Dwóch znajomych i dwie strony medalu

Dwóch znajomych i dwie strony medalu

Właściwie to, czym chcę się podzielić, nie jest relacją z przejścia.

Nie podjęłam w tym roku próby zmierzenia się z własnymi siłami w takim wymiarze, jakim jest pokonanie czterech pasm górskich w czasie 48 godzin.

Miałam jednak możliwość spojrzeć, choć przez chwilę, od drugiej strony na tę imprezę.

W X Przejściu uczestniczyło dwóch moich znajomych: Marek G. nr 98 i Ryszard R. nr 337. Jednego znałam osobiście, jako że w zeszłym roku dużą część trasy pokonywaliśmy razem. Udało nam się nawet trochę zabłądzić przy zejściu ze Śnieżki. Drugiego znałam tylko z korespondencji internetowej. Tak, czy inaczej chciałam spotkać się i z jednym i z drugim.

20 września 2013r,ok.godziny 15.12, kiedy zmierzałam w kierunku miejsca, gdzie uczestnikom rozdaje się pakiety startowe zatelefonowałam do R.R. Byłam ciekawa, czy kolega już jest w Szklarskiej. Dowiedziałam się, że będzie ok. 18.00, więc być może będzie nam dane zamienić kilka Przed godz. 16.00 zameldowałam się w „Szałasie”, otrzymałam zabawny identyfikator i zaczęłam weryfikować Uczestników. Na początku luz, ludzi niewiele. Spokojnie. Pojedynczo. Bez pośpiechu zaglądanie do apteczek, sprawdzanie źródeł światła i numerów telefonu. Przy wyznaczonej liście z końcową częścią alfabetu pomagała mi Kamila. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę jak ważne jest nie tyle sprawdzenie latarki, czy odpowiedniej ilości bandaży, ale właśnie ten numer telefonu.

Mniej więcej o 17.30 atmosfera zaczęła gęstnieć: na dworze szarówka, z nieba mżawka, a przed stołem ustawiła się kolejka startujących. Trzeba było się sprężać, aby wszystkich sprawdzić, wyposażyć w numer, koszulkę i życzyć powodzenia oczywiście. Dopisywałam na listę tych, którzy z jakichś powodów nie zgłosili swojego uczestnictwa 1 czerwca drogą internetową. Wesoło było, kiedy z obowiązku i po niemiecku musiałam cokolwiek powiedzieć do uczestnika. Zawsze czuję jakąś blokadę i obawę, że druga strona nic nie zrozumie. Na szczęście zwrot: „es stimmt” posumował skromną konwersację.

Nadarzyła się okazja na kilka zdań z R.R. Podobało mi się, jak córka Go trzymała za rękę, jak Mu kibicuje. To fajne, że ktoś wspiera duchowo – to pomaga. Zorientowałam się w pewnej chwili, że wśród ludzi, którzy tu przyszli jest mój i mąż i syn. Choć nie startowałam, też mi było miło, że przyszli zobaczyć co robię.

Z M.G. przed startem nie zobaczyłam się.

Godzina 19.30. Odprawa. Już chyba wszyscy. Jeszcze jednak rozdawanie numerów, koszulek trwa. Aura pogodowa, jak dla mnie , nieciekawa. W świetle widziałam gęsto padający deszcz i nie było mi za ciepło.

Przed 20.00, dokładnie za dwie, najpierw na trasę wyruszyli biegacze. Potem, tak jak co roku ta przejmująca minuta ciszy. Cisza, którą poświęca się dwóm GOPR-owcom. To znak, że zaraz zrobi się tu inaczej, tu w miejscu i Startu i Mety jednocześnie.

20.00. Start. Ruszyli. Kiedy byłam uczestnikiem, myślałam, że wszyscy startują jak najszybciej, aby nie zostawać w tyle. A tu pierwsza niespodzianka! Jeden z uczestników tak jakby się właśnie nie spieszył. Postawił plecak na stole – zabezpieczał go pokrowcem przeciwdeszczowym (szkoda, że nie zapamiętałam numeru ). I dopiero spokojnie rozpoczął swoją próbę. Ostatnie światełka latarek na głowach uczestników zniknęły obok pensjonatu „Alfa”, a my zaczęliśmy porządkować swoje stanowiska. Stoły, krzesełka, „pakietowe” reklamówki znikały z pod dmuchanego namiotu. Poszliśmy na piętro Szałasu. W jednym miejscu znalazły się niewykorzystane koszulki. Przy komputerze jeden z organizatorów. Na stole czyjś niedokończony posiłek. Pod ścianą bagaże zostawione w depozycie. W innym miejscu butelki z napojami, kartony pełne ciasteczek. Zwinięte i rozłożone karimaty. Osoby, które tam były miały kolejne, wyznaczone zadania. Najczęściej szykowały się na punkty kontrolne. Zanosiły do samochodów to, co im było potrzebne. Czekali na sygnał. Siedziałam z boku i przyglądałam się temu wszystkiemu. Na stanowisku znalazły się listy ze wszystkimi uczestnikami: tymi zapisanymi, tymi dopisanymi, tymi co się wycofali, bądź nie pojawili się w ogóle.

