optymizmu.

Za hangarem idzie się lekko w dół wzdłuż lądowiska samolotów- szkoda, ze pada i nic nie widać, bo to miejsce ma szczególny urok. Lubię „wpadać” na Szybowcową bo jest tu genialny widok na całą panoramę Karkonoszy i poszczególnych miejscowości w Kotlinie. Przez chwilkę rozmawiam jeszcze z wędrowcem, który szedł pod lasem naszym szlakiem tylko z dołu w stronę hangaru – odwrotnie do naszego kierunku marszu. Był Czechem. Mówił, że od rana miały być tutaj rozgrywane zawody spadochronowe a teraz uczestnicy z Polski i Czech czekają na sprzyjającą pogodę. Podobno pod wieczór ma przestać padać- oby się sprawdziło pomyślałem. Idę szybko w dół za grupką pań, które mają na plecakach trójkątne chusty z imionami. Fajny pomysł. Szlak skręca w lewo i wchodzi w las. Jest znowu bardziej podmokły i trzeba przeskakiwać wodę bokami. Teraz po odpoczynku szło się jednak lekko i jak dla mnie szybko. Błotko już tak nie przeszkadzało. Pań z chustami jednak nie dogoniłem i sam mijam kościółek w Chrośnicy. Potem w lewo przez łąkę w pastwisko z elektrycznym pastuchem- nie wiadomo czy wyłączony prąd więc należy uważać. Za pastwiskiem podążam za grupą, która idzie wydeptaną ścieżką pomiędzy wysokimi roślinami( chyba nawłoć -jesienią kwitnie na żółto) -skręcają w prawo stronę lasu.

Teraz podchodzenie kamienistym wąwozem na Okole. Trasa w stronę Okola minęła nadspodziewanie szybko i nawet podchodzenie na Okole okazało się nie takie straszne. Rok temu zejście tym samym szlakiem było dla mnie trudniejsze. Chyba w trakcie tego schodzenia pośliznąłem się i „dobiłem sobie lewe kolano”, które za Jeżowem mnie wyeliminowało z Próby. Szkoda, że teraz nie widać nic ze szczytu. Gdyby było ładnie to z pewnością posiedział bym trochę koło punktu widokowego na skałkach szczytowych. Może kiedyś doczekamy się, że platforma widokowa na skałkach będzie naprawiona – teraz sterczą tylko jej kawałki. Bardzo ostrożnie przechodzę przez skałki. Rok temu na Przejściu zastał mnie tu zmrok ale nie padało, teraz jest zdecydowanie trudniej bo bardzo ślisko. Ważne, że buty trzymają. Skałki się kończą i robi się lekkie wypłaszczenie, skręt w prawo a potem wąwozem schodzenie w kierunku drogi asfaltowej gdzie usytuowany jest następny PK. Na punkcie panie częstowały świetnym napojami w dwóch kolorach, napój smakował jak kompocik owocowy. Teraz siadam na pniaku drzewa, krótka obsługa nóg (cudokrem) i start asfaltem pod górkę w stronę zakrętu na Kapeli. Kilkadziesiąt minut wędrówki poboczem drogi asfaltowej i widzę grupki odpoczywające koło przystanku i płotka na Przełęczy Widok. Dochodzi 14. Usiadłem na murku aby dokończyć trochę napoju a pusta butelka do kosza. Lubię zatrzymywać się w tym miejscu bo widok Karkonoszy robi wrażenie. Wczoraj wieczorem wychodząc na starcie o 20 marzyłem aby choć tu dotrzeć –no i jestem. Żadnych bólów nóg czy kolan, buty nie obcierają, plecak też leży OK. Jak dobrze pójdzie to jeszcze załapię się na makaronu na Różance- pomyslałem. Czuję, ze zdążę bez problemów. Jeszcze tel. do domu i startuję dalej samotnie. Ludzie, których tu zastałem zostają dalej.

Po kilkudziesięciu minutach dogania mnie grupka – staram się dotrzymać kroku. Mijając Trzmielową Dolinę zatrzymałem się na chwilę aby popatrzeć na ruiny jakiś budynków. Muszę poczytać o tym miejscu- pomyślałem, ciekawe co tam kiedyś było. Nie ma gdzie usiąść bo wszystko mokre. Idę dalej z grupką , halsując to w prawo to w lewo – moja uwaga skupiona była głównie na omijaniu błotnych kałuży. Nie wiadomo kiedy a już wychodzimy z zarośniętego leśnego szlaku na lekko odkryty teren.

