Droga Olbrzymów

Droga Olbrzymów

Droga Olbrzymów

 

Piątek

“Tyle było dni do utraty sił” M.Grechuta

 

Piątek. Tuż przed godziną dwudziestą. Ostatnia chwila, by spokojnie usiąść, sprawdzić rozmieszczenie własnego ekwipunku, poprawić długość kijków trekingowych, dostosować plecak aby jak najwygodniej przywierał do pleców. Instrukcje od organizatorów wśród zapadającej ciemności. Tysiące myśli w głowie. Tysiące pytań. Jaka będzie pogoda na górze? Jaka następnego dnia? Jak prezentuje się moja forma? Jak daleko dam radę przejść bez dłuższego odpoczynku? Jak sprawi się moje kolano, które nieraz już odmówiło mi w górach posłuszeństwa? Czy będę w stanie udowodnić, że jeszcze żyję? A potem nastąpiła minuta ciszy. Absolutnej i uderzającej bardziej niż ludzki gwar ciszy. Już nie było zawieszonych w nicości pytań, wątpliwości i rozterek. Było ponad czterystu ludzi, których łączy wspólny cel. A po chwili wszystko się rozpoczęło. Proszę odwrócić kartkę, na rozwiązanie zadań macie 48 godzin. Ruszyliśmy.

Widok setek włączonych czołówek zawsze robi wrażenie, jednak nieporównywalne z tym, co czułem, idąc pierwszy raz. W tym roku odwracałem się rzadko. Szedłem przed siebie. Zdeterminowany, by tym razem przejść do końca. Nie zatrzymując się, utrzymując równe, choć niezbyt szybkie tempo. Minęło około 40 minut jak znad drzew na północy zaczęły się wyłaniać światła Szklarskiej Poręby, po kilku minutach pojawiła się oświetlona bryła Hali Szrenickiej. Tuż przed pełną godziną udało się zrealizować pierwszy z tak wielu punktów na mapie. Nie zamierzałem odpoczywać po pierwszym trudniejszym podejściu, usiadłem na minutę dla ustabilizowania oddechu i ruszyłem dalej w stronę Szrenicy.

Uwielbiam ten etap na Przejściu Kotliny, gdy idzie się główną granią Karkonoszy i widzi światełka i z przodu i z tyłu. Można sobie wyobrazić, że ta odległość to jest czas – tam gdzie jest to światło będę za pół godziny, a tam gdzie świecą się tamte już byłem przed kwadransem. Wąska linia na grzbiecie gór wytacza drogę lepiej niż najlepszy ze szlaków. Jak się na chwile zatrzyma można zobaczyć, jak światełka w oddali zmieniają pozycję zbliżając się lub oddalając od górskiego szczytu.

Pogoda na górze dopisała. Nie było zimno, nie padało, nie wiał też silny wiatr. Choć przez chwilkę pogoda próbowała nas wszystkich przez chwilę przestraszyć, ale silna wichura, która zerwała się nad Śnieżnymi Kotłami miała nas jedynie postraszyć, gdyż zniknęła tak szybko i niespodziewanie jak przybyła. Miała się znów pojawić w okolicach Śnieżki, ale nawet tam była tylko chwilowym akcentem.

Do stacji przekaźnikowej udało mi się dotrzeć tuż przed dziesiątą wieczorem, na Przełęcz Karkonoską tuż po jedenastej. Zaskoczyło mnie to tempo, nigdy wcześniej nie udało mi się tak szybko dotrzeć do tego miejsca. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zajść do Odrodzenia, aby uzupełnić zapasy wody, jednak szybka inspekcja bukłaku upewniła mnie, że wody z pewnością do Domu Śląskiego mi starczy. Więc chwila przerwy na złapanie oddechu i czas na trawersowanie Smogorni.