Poszperałam i znalazłam nr telefonu do M.G. O 20.52 napisałam do niego sms-a: No i w tym zamieszaniu nie mieliśmy okazji porozmawiać nr telefonu wypatrzyłam na liście. Jak tylko będziesz mógł to napisz gdzie aktualnie jesteś, będę patrzeć na mapę. Powodzenia J.K. A o 20.55 do R.R taki: Jak tylko będziesz mógł to pisz gdzie jesteś, będę patrzeć na mapę. Powodzenia.

Wiem z doświadczenia, że nie zawsze od razu można oddzwonić lub napisać wiadomość. A przy tej pogodzie, która była należało chronić w miarę możliwości siebie, jak i telefon przed zamoczeniem. Organizator aktualizował listy przejściowiczów. A tu druga niespodzianka! Zjawiły się cztery osoby, które nie zdążyły wystartować o tej porze, co mniej więcej wszyscy. Dobrze, że pakiety startowe były w jednym miejscu i sprawnie udało się „spóźnialskich” obdarować właściwymi, przypisanymi numerami. Chwila na drobny przepakunek, zostawienie czegoś w depozycie no i ta czwórka wyruszyła na trasę.

Zadzwonił mój telefon. To M.G. Poinformował mnie, że odczytał wiadomość, że teraz jest w okolicach leśniczówki w Jakuszycach. Czyli tor saneczkowy i mokry, zielony szlak pokonany. Była 21:45. Głośno powiedziałam: „ numer 98 minął leśniczówkę w Jakuszycach.” Jeszcze kilkanaście minut spędziłam na pięterku. Kiedy postanowiłam iść do domu. To i wtedy wyruszyła ekipa na punkt kontrolny przy Zakręcie Śmierci.

Było zimno i padało.

Sobota. 21 września. Godz. 9.34 sms do M.G.: Dokąd doszedłeś? I taki sam do R.R. o 9.35. Myślałam sobie: ja spałam pod ciepłą kołdrą – a oni szli. Ile osób przed M.G. i R.R. ? A ile za nimi? Może są i tacy, co już zrezygnowali? ( Byli tacy )

9.38 sms od M.G. Za Szybowcową jestem. R.R. nie odpisał. To nic. Może spał? Nie wiedziałam. Spojrzałam na mapę, aby móc ocenić gdzie to jest. Tak się składa, że ani Szybowcowej, ani Okola, ani Góry Gapy nie udało mi się zdobyć. Nie znam tej części trasy. Nawet w czasie wolnym nigdy w te miejsca nie dotarłam. Mapa płaska i sucha. A trasa? Nie miałam pojęcia jak tam jest.

13.44 sms do M.G.: Czy makaron już zaliczony? i do R.R. o 13.46 o takiej samej treści. Najpierw odpowiedź od M.G.: Nie Baraniec. Potem od R.R. : Dopiero Okole. Pomyślałam nad słowem dopiero. Ciekawe, czy w ogóle dotarłabym do tego miejsca, gdybym szła. Odpowiedziałam do R.R. tak : To i tak pięknie! Trzymaj się! ( 13.53 ) . Mój liścik do M.G. To jeszcze trochę do makaronu. Mocno zmokłeś w nocy? ( 13. 55 ) I teraz refleksja nad puszczonym w eter słowem trochę. Palcem po mapie, to nic takiego. A w rzeczywistości? Cały czas myślami byłam z tymi, co szli. W duchu kibicowałam. Kciuki trzymałam.

O 16.40 M.G. napisał Podobno 200 osób się wycofało. A moja odpowiedź o 16.46 : Tego nie wiem, ale się dowiem, a Ty gdzie teraz jesteś? Odpowiedź : W makaroniarni.

R.R. nie pisał, a ja nie nękałam Go. Myślałam: może męczę Go pytaniami, może popędzam, czy co? Nie jestem przecież jedyną osobą, do której wysyła wiadomości lub telefonuje.

Cieszyłam się, że obaj idą, że nie zrezygnowali.

Właśnie byłam w drodze do Szałasu, po nowe wieści, wrażenia, po to aby zobaczyć, co się zmieniło od ostatniej mojej tu obecności.

O 19.56 sms do R.R. Niedługo 24 godziny gdzie jesteś? O 20.00 odpowiedź : Janowice. O 20.01 do M.G.: Już 24 godziny gdzie jesteś? Po minucie odpowiedź: Wołek pkt.