Po prawej zabudowania a na wprost na wzgórzu słychać dźwięk dzwonu. W oddali po prawej widoczne konstrukcje wierzy przekaźników na Barańcu. Dzwonem witano na PK kolejnych uczestników.- także i naszą grupkę. Dzwon dodał mi chyba energii. Jak zwykle na PK napój Orgów , ciasteczko i idę dalej. Grupka, z którą szedłem pozostała dłużej – i tak mnie przegonią bo ja idę wolno (kolana). Do teraz nic nie boli i nie czuję obtarć a więc dobrze. Mijam nadajniki – potem długi odcinek prostej i podejście w prawo -dalej między drzewami. Doganiają mnie pozostali przy PK przejściowicze. Wychodzimy z lasu. W oddali w dole widać drogę asfaltową Jelenia Góra – Wrocław a za nią zbocze Różanki. Deszcz ponownie przypomniał o sobie wzmocnił nasilenie. Przejście przez asfalt i w lewo lekko pod górkę wzdłuż wsi na przebudowywaną drogę – bez pobocza tylko krawężniki i ubijany podkład z kamieni. Pada dalej ale idzie się po tym nieźle. Z pewnością jest to remont drogi po powodzi, która zniszczyła ją rok czy dwa temu. Pisały o tym media. Na końcu zabudowań skręt w prawo i długim podejściem polną drogą na Różankę. Jeszcze przed skrętem czekają dwie osoby. Pomyślałem, że może na mnie lecz mówią , że rezygnują i schodzą do Janowic na transport powrotny. Podchodzę na Różankę sam. Jest przed 17.45 więc czas mam OK. Makaron smakował wyśmienicie a nawet był lepszy niż rok temu. Obsługa nie limitowała ilości bo jak mówili do tego miejsca dotarło mało uczestników i można dokładać ile się chce. To podbudowało mnie mocno. Nie brałem dokładki bo porcje były spore. Szybko robi się zmrok i dalej pada. Jeszcze łyczek napoju i ruszam w stronę ogniska. Nagle- nawet nie zauważyłem kiedy błysk lampy – ktoś mi zrobił fotkę. Potem skojarzyłem że był to Pan Michał. Dalej za ogniskiem na ławach pod wiatą siedzieli moi znajomi z lotniska w Jeżowie- ta czwórka, która przysiadła się do ławy i dała mi wtedy tyle optymizmu w restauracji. Mieli problemy- mówili o odciskach i bólach – planowali wycofanie się z Przejścia.

Teraz samotnie wchodzę w lasek i szukam zejścia w stronę Janowic. Szlak powinien iść trochę prosto a potem w dół w prawo. Droga na wprost jakoś teraz się dłuży – gdzieś przecież musi być to zejście. Nie mogę przeoczyć bo pójdę w innym kierunku i trzeba będzie wracać. W końcu jest szlak w dół- nawet dobrze oznaczony. Szlak w dół jest bardzo miękki i ślizgam się chwilami w mokrej mazi. Potem w prawo i w lewo na szerszą drogę w stronę budynków. Baterie w lampce wolno kończyły się wiec pomyślałem, że wymianę ich zrobię już w Janowicach. Szybkie schodzenie i dogoniłem dwójkę. Jeden z nich pan –chyba w moim wieku cały czas opowiadał a ten drugi tylko słuchał. Tak dotarliśmy do Janowic. Opowiadający poszedł szukać swoich znajomych, którzy gdzieś tu mieli się wyspać. Ja z kolegą poszliśmy do sklepiku zrobić zapas wody.

Po bezskutecznej próbie znalezienia jakiegoś noclegu w jedynej napotkanej agroturystyce zalegliśmy na końcu parkingu przed marketem Dino. Deszcz ustał a na niebie nawet zobaczyliśmy gwiazdy. Ładny wieczór lecz robiło się chłodno. Ponowna wymiana skarpet na suche. Przysiadł się trzeci Przejściowicz – powiedział, że czeka na swojego kolegę , który był gdzieś na dworcu. Po „obsłudze” nóg zdecydowaliśmy pójść na dworzec. Okazało się, że mieszkańcy otworzyli jedno z wejść do klatki schodowej. Rozlokowaliśmy się na posadce klatki schodowej na parterze budynku dworca kolejowego. W porównaniu z miejscem na parkingu przed marketem mieliśmy komfort. Przynajmniej nie było tak zimno. Robiła się 21 i decydujemy, że idziemy dalej już w czwórkę- dziewczyna kolegi rezygnuje i zostaje tu do rana.