 

Sobota

Teraz idziesz, bo się boisz, ale… to nie dość. Strach się kiedyś skończy. – Scramm opuścił wzrok na drogę i potarł dłonie. – A kiedy się skończy, zaliczysz czerwoną kartkę jak cała reszta, Ray.” Wielki Marsz, S.King

 

Sobota zastała mnie dokładnie przy Słonecznikach. Przypadkiem spojrzałem na zegarek dwie minuty wcześniej, przeszedłem kilkanaście metrów, aby wg krokomierza mieć zrobione dokładnie 18,5km i przez minutę stałem w miejscu, patrząc na światła Jeleniej Góry. Jest to fascynujący wrażenie – cisza i spokój (dziwnym trafem ten fragment szlaku szedłem zupełnie sam – ani z przodu, ani z tyłu w odstępie paru minut niespodziewanie nie było żadnego uczestnika imprezy), przyjemny chłód i światła Kotliny Jeleniogórskiej. Wybiła północ. Trzeba było ruszyć dalej. Rozpoczął się nowy dzień, najdłuższy z wszystkich.

Północ. Godzina duchów. Ciemność nocy rozświetlana jedynie przez latarnie z dołu. Światło czołówki skupione na najbliższych metrach. Przytłaczające uczucie wielkości gór i otaczającej dzikiej przyrody. I tyle jeszcze drogi przed stopami.

Co jest motywacją do wzięcia udziału w Przejściu? Każdy musi chyba prywatnie na to pytanie odpowiedzieć. Na pewno wielu bierze udział, aby sprawdzić swoje siły i umiejętności. Niektórzy na pewno dla fantastycznej atmosfery i wspaniałych ludzi. Inni aby znaleźć spokój, następni, aby porządnie się zmęczyć. Ja potrzebowałem udowodnić samemu sobie, że jeszcze żyję. Że to, iż całe moje życie wydawało się ostatnio zawalać aż po fundamenty nie oznacza, że sam do niczego się już nie nadaję. I z każdym krokiem, z każdym kilometrem i każdą godziną coraz bardziej czułem, że jeszcze żyję, że jestem w stanie jeszcze zrobić z moim życiem coś wielkiego.

Pół godziny po północy. Przechodzę, wciąż samotnie, nad kotłem Małego Stawu. Całe Zło wydarzyło się tutaj. Nie widzę, rzecz jasna, niczego, poza nikłymi światłami Samotni i Strzechy Akademickiej. Ale wiem, że to tutaj zakończyła się historia dwóch młodych ratowników. Nie znałem żadnego z nich. Nie znam nikogo, kto znałby któregoś z nich. Nie ma to żadnego znaczenia. Cisza nocy. Chwila zadumy. Pięć sekund na kilka oddechów. Idę dalej. Przejście całej trasy będzie najlepszym hołdem dla nich.

Schronisko “Dom Śląski” jest niemal idealnie położone w kontekście trasy Przejścia Kotliny, a także w perspektywie zbliżającego się podejścia na Śnieżkę. Jest to 22 km trasy, większość uczestników dociera do niego między pierwszą, a trzecią w nocy – idealny moment na nieco dłuższy odpoczynek. Właściciele schroniska potrafią świetnie wykorzystać i wspierać ideę przejścia, karmiąc uczestników pysznymi żurkiem i zupą gulaszową, ujmując serce wielkimi termosami z ciepłą herbatą. Nic dziwnego, że większość piechurów zatrzymuje się na dłuższy czas – ciężko opuścić miejsce, gdzie tak przyjemnie się odpoczywa. Czas płynie jednak nieubłaganie, więc jeden żurek i trzy herbaty później zakładam plecak i wyruszam w stronę królowej Karkonoszy.

Śnieżka jest wyjątkową górą. Zadziwiająco stromy jak na karkonoskie realia wierzchołek wznosi się majestatycznie na Równię pod Śnieżką i Czarny Grzbiet. Choć podejście na nią nie jest szczególnie długie, jest to kilkanaście minut ciągłego podchodzenia w niesprzyjających często warunkach pogodowych. Tak było i tym razem, niedługo po opuszczeniu schroniska poczułem nieprzyjemne podmuchy wiatru, a kilkadziesiąt metrów wyżej wszedłem w gęstą chmurę. Towarzyszyła mi ona aż na sam szczyt. Na górze nie zatrzymałem się ani na chwilę. Ledwo co wypocząłem w Domu Śląskim, pogoda skłaniała do zejścia niżej. Problemem było jedynie znalezienie drogi wśród nieprzeniknionej mgły. Idąc wzdłuż ściany stacji meteorologicznej dotarłem do kostki drogi Jubileuszowej i rozpocząłem zejście z najwyższego punktu w promieniu ponad dwustu kilometrów.

