Uparłam się

Uparłam się

Uparłam się. Zaparłam się wszystkimi czterema nogami, jak muł lub osioł. Muszę dojść. Choćbym miała się czołgać, podpierać nosem, choćbym padła trupem na mecie, choćbym (a to już jest szczyt głupoty) miała potem wylądować w szpitalu na intensywnej terapii, wszystko mi jedno. Nie po to tyle czasu poświęciłam na łażenie po trasie Przejścia, po górach w ogóle, z ciężkim plecakiem żeby ćwiczyć ramiona. Nie po to urządzałam sobie wielokilometrowe marsze, nie po to nawet zaczęłam biegać, aby teraz nie dojść do końca. Nie dojść do końca absolutnie nie wchodziło w grę, no chyba, że złamię nogę.
Spakowałam do plecaka to, co niezbędne do przeżycia plus skarpetki na zmianę plus kijki. Ruszyliśmy razem z moim mężem i całym tłumem uczestników przy wesołych, nawet tryumfalnych okrzykach.
 
Weszliśmy sobie na Halę Szrenicką. W tym roku jakoś jelenie nie dopisały i nie dały wieczornego koncertu. Nad Śnieżnymi Kotłami zrobiliśmy krótki tylko postój na sms-a, potem cały czas szliśmy do przodu bez przerw aż do Domu Śląskiego. Wcześniej były jakieś drewniane podesty, przeraźliwie śliskie, na których można było zęby wybić. Pogoda jak na Karkonosze była idealna, widok na światła miast w dole, na światełko w Samotni i powyżej w Strzesze Akademickiej, na rozgwieżdżone niebo. W Śląskim Domu herbata i żurek dodały wigoru i ruszyliśmy zdobywać Śnieżkę. Musieliśmy się cofać, bo we mgle poszliśmy za daleko i przegapiliśmy odlotkę na szczyt Śnieżki. Idziemy sobie, a tu z prawej rośnie jakaś góra… W tył zwrot!
 
Dobra, przeleźliśmy sapiąc przez Śnieżkę (trochę wiało, więc trzeba było stamtąd wiać) i zaczęła się fatalna dla kolan droga w dół. Ponieważ w tamtym roku nie doszłam głównie przez kolano, które odmówiło współpracy, teraz już w Domu Śląskim profilaktycznie je obandażowałam.
 
Potem był koszmarnie nudny Skalny Stół oraz koszmarnie nudne zejście ze Skalnego Stołu (z gatunku tych, co to nie chcą się skończyć) i … pierwszy punkt kontrolny z wafelkiem gratis. Było około godziny piątej, czyli godzinę lepiej, niż rok temu. Nieźle.
Po herbatce ruszyliśmy dalej zdobywać Rudawy Janowickie i tam , na najłatwiejszym na świecie odcinku zaraz za Przełęczą Karkonoską zabłądziliśmy. Tknęło mojego męża, że od dawna nie widział szlaku na drzewie. Następnie droga, którą szliśmy skończyła się nagle na jakimś polu. Dojrzałam wtedy szlak na drzewie, na 100% tam był, ale kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że nie ma tam żadnego szlaku… Lekko się zaniepokoiłam. Z tego co wiem takie zwidy miewają ultrabiegacze przy ultrazmęczeniu, ale ja? Już tak ze mną źle?
 
Po kilku kilometrach drogi powrotnej wróciliśmy na właściwy szlak, po którym galopowało kilka grupek osób. Trzeba było nadrobić stracony czas, pogalopowaliśmy do przodu do Wołka (sympatyczna rozmowa z ludźmi z punktu kontrolnego) i dalej do Janowic. Tam oczywiście zrobiliśmy zakupy, „suchy prowiant” na kolację i śniadanie w ilości minimalnej, bo trzeba nosić. Wczołgałam się na pionową Różankę i w nagrodę zjadłam makaron. Był krótki odpoczynek, profilaktyczne sypanie stóp talkiem, przebandażowanie kolan i o 13,30 ruszyliśmy dziarsko w dalszą drogę (a w tamtym roku wychodziliśmy z Różanki o 17,00!!).
 