Na podejściu do zamku Bolczów idę wolno na końcu grupki. Miejscami wąwóz bardzo śliski, trochę wody a ja cały czas uważam aby się gdzieś przypadkiem nie pośliznąć. Nie pada, więc jest już nieźle. Moi znajomi idą szybciej i już przy zamku Bolczów jestem ponownie sam. Wokoło ciemności. Przy szlaku z lewej i prawej dziwne – czarne kształty skał – gdzieś w oddali słychać jakieś odgłosy zwierząt – ciekawe jakich. Omijam samotnie czarne kontury ruin zamku i idę szlakiem w stronę Polany Mniszkowskiej. W pewnej chwili z oddali widzę, że ktoś czeka na kamieniu. Patrzy się w moją stronę, przy nim leży jego plecak. Gdy doszedłem do niego okazało się, że to jakieś jasne przebarwienia skał dają takie barwne efekty świetlne. Oświetlam lampką inne okoliczne skałki i widzę, że faktycznie mają jakieś kolorowe przerosty, które dają ciekawe odblaski. Jestem sam, wokoło nikogo, sceneria niesamowita. Lubię Rudawy – często tu przyjeźdżam, bo są tajemnicze i jeszcze spokojne. Teraz trzeba uważać aby nie pomylić drogi na rozwidleniu. Dochodzę do rozwidlenia- tutaj w prawo i lekko pod górkę. Samotnie mijam Polanę Mniszkowską i docieram do PK. Delektując się tym tajemniczym czarnym lesie zapomniałem, że PK będzie przed podejściem na Małego Wołka. Ucieszyło mnie jak zobaczyłem ognisko i ludzi przy nim. Nie jestem w tej czerni całkiem sam- ktoś też wędruje szlakiem, pomyślałem. Chwila postoju i ruszam dalej. Nie ma gdzie usiąść bo wszystko mokre więc zamiast stać, lepiej iść do przodu. Ktoś idzie z przodu a ja wolno za nim i już na podejściu na Wołka byłem ponownie sam. Miejscami są rozwidlenia rozjeżdżonego pokrytego głębokimi napełnionymi wodą koleinami szlaku. Trzeba dobrze uważać aby nie zgubić szlaku – oznaczeń na drzewach. Widoczność stopniowo się pogarsza bo jest coraz większa mgła.

Powoli coraz wyżej, i jest w końcu słup z napisem „Wołek”. Wołek to dla mnie miejsce szczególne. Trochę lat temu – okolice połowy lat 80 byłem tu na rajdzie- wędrowałem przez Wołka z grupką znajomych ,w której była obecna moja żona. Potem losy były różne. Po roku 90 więcej nart zjazdowych i biegówki w Jakuszycach a w przerwach windsurfing, moje hobby jeszcze z lat 70 gdy zaczynało się Polsce żeglować na desce. Do tego doszedł rower górski. Dopadła mnie współczesna choroba- ciągły brak czasu. Kilka lat temu zwolniłem tempo i ponownie wróciłem w stronę spokojniejszych Rudaw. Najpierw objeździłem je rowerem a potem jeszcze spokojniej z zaliczałem wędrując z plecakiem. Wróciło dawne zauroczenie tymi górami. Tu można naprawdę wypoczywać. Teraz, gdy dotarłem na polankę koło Wołka usiadłem samotnie na ławce. Była noc więc czerń wokoło. Cisza, mgiełka. Zdjąłem plecak i poszedłem w prawo za krzyż w stronę skałki , na której zawsze odpoczywam- może w dole coś zobaczę , niestety tylko bezkresna czerń. W dole nie widać Kowar – żadnych światełek. Nasuwa się myśl- czy kiedyś tu będę ponownie nocą? Jeśli pójdę za rok w Przejściu – a trasa wróci na „normalny” kierunek , to będę tu w dzień. Trzeba teraz delektować się tym miejscem. Kilkanaście minut wspomnień. Widoczność się pogarsza , narasta mgła. Gdy tak siedzę na ławce robi się coraz chłodniej. Trzeba iść dalej – ruszam w dół szlakiem w stronę kamieniołomu. Mgła coraz mocniejsza, docieram niebieskim szlakiem do rozdroża, na którym leżą pościnane i poukładane w pryzmy pnie drzew.