W Szałasie ruch był trochę mniejszy, niż wczorajszego wieczoru. Zaangażowanie organizatorów wciąż niesłabnące. Właśnie podjechał bus z punktu transportowego w Janowicach – obłożenie pełne. Prawie każdy z wysiadających utykał. A ich spodnie?! Wielkości wprost proporcjonalne: im bliżej butów, tym więcej śladów błota. Ale w sumie nawet przy fajnej pogodzie , po wycieczce, spodnie są najbardziej „wyciuchrane”.

Gdybym tej soboty wyszła szybciej z domu, miałabym okazję zobaczyć na mecie pierwszego „przejściowicza” . Nie liczyłam, że ktoś będzie potrzebował na tę trasę niecałej doby. Ale nic to. O 20.20 do M.G. wysłałam wiadomość: jestem w biurze Przejścia ponad 300 osób się wycofało dotarła jedna osoba z przejścia o 19.30 a biegacza ani jednego. Do R.R. o 20.28 napisałam: Ponad 300 osób się wycofało jedna osoba z przejścia była o 19.30 a biegacza ani jednego – wiadomość z biura. Nie wiem dlaczego nie wykorzystuję funkcji wysyłania wiadomości o tej samej treści do kilku odbiorców.

Chwilę później przybiegło na metę dwóch biegaczy: Artur i Łukasz. Zaraz też puściłam smsy do M.G i R.R.: Dobiegło właśnie dwóch. Było to o 20.51. Obserwowałam zwycięzców i gratulujących. Chwilę potem siedziałam nawet z chłopakami przy stoliku. Czekali na koleżankę, która miała ich zabrać do domu. Cieszyłam się, że mogłam z nimi posiedzieć , pogadać nieco.

Przed wejściem do Szałasu stał zegar odmierzający czas przejścia i biegu. Tykał groźnie. A na monitorze można było odczytać nazwiska tych, co już są na miejscu, już zaliczyli X edycję. Pogawędziłam z osobami, które w międzyczasie zrezygnowały i zawróciły z trasy, a siedziały w Szałasie.

Pokręciłam się jeszcze chwilę, wypiłam herbatę i wróciłam do domu. Zostało niecałe 24 godziny do zakończenia. A Oni szli.

Niedziela . 9.56 wiadomość do M.G. Jak minęła druga noc? O 9.57 taka sama do R.R. Tym razem od M.G. odpowiedzi nie było, a R.R. o 10.05 napisał Świetnie 4 godziny snu, teraz śniadanie na Okraju i ostatni etap. O 10.12 odpisałam No to bardzo dobrze. Ciągle myślałam jak im tam. Próbowałam sobie wyobrazić drogę z Okraju na Śnieżkę. Cały czas pod górę. Po drodze Jelenka, a potem te masakryczne schody w tunelu z kosodrzewiny.

W telefonie cisza w obie strony.

Ok. 18.00 wyruszyłam w stronę wyciągu. O 18.18 zadzwoniłam do R.R.. Słyszałam w słuchawce gwiżdżący wiatr, a kolega był właśnie nad Śnieżnymi Kotłami. Obawiał się, czy zmieści się w limicie czasu. Po rozłączeniu i ja zaczęłam się nad tym zastanawiać i …….denerwować.

Czasomierz oczywiście mrugał złowrogo cyferkami.

Przychodziło co raz więcej ludzi do Szałasu. Czekali na „swoich”, co jeszcze w drodze, witali tych, co im właśnie fotokomórka odmierzyła czas na mecie. Na monitorze sprawdziłam, że M.G. już przeszedł trasę. A gdzie teraz był? Nie usłyszałam, kiedy do mnie dzwonił o 18.36 i 18.50. ( taka ze mnie znajoma – głucha! )

Organizatorzy ustawiali głośniki, szykowali się do oficjalnego zakończenia. Przyszedł i mój syn, aby zrobić parę fotek.

Było chyba za 12 minut dwudziesta, kiedy w gęstwinie ludzi dostrzegłam córeczkę R.R. Bardzo była przejęta sytuacją – jej taty jeszcze nie było. Wyszłam więc w kierunku, od którego wszystko się zaczęło dwie doby temu. I nagle zza górki przy drodze prowadzącej do hotelu Szrenica wyłonił się R.R. Super! Przyszedł! Nie wiem , czy ostatkiem sił, ale podbiegł do mety. Zdążył. Potem to już córcię przy R.R. widziałam. To musi być radocha dla takiego dzieciaczka!

Zakończenie. Medale. Losowanie. Nagrody. Krótkie przemówienia.

I tort z butów, czy buty z tortu? W każdym razie pychotka!

A i moje podsumowanie. Godzina 20.41: będąc nieco z dala od wejścia zadzwoniłam do M.G.

Był tu cały czas, więc nareszcie się zobaczyliśmy!

Mam nadzieję, że na tym kontakt się nie skończy.

Gratuluję wszystkim! Organizatorom dziękuję ! Do zobaczenia na XI Przejściu.

Jola