Na punkcie kontrolnym na Przełęczy Komarnickiej dowiaduję się, ile osób już przeszło a ile już niestety zrezygnowało i parę innych statystycznych danych, których nie powtórzę, bo to nie wyścig. Gdzieś w Kaczawach za Przełęczą Komarnicką spotkaliśmy przemiłego pana Michała. Spędziliśmy chwilę na rozmowie połączonej z sesją zdjęciową. Na łące w okolicy przełęczy Widok „znaleźliśmy” śpiące zwłoki naszego kolegi Marcina. Wcześniej był telefon: jak zobaczycie mnie śpiącego – budźcie! Byliśmy okrutni – obudziliśmy go. Był tak zmęczony i obolały, że zastanawiał się, czy nie zrezygnować. Trzeba go było motywować do boju. Wszak to dopiero sobotnie popołudnie, szkoda rezygnować jeśli nogi nie są połamane. Zawsze można iść, choć już kolana bolą i zgrzytają (szczyt głupoty!!), a jeśli potem będzie szpital, to dopiero potem!! Poszliśmy dalej zostawiając Marcina, który miał jeszcze odpocząć i dać znać przez telefon jaką decyzję podejmuje. Podjął słuszną. Marcin mi wybaczy, że go opisuję. Na Przełęczy Widok widzieliśmy grupkę osób czekającą na transport…
 
Okole udało się przejść jeszcze po widoku. Przed Okolem grupka osób twardo postanowiła iść dziwną drogą mimo naszych wrzasków, że to nie tu. Postanowili widocznie odkrywać nowe niezbadane tereny okolicy. Poszli i … tyle ich widzieliśmy. Minęliśmy Chrośnicę i zaczął zapadać zmrok. Widziałam stojącą na drodze grupkę osób jakby naradzającą się, jak dalej iść. Kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że nikogo tam nie ma… Hm, bardzo źle ze mną.
 
Za Chrośnicą zaczęło dopadać mnie zmęczenie. Od startu nie spałam ani chwili a i odpoczynki były dość krótkie. Czułam już spore zmęczenie przed Okolem, ale teraz zwaliło się na mnie całkiem. Do Góry Szybowcowej, gdzie mieliśmy zaplanowany „nocleg” wlokłam się resztką sił i upartym mułem „muszę dojść”. Gdzieś za nami gonił nas Marcin, który odzyskał wigor. Na Górze Szybowcowej padłam na ławkę przy punkcie kontrolnym. Była już noc. Obok w knajpce była jakaś głośna impreza, więc nawet tam nie wchodziliśmy. Na nasze pytanie, gdzie tu można rozłożyć się ze śpiworem, pan z punktu kontrolnego otworzył nam swojego busa, gdzie miał przygotowane łóżko z materacem i kocykiem! Wielkie dzięki jeszcze raz za to spanie, uratowało nam życie! Czułam się w tym busie jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Niczego więcej do szczęścia nie było trzeba. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że sporo osób spało w pokoiku nad imprezą, tyle że po imprezie zostali wyproszeni. W tym czasie doczłapał na Górę Szybowcową Marcin, zameldował się i poczłapał dalej.
 
Mieliśmy spać planowo 3 godziny, ale instynkt samozachowawczy zadziałał i pomyliło nam się przy nastawianiu budzika. Spaliśmy ponad cztery godziny! Obudziłam się rześka i absolutnie wypoczęta. Zero zakwasów. Dobry humor wspomogła dodatkowo puszeczka popularnego napoju energetycznego (zamiast porannej kawy). O godz. 3,20 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Marcin człapał całą noc i był gdzieś daleko z przodu. Do Perły Zachodu doszliśmy po ciemku, zameldowaliśmy się i zjedliśmy kupione w Janowicach śniadanie: chleb, jakiś serek i kawał kiełbasy. Była piąta rano, wesele już się skończyło, tylko jakieś niedobitki weselne wydawały z siebie dzikie ryki (czytaj rozmawiały). Ruszyliśmy dalej, dotarliśmy do stacji benzynowej, którą właśnie opuszczała spora grupa uczestników Przejścia. Wypiliśmy kawę i tam stało się coś pięknego: w toalecie umyłam sobie ręce mydłem! Jakie wspaniałe uczucie! Stan naszej czystości musiał być fatalny. Pan sprzedający na stacji złapał jakiś dezodorant i wypsikał nim pomieszczenie… Ale to może z powodu tych, co już wyszli…
 