Idę dalej w dół szlakiem w stronę kamieniołomu ale po chwili widzę na drzewie żółty znak szlaku a przecież powinien być niebieski. Czyżbym w tej mgle pomylił szlak? Przeszedłem może ze sto – dwieście metrów i zwątpiłem. Decyzja szybka lepiej zawrócić na polankę. Jeszcze raz analizuję oznaczenia szlaków pomalowane na leżących głazach i wygląda z nich, że szedłem dobrze. Tyle razy tu chodziłem. Niemożliwe aby zabłądzić- może to zmęczenie daje znać o sobie? Niewiele myśląc siadam na ściętych pniach i czekam na kogoś. Po 15-20 minutach robiło się już chłodno.

W końcu od strony Wołka idą „światełka”- nadeszła grupa przejściowiczów. Ktoś z czwórki miał kompas i on sprawdził kierunki. Ruszyliśmy w kierunku, w którym schodziłem wcześniej – po kilkuset metrach na drzewach był oznaczony szlak niebieski- a więc OK.- nie jest jeszcze ze mną tak źle . Idziemy teraz razem szlakiem niebieskim w dół. Dochodzimy do rozwidlenia przed kamieniołomem – prowadzi kolega z kompasem, ja na końcu grupki. Wygląda na Rozdroże pod Bielcem. Skręcamy lekko w prawo- wody i błota tak dużo , że zaczyna być problem którędy iść do przodu. Ktoś z prowadzących stwierdził , że na drzewach nie ma oznaczeń szklaku i chyba pomyliliśmy drogę. Szybka decyzja, zawracamy i wchodzimy na właściwy- oznaczony szlak niebieski. Faktycznie – to odbicie zaprowadziłoby nas w stronę przecinek leśnych. Wcześniej w prawo był szlak w stronę Strużnicy – oddzielony szlabanem. Idziemy teraz dobrze –niebieskim. Szlak idzie pod górę pomiędzy kamieniami, między którymi płynie woda. Bywałem tu już kilka razy. Za każdym razem kolor wody w potoku był różny- od kryształowo czystej i przejrzystej wiosną do brunatnej jesienią. Teraz widać tylko czarne błotniste plamy. Bardzo uważam aby nie zmoczyć się w nich lub przewrócić. Na podejściu coraz więcej skałek i głazów – trzeba kluczyć aby nie nabawić się przypadkiem kontuzji. W poprzek szlaku leży wielki pień zwalonego drzewa, które omijamy z prawej. Drzewo to widziałem już tu w lipcu gdy miałem urlop i przechodziłem. Dalej pod górę trochę mniej wody. Czwórka z przodu już niewidoczna i ja idę wolno sam. Nikogo z przodu i z tyłu. Gdzieś w połowie podejścia zanika mi światełko mojej czołówki. Pierwsza myśl – nie kontaktują baterie. Siadam na jakimś głazie i po omacku wyszukuję w plecaku baterie. Zamiana nic nie dała. Okazuje się, że chyba deszcz i wilgoć zrobiły swoje. Czekam tak, w dokładnej ciemności – może ktoś nadejdzie- jestem przecież na szlaku. Prędzej czy później musi ktoś tu dotrzeć. Nie ma co panikować- szkoda tylko straty czasu. Szybko odczuwam większy chłód. Manipuluję przy lampce. W pewnej chwili zaczęła świecić. Nie wiem dlaczego- udało mi się „złapać” świecenie czołówki, było wprawdzie bardzo słabe lecz można było wolno iść do przodu.