Ostatnie kilometry Karkonoszy są zdominowane przez zejścia. Cóż, Śnieżka wznosi się na ponad 1600 metrów, zaś Przełęcz Kowarska, gdzie ostatecznie opuszczamy Karkonosze, jest położona niemal kilometr niżej. Najbardziej znaczące jest z całą pewnością niezwykle strome i długi zejście z Grzbietu Kowarskiego. Jest to chyba najbardziej znienawidzony fragment trasy przez kolana uczestników – obciążenia na ten staw tutaj są naprawdę wyraźne. Teraz aż ciężko sobie wyobrazić jak ten odcinek przechodziło się bez kijków trekkingowych.

Drugi punkt kontrolny osiągnąłem tuż przed czwartą nad ranem. Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie? Nie, nie tym razem. Nie tej nocy. Krótka przerwa w Okraju, jedna kanapka mniej w plecaku i dalej w drogę. Na zewnątrz jest jeszcze ciemno, jednak trasa dobrze znana. Równe tempo bez żadnych przerw aż do Przełęczy Kowarskiej. Rok wcześniej właśnie tutaj zastał mnie świt. W tym roku cały czas widać gwiazdy na ciemnym, bezksiężycowym niebie, mimo iż na wschodzie widać już pierwsze przesłanki, że zbliża się świt. Trzeba iść dalej. Następny przystanek – Skalnik.

Po iluś kilometrach chyba każdy wpada w specyficzny nastrój. Nie myśli się o życiu zewnętrznym, nie myśli się zbytnio o celu drogi. Po prostu podnosi się nogi i przesuwa o te kilkadziesiąt centymetrów. Pragnie się dojść do najbliższego skrzyżowania dróg, do najbliższego szlaku, do następnego punktu kontrolnego. Jak trzeba się zatrzymać na chwilę, to się zatrzymuje, jak trzeba coś zjeść, to sięga się do plecaka. Bez głębszych myśli, bez zastanawiania się, bez refleksji. Idzie się przed siebie, dostosowując tempo do ludzi, których poznałeś na drodze. Czasem rozmawiasz o życiu, o wszechświecie i o całej reszcie, czasem idziesz w milczeniu, skupiając się na tym, by zrobić kolejny z kroków. Wiedząc, że zostało ich jeszcze dziesiątki tysięcy. Ale od tego momentu przynajmniej kilkanaście godzin za dnia. Zawsze łatwiej w ten sposób, mniej niepokoju o trzymanie szlaku, światło daje poczucie pewności i bezpieczeństwa. No i można liczyć na piękne widoki na Kotlinę Jeleniogórską.

Podejście na Skalnik jest dość intensywne, ale jednak krótkie. Założyłem słuchawki na uszy i zacząłem wspinać się wraz z czerwonym i żółtym szlakiem. Nie pamiętam co wówczas leciało, na odtwarzaczu miałem kilkaset piosenek z losowaną kolejnością. Czy były to jakaś epicka piosenka, która dodawała mi siły, czy cicha ballada, która usypiała po nieprzespanej nocy? Nie pamiętam, zapewne były i takie i takie. Ale wiem, że lubię słuchać muzykę w górach. Wolę w ten sposób, niż na głośnych imprezach wśród ludzi. I nie ma znaczenia, jaka to jest muzyka – czy szybka, czy wolna, czy sentymentalna czy radosna. W górach wszystko brzmi lepiej. Na Skalniku nie zrobiłem przerwy – cała grupa poszła bez zatrzymywania się. Chwilę później zmieniłem jednak zdanie i na zejściu ze szczytu zrobiłem przerwę. Uznałem, że powinienem iść własnym tempem, pamiętając, że w poprzednim roku właśnie na zejściu ze Skalnika nadwyrężyłem kolano. Zatrzymałem się, zjadłem zakupionego w Szklarskiej Porębie oscypka i usiadłem na kilka minut. W dalszą drogę ruszyłem sam.

