Plecak

Plecak

Plecak

Każda z osób decydujących się na Przejście zabiera ze sobą plecak. Wkłada do niego wszystkie te przedmioty, które w jego przekonaniu, umożliwią przetrwanie 48 godzin wykańczającego marszu w górach. Czasem lista tych przedmiotów ogranicza się do regulaminowego wyposażenia, tj. apteczki, czołówki, zapasu baterii, etc., plus obowiązkowo woda, ewentualnie baton energetyczny, izotonik i komplet skarpet na zmianę. Czasem lista jest zacznie dłuższa a plecak przezornie większy. Na forach poświęconych relacjom z Przejścia aż roi się od porad i sugestii. Każdy może dobrać dla siebie zestaw, który podpowiada mu instynkt lub doświadczenie.

Mój plecak był mały. Zapakowałam tzw. „niezbędne minimum”. W trakcie Przejścia inni uczestnicy zwracali uwagę na jego rozmiary, natomiast mi podczas próby faktycznie niczego nie zabrakło. Jednak oprócz materialnego ekwipunku, każdy Przejściowicz zabiera ze sobą coś jeszcze: własne, indywidualne oczekiwania względem Przejścia, motywacje, plany odnośnie rezultatów.. Jedni chcą osiągnąć założony przez siebie wynik podczas gdy dla innych liczy się sam udział. I to jest piękne. Każdy z nas miał inne założenia, które sprawiły, że 18 września spotkaliśmy się przed godz. 20, na starcie pod wyciągiem na Szrenicę. Jednak ten „pakiet dodatkowy”, wszystkie myśli, które kłębią się w głowie i w sercu, mają również swoją wagę i czasem sprawiają że plecak wydaje się jakby cięższy…

Jestem mamą dwóch malutkich dziewczynek. Wcześniej bardzo aktywna sportowo, na innych obszarach z resztą również, teraz poświęcona opiece i wychowaniu młodego pokolenia, w zakresie aktywności ograniczona głównie do spacerów z wózkiem. Z czasem pojawiła się tęsknota za tzw. wolnością i niezależnością, no i to nieznośne poczucie rozdarcia pomiędzy szczerą miłością do dzieci a własnymi ambicjami, które przejściowo trzeba odłożyć na potem. I właśnie w takim momencie pojawił się pomysł Przejścia. Trudno wyrazić słowami emocje które towarzyszyły mi w trakcie czytania o historii Daniela i Mateusza. I to niesamowite uczucie, właściwie pewność, że mi się uda. Piękna idea, wspaniałe wyzwanie, które wtopione w moją historię, złożyły mi się w spójną całość.

Wybrałyśmy się we trzy. W przeddzień Przejścia wyjechałyśmy z Warszawy do Szklarskiej. Towarzyszył temu nieprzyjemny incydent – właściciel pensjonatu, w którym zarezerwowałam nocleg odmówił przyjęcia nas, ponieważ zapowiedziałam przyjazd w okolicach godz. 24. No cóż, ze względu na pracę, nie miałyśmy możliwości wcześniejszego wyjazdu. Nerwowo zaczęłam szukać alternatywy, ale na szczęście bez problemu udało się. Piątek – przyjemny czas na regenerację przed wysiłkiem który nas czekał i spokojną odprawę. Wieczorem uroczyste otwarcie imprezy, przejmująca minuta ciszy o 19:59 i start – setki czołówek zaczęły wolno rozlewać się po szczytach Karkonoszy. Mój malutki plecak wydawał mi się wtedy taki ciężki!

W tych rejonach byłam pierwszy raz. Trasę przeanalizowałam sobie kilkukrotnie na sucho przed Przejściem. Ale na początku trudno się zgubić. Szłyśmy razem z innymi wesoło żartując między sobą. Chwila zadumy w okolicach Śnieżnych Kotłów na wspomninie wydarzeń sprzed 10 lat,  a potem dalej w drogę. Pierwszy krótki przystanek na 17 km. Czas niezbyt dobry, ale miałyśmy wspólny plan aby zacząć spokojnie. Jednak na Przełęczy Okraj, którą opuszczałyśmy po 10 godzinach od startu byłam bardzo zaniepokojona. Idziemy zbyt wolno, za dużo odpoczywamy! Próbowałam zmotywować dziewczyny do szybszego marszu. Ale to na nic, K. była bardzo zmęczona. W pewnym momencie, gdy po raz kolejny oddaliłam się od moich towarzyszek, ze ściśniętym gardłem zdecydowałam że już nie będę na nie czekać. Podjęłam bardzo trudną decyzję o kontynuowaniu Próby Przejścia w pojedynkę. Zdzwoniłam się z M. i tak to zostawiłyśmy.

Było ok 7 rano. Czułam, że mam dużo siły i że muszę to wykorzystać. Bardzo szybko minęłam pierwszy punkt transportowy. Właściwie nie oglądając się za siebie zaliczyłam PK3 na 49 km i postój na Różance. Pierwszy kryzys miałam przed PK5. Właściwie zasypiałam na stojąco zanim tam dotarłam. Po 15 minutowej drzemce na trawie, udało mi się wypić kubek kawy (ostatni, bo chwilę później zepsuł się agregat;)) i pełna nowych sił biegłam dalej.

Mijałam kolejne osoby. Z informacji zasłyszanych na jednym z PK dowiedziałam się, że jestem w okolicach pierwszej setki. Z moich wyliczeń wynikało, że jeśli utrzymam takie tempo, uda mi się przejść w regulaminowym czasie.

W miarę pokonywania kolejnych kilometrów moje tempo stabilizowało się, a w pewnym momencie zorientowałam się, że mijam wciąż te same osoby. W taki sposób, poznałam ekipę, z którą przyszło mi zmierzyć się z kolejnymi etapami trasy. Oni – doświadczeni, poznali się na Przejściu w ubiegłym roku. Nie chciałam im się narzucać, ale zaproponowali abym się przyłączyła. W równym tempie razem pokonywaliśmy kolejne kilometry i punkty kontrolne.

Około 90km ogólne zmęczenie dawało się już mocno we znaki. Bardzo przydało nam się 1,5 godziny snu, na sławnej wśród Przejściowiczów stacji Lotos. Jednak kolejne kilometry przychodziły już coraz trudniej.. Nad ranem wspinaczka pod Wysoką Skałę, którą zdobyliśmy ok 7:40 – było już naprawdę ciężko. Stopy paliły, miałam wrażenie, że stąpam po rozżarzonych węglach. Szliśmy już w zasadzie w milczeniu, wymieniając się jedynie krótkimi komunikatami. Potem przesympatyczna ekipa na PK w Jakuszycach i po godz. 10 wyruszyliśmy w trasę na ostatnie 10km.

Na całej trasie spotykałam się z grupkami kibiców, którzy dopingowali Przejściowiczów. Ale szczególnie miło wspominam jak przy Kamieńczyku grupa chłopaków zaczęła nam gratulować i bić brawo, dodając otuchy na ostatniej prostej. Przejście zakończyliśmy o godz. 12:24 w strugach deszczu.

Z K. i M. byłam w kontakcie. K. zrezygnowała w okolicach Góry Szybowcowej. M. dotarła na metę po godzinie 18:00.

Przejście w kilku słowach: Memoriał, wspaniała przygoda, wyzwanie, sprawdzian zarówno dla ciała jak i dla tego co nosimy w serduchach. Jest to również czas próby, przyjaźni i mądrych, czasem trudnych decyzji. Biorąc udział w Przejściu zawsze zwyciężasz – tu nie ma przegranych. Choć swój plecak każdy sobie pakuje a potem musi ponieść sam.