Minęła północ i według moich planów i analiz robionych jeszcze w domu czas mam dobry. Idę teraz szczególnie ostrożnie, bo można wpaść nogą w jakąś szczelinę i po „Przejściu”. Parę razy walczę z kijkami, które zapadają się w jakiś dziurach między skałkami korzeniami. Parę razy o mało mi się nie połamały i musiałem je wyciągać. Uważam aby nie zboczyć ze szlaku i wypatruje kolejnych oznaczeń na drzewach. W końcu coraz mniej skałek i szlak lekko się wyrównuje. To już dla mnie bardzo dobry znak bo zaraz będzie koniec podejścia. Jest także mniej kamieni i skałek. Lampka jeszcze lekko pali. Po kilkunastu minutach dochodzę do płaskowyżu Skalnika i po chwili jestem przy znakach niedaleko Małej Ostrej. Już z daleka zobaczyłem światełka i moją „czwórkę”, która wypoczywała. Na zegarku dochodzi 1 w nocy. Według moich wcześniejszych planów miała to być godzina mojego wyjścia z Janowic w Rudawy – a ja już przy Skalniku i do tego zero bólu kolan. Następny „mały i już wielki” sukces. Jeszcze kilka dni przed próbą wybierałem się z „moimi kolanami” do lekarza. Pani w rejestracji proponowała termin na grudzień lub styczeń przyszłego roku – jakiś kabaret. Założyłem więc opaskę na kolano i obyło się bez lekarza. Opaska to genialny wynalazek.

Teraz już razem grupką zacząłem schodzenie – ja w środku aby mieć widoczność. Jeden z kolegów, któremu także mocno zaczęło dokuczać kolano przy schodzeniu szedł za mną i oświetlał mi szlak. Mieli dobre czołówki wiec szło się dobrze. Omijamy Konie Apokalipsy, szlak opada teraz stromo w dół – bardzo ślisko i trzeba mocno uważać na głazy i kamienie. Tak docieramy do leśnej szutrowej drogi – już mniej stromej. Idziemy gęsiego raźniej i szybciej. Nie wiem ile czasu minęło, może godzinka, a prowadzący kolega z przodu dostrzegł wiatę. Szybka decyzja i zatrzymujemy się na odpoczynek., To już druga noc bez spania i organizmy dopominają się swojego. Czas też mamy dobry, nie ma co się śpieszyć bo to nie wyścigi. Wiata była pusta a w niej stół, ławy i drewniana podłoga- jak dla nas super warunki. Padamy na czym kto miał. Ja rozłożyłem karimatę, szybko trochę napoju, folia i spanko. Czy zasnąłem tego do końca nie jestem pewien, bo widziałem jakieś światełka, które wchodziły obok, zaglądały do wiaty- nie wiem. Ktoś z grupy ogłosił koniec postoju. Minęła chyba godzina lub dwie. Na podłodze byli tez inni, którzy zalegli tu w nocy.

Moja „czwórka” wystartowała szybko a ja siłuję się przy zwijaniu karimaty i plecaka. Ktoś czekał już na moje –zwolnione miejsce. Kilka minut później wychodzę szybko na szlak, chyba w prawo myślę –szliśmy przecież lekko w dół a wiata była z prawej- to pamiętałem z nocy. Lampka niepotrzebna bo już coś widać i jaśnieje lekko niebo ponad lasem. Nie widzę już mojej „czwórki” a tu nagle po kilkudziesięciu metrach droga rozwidla się w prawo i w lewo. Skręcam w lewo bo szlak jakby szerszy i sporym tempem idę aby dogonić moich znajomych. Szlak – na drzewach oznaczony jako rowerowy, opada lekko w dół. Jak przyśpieszę może ich dogonię? Moje nawoływania są bez odzewu. Mija 10-20 minut dalej idę szybko sam i nie widzę nikogo przed sobą. Czyżbym pomylił szlak? Już całkiem widno, nie pada – po krótkim śnie mam sporo energii. Idę teraz stosunkowo szybko, bo szlak rowerowy w miarę równy. Wydaje mi się, że idę dobrze, ale gdzie w takim razie idzie moja „czwórka”? Musieli pójść na tym rozwidleniu szlaków w prawo i idą gdzieś powyżej- tam jest chyba szlak żółty. Czas także dobry i w razie zabłądzenia zawsze dotrę do Przełęczy Kowarskiej. Co najwyżej nadrobię parę kilometrów i nie byłby to problem. Mija już ponad godzina od szałasu. Możliwe, że gdzieś się z nimi spotkam bo szlaki może się gdzieś schodzą? Albo zejdą się dopiero na Przełęczy? Dokładnie nie znam tych ścieżek. Idzie się pięknie i szybko- ważne, że nie pada, droga równa i zapowiada się słońce. Jestem już wysuszony. Polar i koszulka termoaktywna zdają wyśmienicie egzamin. To samo rękawiczki z polaru dały radę w deszcz i chłodek. Pierwszej nocy były totalnie przemoczone, lecz było w nich ciepło. Teraz już je zdjąłem, jest dla mnie stosunkowo ciepło i przyjemnie. Tylko głupio by było jednak nadrabiać trasy. W plecaku mam mapkę ale jakoś wewnętrznie czułem, że idę w dobrym kierunku. Niebo jaśniało z tyłu wiec kierunek powinien być dobry. Pamiętam jak rok temu na Przejściu schodziłem z Okraju na Przełęcz Kowarską to wschodzące słonko było z przodu. Co jakiś czas zatrzymuję się i nadsłuchuję.