Dalsze kilometry, aż do Różanki, szedłem tylko we własnym towarzystwie. Oczywiście spotykałem się z różnymi uczestnikami – mijałem ich, kiedy oni robili przerwę, oni wyprzedzali mnie na moich krótkich odpoczynkach. Na trzecim punkcie kontrolnym spotkałem swoją wcześniejszą grupę, która teraz wyprzedzała mnie o jakieś dziesięć minut odpoczynku. Kiedy usiadłem, oni ruszyli w dalszą drogę. Przy długim zejściu do Janowic mijałem co chwilę uczestników takich jak ja – idących samemu, bez grupy. Dopiero przy sklepach zrobiło się tłoczno. W mieście nie chciałem zabawić długo, choć wielu uczestników właśnie tam postanowiło zrobić nieco dłuższy odpoczynek. Wszedłem do świeżo otwartego hipermarketu, czując się tam niemal jak intruz – brudny, niewyspany, z jakimiś kijkami w ręku. Szybkie zakupy, czekolada, kilka batonów, jeden litrowy karton soku i jogurt pitny, który smakował mi jak nigdy wcześniej, kiedy piłem go zmierzając drogą w stronę janowickiego dworca. Szybki telefon do domu, by potwierdzić, że wciąż żyję, że jeszcze idę i zamierzam iść jeszcze daleko. A potem podejście na Różankę.

Pamiętam podejście na Różankę jeszcze z mojego pierwszego Przejścia – tak dawno, że z nazwiskiem na literę “Z” miałem numer 128. Wtedy było to dla mnie pierwsza tego typu impreza, przygniotłem się kilkunastokilogramowym plecakiem i w Janowicach byłem dopiero o godzinie 15. Wtedy, nie chcąc samemu iść po nocy po nieznanych mi Kaczawach, zdecydowałem się na wycofanie z imprezy. Zostałem jednak przekonany przez innego uczestnika, by podejść jeszcze na Różankę, niewielką górę, gdzie jest ulokowany punkt żywieniowy. Pamiętałem wówczas z mapy, że to nie jest szczególnie wysoka góra, więc uznałem, że będzie to mały spacerek na zakończenie zabawy. W tym roku już wiedziałem, że Różanka to nie jest taka przyjemność, jak by się mogło wydawać, jednak perspektywa ciepłego posiłku pchała mnie na górę. Zapierając się kijkami i osiągając naprawdę kiepską prędkość w końcu dobrnąłem do grani szczytowej.

Na Różance uderzyła mnie fala entuzjazmu. Była dość wczesna godzina (około dziesiątej nad ranem), czułem się silnie, nie miałem żadnych kontuzji ani obtarć. Wiedziałem, że pobiję mój dotychczasowy rekord odległości – nie tylko na trasie Przejścia Kotliny, ale w ogóle jakiegokolwiek wyjścia w góry. Z drugiej strony nie chciałem, by adrenalina oszukała moje ciało – przeszedłem 60 kilometrów i byłem zmęczony. Organizm domagał się odpoczynku, żołądek domagał się jedzenia. Miska makaronu, trzy kubki herbaty, kilka ciastek i smsów oraz czterdzieści minut później ruszyłem dalej, podczepiając się po wyruszającą grupkę. Kaczawów nie znałem, wolałem nie iść sam.

Na podejściu pod Dudziarza na mijających uczestników gapiło się stado krów. Niektóre nie przejmowały się intruzami, jednak sporo patrzyło, jakby zadawały pytanie “Co oni tutaj robią?”. Jeden młody byk sprawiał wrażenie, jakby chciał przepędził intruzów z okolic. Dla mnie w tym momencie zaczął się najciekawszy okres trasy – nie dość, że walczyłem z samym sobą, to pierwszy raz od początku trasy byłem w miejscu, którego wcześniej nie znałem. Nie wiedziałem, czy za chwilę będę schodził czy podchodził, czy za zakrętem będzie szeroka droga, czy też błoto lub łąka. Oczywiście z mapy znałem z grubsza dalszy przebieg trasy, jednak wciąż była to dla mnie niewiadoma. Ale szło się świetnie – słońce solidnie rozgrzało już chłód poranka, trasa była bardzo malownicza, zwłaszcza w okolicach Barańca, cała grupa szła zaś niezłym, równym tempem. Ani się spostrzegłem, byłem już na piątym punkcie kontrolnym na przełęczy Komarnickiej.