W międzyczasie zrobił się dzień. Przeszliśmy Komorzycę, gdzie też spotkaliśmy grupkę i doszliśmy do Wojcieszyc. Tu właśnie rok temu skończyliśmy Przejście. Była ósma rano, a w tamtym roku byliśmy tu o osiemnastej! Teraz byliśmy 10 godzin wcześniej! Całkiem nieźle.
 
Poszliśmy dalej. W pewnym momencie widziałam psa, który stał nieruchomo ma polej drodze i patrzył się na nas. Po chwili zniknął. No nie, znowu??? Ja zaraz będę się kwalifikowała do jakiegoś leczenia! Kawałek dalej ten sam pies truchtał sobie spokojnie przed siebie. Odetchnęłam z ulgą.
 
Doszliśmy do Górzyńca i zaczęliśmy zdobywać Zbójeckie Skały. Poszło szybko, chciałam mieć to strome podejście jak najszybciej za sobą. Teraz byliśmy już na wysokości Szklarskiej Poręby. Doszliśmy do Zakrętu Śmierci, ruszyliśmy na Wysoki Kamień. Przed Wysokim Kamieniem znowu dopadło mnie zmęczenie i potworny ból gdzieś w stopach. Ani kroku dalej, już nie mogę! Mąż reanimował mnie jakimś napojem izotonicznym i żelkami. Zjadłam całą paczuszkę. Byłam wściekle głodna. Dowlekliśmy się na Wysoki Kamień, a tam był chleb ze smalcem i szarlotka. Pycha! Pełny brzuch podnosi uroki krajobrazu (i morale). Stopy też przestały boleć.
 
Już niewiele zostało do przejścia. Niestety przed „Stanisławem” zmęczenie zaczęło być coraz bardziej odczuwalne, tempo spadło do żółwiego, stopy przypomniały, że istnieją. Od spodu chyba były obite, bo czułam każdy krok. No ale się lazło upartym mułem „muszę dojść”. Po drodze jeszcze spotkaliśmy pana z aparatem. Cyknął parę fotek i mówi: ale w tym roku meta jest z drugiej strony! He he he!!! Bardzo śmieszne!!! Życie mu niemiłe, czy co? Ale za to od razu zrobiło się wesoło i paskudne stopy zapomniały, że bolą.
 
Na ostatnim punkcie kontrolnym zostaliśmy poczęstowani czekoladą. Podskoczył poziom endorfin, wzrósł wigor. Ruszyliśmy zdobywać metę! Teraz to już faktycznie tylko złamana noga byłaby przeszkodą. Jeszcze tylko Przedział i rozrywkowe zejście wzdłuż potoku na dorżnięcie kolan. Potem prosta do Kamieńczyka, znowu w dół po kamolach i ostatni kawałek do mety!! Musiał być tryumfalny finisz. Ten ostatni kawałek pokonaliśmy biegiem i już byliśmy!! Udało się! Jasna cholera, udało się! Byliśmy na mecie o 16,30.
 
No i cóż tu dodać. Jest niesamowita satysfakcja. Jest też chęć spróbowania znów za rok, mimo że jest to przynajmniej dla mnie straszny wysiłek. Bolało mnie wszystko i wszędzie. Dopiero po tygodniu poczułam, że w końcu nic mnie nie boli. Ale satysfakcja jest większa od bólu. Warto było. A oprócz satysfakcji został mi… wilczy apetyt.
Alina Bubel