W pewnej chwili dociera jakby słaby szum samochodu – chyba idę dobrze- może to droga na Przełęczy a może gdzieś poniżej w stronę Leszczyńca? Jeszcze kilkaset metrów i jestem już widzę w oddali Przełęcz Kowarską. Jest dopiero przed 7 rano. Do 20 mam jeszcze sporo czasu. Próby od początku nie traktowałem jako wyścig więc najlepiej byłoby dojść z małą rezerwą czasu ale najlepiej jeszcze przed zmrokiem. Ktoś jeszcze leżał przykryty folią, ktoś inny coś szykował do wyjścia. Zapytałem obudzonego czy mijała go czwórka schodząca od strony Skalnika. Nikogo nie widział. Czasu mam więc sporo, no i do tego ta polepszająca się pogoda. Siadam na parę minut, nawodnienie – baton i staruję w stronę Okraju.

Pomimo, że pod górkę to idzie się lekko – kolana także w porządku a widoki coraz ładniejsze. Pojawia się słonko a w oddali z prawej przez chwilę widać schronisko. Po drodze schodzi ktoś szlakiem w stronę Przełęczy Kowarskiej. To znajomy, którego wcześniej widziałem mówi, że niestety rezygnuje. Obawia się, że nie da rady Karkonoszom. Ja doganiam jeszcze jakąś dwójkę i za nią dochodzę do Okraju. Na asfalcie przed schroniskiem już widzę w myślach gorącą zupkę i kawę. I tu nagle zimny prysznic – drzwi schroniska zamknięte. Pierwsza myśl: może z boku jest inne wejście – lecz niestety okazuje się, że schronisko nieczynne. Za schroniskiem ktoś spał a inni odpoczywali na ławkach przy stołach – w międzyczasie pojawiła się też moja „czwórka”. Nie zauważyłem czy doszli teraz czy byli tu wcześniej. Zaraz więc zameldowałem się więc na PK i usiadłem na kamiennym murku przy schronisku. Krótki odpoczynek. Dziewczyna z czwórki poczęstowała mnie kabanosem, który smakował wyśmienicie. Znajomi planowali pójść na stronę Czech aby coś kupić do zjedzenia. Doradziłem im, że aby coś zjeść to najlepiej dotrzeć do czeskiej Jelenki , która z pewnością będzie czynna a jest przy naszym szlaku i nie trzeba nigdzie zbaczać ze szlaku. Nasze schronisko- według tabliczki na drzwiach ma byś czynne od 9.

Nie ma co czekać na otwarcie bo szkoda czasu. Szybka decyzja i ruszamy dalej pod górę na Skalny Stół i do Jelenki. Ja ostatni, bez pośpiechu. Widoczność była już bardzo dobra i zatrzymywałem się kilkukrotnie aby popatrzeć na panoramę okolic a w oddali pasmo Rudaw. Podejście jest trochę nieciekawe ale rekompensują to coraz ładniejsze widoki. Potem płaski odcinek na Czole i Skalny Stół. Szkoda było schodzić z tego miejsca, lecz niestety trzeba powoli iść, bo jeszcze jest trochę trasy do pokonania. Jesienią przyjdę tu z pewnością od strony Karpacza przez dawną osadę Rudniki. Teraz zauważyłem też, że moje kolana chyba zapomniały już całkiem o bólach. Kolega z „czwórki” z bólem nogi powoli schodził ze Skalnego Stołu. Na zejściu nawet go wyprzedziłem lecz potem na podejściach on wyprzedzał mnie. Różnice wieku były wtedy widoczne. Teraz Sowia Przełęcz, chwila podejścia i jesteśmy jesteśmy „Jelence”.