Nie ma co ukrywać, że Przejście Kotliny jest wyzwaniem dla każdych stóp. Nawet jeśli nie ma się problemów z obcieraniem, nie ma się bąbli czy pęcherzy, to po jakimś czasie i tak zaczną boleć przy każdym kroku. Nie ma co się oszukiwać, 85kg wagi (wraz z plecakiem) razy 70km kroków to olbrzymie obciążenie dla tej części nóg. Zwłaszcza że szedłem w ciężkich, wysokich butach na dość twardej podeszwie. Właśnie gdzieś na wysokości przełęczy Komornickiej zaczęły się moje męki z podeszwami stóp. Każdy krok objawiał się bólem – czasem mniejszym, czasem większym, ale zawsze bólem. Chwila przerwy, zmiana skarpetek i chwilę można iść normalniej, ale organizmu się nie oszuka, a świeże skarpetki szybko się kończą. Trzeba zapomnieć o tym i iść dalej. Wiedziałem, że mam spory zapas czasu i mogę zrobić sobie naprawdę długą przerwę. Ale wolałem iść. Wiedziałem, że później będę bardziej zmęczony. Wiedziałem, że później będzie bardziej boleć. Wiedziałem, że później mogę bardziej potrzebować czasu. Nie byłem jeszcze bardzo zmęczony, nogi nie odmawiały posłuszeństwa. A ból powszednieje.

Trasa z przełęczy Komarnickiej na przełęcz Widok nie przypadła mi do gustu. Nie, żeby droga była zła, nie było także żadnych problemów z nawigacją. Widoki na Karkonosze połączone z myślą, że byłem tam zaledwie kilkanaście godzin temu także dodawały otuchy. Jednak wolę trasy, które wiodą lasami iglastymi – łąki i lasy liściaste to jednak nie to samo – inne powietrze, inne zapachy. Ale nie miało to żadnego znaczenia – krok za krokiem, minuta za minutą – trzeba było iść dalej.

Przełęcz Widok. Połowa trasy. Tuż po 14, sześć godzin przed proporcjonalnym czasem by zmieścić się w limicie. Wiedziałem, że to duży zapas, z drugiej strony byłem świadomy, że nie ma szans na utrzymanie dotychczasowego tempa, nawet jeśli góry przede mną miały dużo mniejsze wysokości niż te, które zdobywałem na początku trasy. Połowa trasy. Zadzwoniłem do osoby, która jeszcze pół roku temu była dla mnie całym życiem, a teraz, mimo zmian, cały czas mi dopingowała w Przejściu. Na chwilę zniknął ból, przez moment czułem się jak na początku trasy. Jednak, jak wszystko, i to musiało się skończyć. Docenić i na zawsze zapomnieć. Tak trzeba. Nie ma innej drogi. Tylko ta przed siebie.

Asfaltowy kawałek pod Okole, dołączenie do małej grupy dwóch uczestników z Poznania, dla których był to debiut na trasie, zdjęcie od pana Michała zwanego również Michałem i chwila odpoczynku na kolejnym punkcie kontrolnym. Szóstym. Czyli już połowa z nich za mną. Podejście na Okole było mniej skomplikowane jak wydawało się, sugerując się dyskusjami na forum. Po prostu szedłem szlakiem, aż doszedłem do skał na szczycie. Widoki były przepiękne, więc chwila przerwy na mały odpoczynek, zdjęcia i puszczenie w świat informacji gdzie jestem. Później bardzo przyjemna trasa lasem aż do zejścia do Chrośnicy. Lekki wzrost morale po zobaczeniu na Internecie, że moja ulubiona drużyny piłkarska wysoko prowadzi. A potem łąka nad Chrośnicą.