Czeskie schronisko nie zawiodło – stanęła na wysokości zadania. Świetne naleśniki ze słodkimi jagodami i bitą śmietaną a do tego herbata z cytryną dały moc nowej energii. Wrzucam na siebie koszulkę z logo Przejścia (dostaliśmy ją na starcie) a na to lekki polarek.

Wychodzę jako pierwszy i tak „czwórka” mnie dogoni. Szlak wije się ostro w górę – najpierw coraz rzadszy las a potem wśród przepięknej kosówki. W oddali widoki ze Śnieżką. Jest coraz cieplej. Szlak skalisty lub kamienisty, lecz prawie suchy. Należałoby tu posiedzieć w tej scenerii i delektować się widokami. Co chwilę zatrzymuję się aby podziwiać widoki. Przed południem jestem pod Śnieżką i czekam na murku na resztę ekipy. Widzę ich w oddali podchodzących na Śnieżkę z Czarnej Kopy. Dalej, już razem idziemy do Śląskiego Domu i tam uzupełniam zapas wody.

Idę dalej sam. Moja „czwórka” zostaje na chwilę w Śląskim Domu . Na szlaku dużo spacerowiczów – szczególnie w rejonie zejścia do wyciągu krzesełkowego na Kopę i w stronę Strzechy Akademickiej. Zatrzymałem się jeszcze kilka razy. Zawsze zauroczony jestem widokami na Równi pod Śnieżką. Grupy zielonej kosówki rozrzucone wśród jasnych o tej porze traw daje szczególnie piękne zestawienie form. Po lewej w oddali zbocze Luczniej Góry a po prawej w dole schronisko Samotnia nad Małym Stawem. Dalej w dole Duży Staw, Pielgrzymy, zbiornik koło Sosnówki. Tu trzeba swoje odstać i podelektować się widokami pasm przebytych gór- trochę to przytłacza.

Myślę, ze to chyba w nagrodę przyroda wynagrodziła nam deszczowe dni. Rok temu w czasie Przejścia byłem tu ok. 1 w nocy i nie było widać tego co teraz. Idę bardzo wolno i szkoda, ze nie można zatrzymać czasu. Za Słonecznikiem dogania mnie „czwórka” i teraz razem idziemy już szybkim krokiem w kierunku do Odrodzenia. Ja oczywiście ostrożnie na końcu naszej grupki.

Docieramy do schroniska około 14.30. W schronisku Orgi na PK zapisują naszą ekipę. Wyjątkowo dobrze smakuje gorąca pomidorówka z makaronem. W schronisku było dla nas za gorąco, więc aby ochłonąć wychodzimy na taras na zewnątrz. Znajoma koleżanka z grupki pomogła mi nawet przenieść zupkę na taras. Nie potrafię przenosić talerza z zupką od dawna a tym bardziej teraz byłby problem aby nie wylać. W oddali widać zamglony Wielki Szyszak. Pogoda zaczyna się psuć. Minęła już 15.15 więc ruszamy dalej. Zaczyna się „asfaltowe” podejście do spalonej Petrovki. Nasza grupa rozciągnęła się. Ja staram się dotrzymać kroku. W oddali majaczył coraz mocniej zamglony Wielki Szyszak. Z pewnością jest tam chłodno- pomyślałem.

Na Rozdrożu Pod Śmielcem ponownie jesteśmy razem. Dalej podchodzenie i mijamy Śmielca potem Skałki Czeskich i Śląskich kamieni. Pogoda wyraźnie się pogarsza bo wieje silniejszy wiatr i jest wyraźnie chłodniej. Moja czwórka idzie szybciej i już podchodzi na Szyszaka a ja zostaje coraz dalej z tyłu. Zatrzymuję się i zakładam kurtkę przeciwdeszczową – chroni dobrze przed narastającym wiatrem Śnieżnych wilgocią. Przy Śnieżnych Kotłach rok temu na Przejściu wiało niemiłosiernie a teraz będzie chyba podobnie. To cała natura Karkonoszy- trzy godziny temu przy Śnieżce był lekki wiaterek, słońce, ciepło , a teraz zapowiada się nieciekawie. Podchodzę znowu samotnie po zboczu Wielkiego Szyszaka. Szlak jest na tym odcinku zbudowany z wielkich, precyzyjnie dobranych kształtem głazów. Są miedzy nimi szczeliny więc kijki nie pomagają.

Wiatr czołowy jest coraz mocniejszy i zimniejszy a głazy są śliskie. Moje buty trzymają jednak bardzo dobrze. W takich momentach daje znać o sobie mój ograniczony wzrok. Kiedyś w wypadku straciłem całkowicie widzenie na prawe oko. Widzę tylko lewymi bywa, że przy złym oświetleniu mam trudność w oszacowaniu odległości do przeszkody. Dlatego w ubiegłym roku przed Przejściem najbardziej obawiałem się właśnie tego odcinka całej trasy Przejścia. Wtedy w nocy dałem radę ostrożnie pokonując poszczególne płyty i głazy. Na szczęście w tym miejscu nie wiało tak silnie jak przy samych nadajnikach na Śnieżnych Kotłach. Schodziłem wtedy bardzo wolno trzymając się prawej strony szlaku. Teraz idę podobnie i bez pośpiechu, oczywiście lewą stroną szlaku- do godziny 20 mam przecież bardzo dużo czasu. Podejście do nadajników trochę się dłuży. Nareszcie widzę po bokach szlaku trawę, więc jestem na wypłaszczeniu. Teraz odetchnąłem z ulgą bo tu już bezpieczniej.

Za chwilę omijam zamglone nadajniki i forsownie pod silny czołowy wiatr idę w stronę Trzech Świnek i Hali. Teraz zostało tylko schodzenie przez Hale do Kamieńczyka. Schodzi się trudno i odnoszę wrażenie, że to zmęczenie daje znać o sobie. Kamienisty szlak jest chyba gorszy od tego błotka na początku Próby. Muszę ciągle hamować, bo coś mnie pcha ( to chyba plecak albo wiatr ) – staram się iść a nie zbiegać. Szybkie dojście do Kamieńczyka i zostało już tylko kilkaset metrów. Koniec kamieni. Teraz już powoli schodzę miękkim wąwozem, którym podchodziliśmy w piątek. Przechodzę wysoki mostek. W dole widać potok, którego w piątek nie było widać. Jeszcze tylko malutki strumyk, parę przeskoków po kamieniach i już z oddali widoczne oświetlone namioty.

Powitalne oklaski, gratulacje i wręczenie medalu przez dwóch przedstawicieli Orgów– jestem bardzo wzruszony. Czuję radość ale równocześnie przewija się nutka żalu, że to już koniec przygody. Nie odczuwam nawet zbytnio zmęczenia.

W restauracji za metą czekała już „moja szczęśliwa czwórka” (97,258,259 i 475), która doszła kilka minut temu. Gratulujemy sobie nawzajem wspierania na trasie i osiągniętego sukcesu.

W ubiegłym roku nie udało mi się ukończyć Próby (dotarłem wtedy do przystanku z wiatą poniżej Jeżowa, na której zostawiłem w tym roku kolegę z Gdańska) Wykluczył mnie silny ból lewego kolana. W tym roku wszystko zagrało tak jak planowałem. Przede wszystkim żadnych bólów czy obtarć. Przejście chyba nawet wyleczyło moje kolana bo bóle, których tak się obawiałem przed startem minęły. Udział w Przejściu był dla mnie ukoronowaniem mojego wieloletniego samotnego chodzenia z plecakiem, biegówek oraz „rowerowania” po okolicach Jeleniej Góry, Karkonoszy polskich i czeskich. Lata uciekają (niedługo będzie z przodu 6) i nie wiadomo co będzie za rok.

Orgowie w trakcie rozmowy na mecie oznajmili, że za rok trasa wróci najprawdopodobniej na swój stary kierunek. Może będzie okazja poprawić ubiegłoroczną porażkę idąc w „normalnym” kierunku?

Dzięki wszystkim napotkanym na trasie za niesamowitą atmosferę a Orgom za świetną organizację Przejścia.

Karol z Lubina, nr 311.