Aż do tego miejsce całą trasę szedłem w 100% zgodnie z planem, ani razu nie gubiąc szlaku. Nie dziwne na trasie do Janowic, którą przechodziłem wcześniej kilka razy, ale później też bez problemu szedłem przez Kaczawy. Dopiero wtedy pierwszy raz poszedłem złą trasą, zacząłem nawet podejście pod górę na drugiej stronie łąki, dopóki mapa i kompas nie pokazały mi że błądzę. Parę minut straty, zanim wreszcie udało się znaleźć drogę schodzącą do Chrośnicy.

Na podejściu pod Leśniaka razem z grupą zdecydowaliśmy, że nie próbujemy nigdzie nocować, a idziemy bez przerwy aż do mety. Czułem się wciąż dobrze, brak snu nie doskwierał, kontuzje nie męczyły. Tylko te stopy, ale wiedziałem, że jeśli chcę przejść całą trasę, muszę umieć z tym wytrzymać. Podejście pod Leśniaka, nawet czasem całkiem strome, okazało się nie tak męczące. Gorzej, że nie mieliśmy zbytnio pojęcia, jak później trasa biegnie. Aż do przecięcia z drogą asfaltową szliśmy jednak wg znaków ścieżki rowerowej, zaś w międzyczasie trafiliśmy na uczestników, którzy znali trasę. Wszystko wydawało się układać bardzo dobrze.

Kryzys przychodzi czasem w najmniej spodziewanych momentach. Mój przyszedł właśnie w miejscu, gdzie trasa Przejścia krzyżowała się z asfaltową drogą do Dziwiszowa. Nagły ból w podeszwie prawej stopy niemal odebrał mi oddech. Musiałem się zatrzymać, bo stopa zmieniła się nagle w nienadający się do użycia kloc mięsa. Usiadłem na pniu ściętej sosny, zdjąłem ciężkiego buta i dałem stopie tak jej potrzebny odpoczynek. Grupa, która spontanicznie zwiększyła się do kilku osób odeszła i zostałem sam. Z bolącą stopą, nie znając dalszej trasy. I powoli zaczynała się noc.

Pięć minut na rozmasowanie stopy i trzeba iść dalej. Widziałem wejście do lasu, którym podążyła wcześniej grupa, starałem się szukać śladów stóp na błotnistej drodze. Nie wiem, czy poszedłem dobrze, ale po paru minutach wyszedłem na łąkę. Chwila podejścia wzdłuż ściany lasu, podczas gdy nad głową latały samoloty jeleniogórskiego aeroklubu. Aż wreszcie widzę hangar, po chwili zaś samochód punktu kontrolnego. Jestem na Szybowcowej. 90 kilometrów za mną. Widzę jak na dłoni zanurzającą się w coraz większej ciemności kotlinę, widzę światła Jeleniej Góry. Wróciłem do cywilizacji. Znów widzę ludzi z numerami na plecach. Jest hangar, asfalt i restauracja, gdzie można skorzystać z łazienki. Jeszcze nie skończyła się pierwsza doba. Zostało tylko 50 kilometrów. Dojdę do końca. Tylko 50 km. Tylko. Jak absurdalnie to brzmi.

Uderza zmęczenie. Nie próbuję udawać, że jest inaczej. Zmęczenie, niewyspanie. Ból przy każdym kroku. Kilka kilogramów na plecach zaczyna coraz bardziej ciążyć. A do tego teraz trasa po twardym podłożu – parę kilometrów po kostce i asfalcie. Stopy odzywają się przy każdym kroku. Robi się ciemno. Nie znam dalszej drogi. Dołączam się do większej grupy i staram się iść za nimi. Jestem trochę zdezorientowany, bo nagle zgromadziło się wielu uczestników, dodatkowo formują się i znikają grupki. Nie chcę iść samemu do Perły, kiedyś próbowałem w ciemnościach iść w drugim kierunku i zajęło mi dwie godziny, by dotrzeć do drogi. Ale się udaje, podłączam się do grupki, która zna dobrze tę trasę. W ciemnościach przebijamy się przez błota, znajdujemy drogę w dół prowadzącą do jeziora. Wreszcie jest most, na nim nie można zgubić drogi. Trzeba uważać, bo most najlepsze lata miał za sobą już dekady temu, ale widzę już Perłę Zachodu. Setny kilometr. Nieco ponad 24 godziny marszu.

Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej, że mógłbym przejść 100km jednego dnia to wątpię, bym mu uwierzył. Wiedziałem, że umiem chodzić po górach, ale dotychczas granicą bywało 30-40 kilometrów. Oczywiście nie chodziłem wówczas w ciemnościach nocy, a jedynie te godziny, gdy świeciło słońce. W tym roku w lipcu zrobiłem ponad 40 km w masywie Babiej Góry i byłem z tego bardzo zadowolony. Tymczasem teraz, w ciągu pierwszej doby Przejścia udało mi się przejść prawie 100km. Dwadzieścia minut więcej czasu i miałbym i tę setkę. Spróbuję za rok.

Gdy schodzę z mostu i zaczynam wspinać się po schodach do schroniska uderza największy ból na całej dotychczasowej trasie. Coś jest bardzo nie tak z moim prawym kolanem. Z kolanem, które nigdy wcześniej nie sprawiało problemów. Każde mocniejsze zgięcie nogi powoduje ból nieporównywalny do tego ze zmęczonych stóp. Zaznaczam swój numer na punkcie kontrolnym i próbuję iść dalej. Nie chcę odłączać się od grupki, bo boje się, że w ciemnościach zgubię trasę. Zaciskam zęby i wspinam się na wzniesienie nad Perłą. Boli, ale znajduję sposoby, by ból minimalizować. Chodzę pokracznie, ale jestem w stanie utrzymać tempo. W końcu w oddali pojawiają się światło Lotosu. Zmęczony i obolały zrzucam plecak i kładę się na ławce na dworze. Zdejmuję buty i leżę na twardym drewnie. Jest chłodno, dookoła mnóstwo ludzi – uczestnicy i zwyczajni kierowcy…

Ocknąłem się. W pierwszym odruchu patrzę na zegarek. 21:26. Czy spałem, czy mi się tylko wydaje? Podnoszę się i widzę, że znajomi z drogi nie siedzą obok mnie, jak to było kiedy się kładłem. Pytam się nowej osoby przy ławce, kiedy odeszli i dostaję odpowiedź, że nikogo tu nie było. Wciąż oszołomiony idę do środka stacji. Okazało się, że wszyscy weszli do środka, by trochę się ogrzać. Próbuję się ogarnąć – zjadłem dwa hot-dogi, wypiłem ciepłą kawę, w łazience całkowicie się przebrałem. Potem siadam i daje nogom odpocząć. Będzie to potrzebne, zostało ponad 40 km. Choć rozsądek mówi, że muszę już dojść na metę w czasie, to wciąż się boję o stan swoich nóg. Wiedziałem, że mam sporo sił, ale obawiałem się, że w pewnym momencie prawa noga całkowicie odmówi mi posłuszeństwa.

Razem z całą grupą ruszyłem po niemal półtoragodzinnej przerwie, najdłuższej na całej trasie. Odrętwienie, które towarzyszyło mi przez poprzednie kilometry zniknęło, kolano zachowywało się znów poprawnie. Godzisz minął szybko, grupa szła dobrym tempem, a ja w myślach liczyłem, jaką prędkość minimalną mogę rozwijać, aby dotrzeć do mety w limicie czasu. Wciąż bałem się, że kolano odmówi posłuszeństwa, z drugiej zaś strony czułem, że zaszedłem za daleko, by rezygnować nawet jeśli miałby kuśtykać przez resztę drogi. I dlatego liczyłem. Na Godziszu wychodziła dalsza prędkość graniczna na poziomie 2km/h. Cieszyłem się z każdego kawałka drogi, który dawałem radę przejść normalnie, wiedząc, że zbliża mnie on do mety.

 

Niedziela

“This is the end / Beautiful friend / This is the end / My only friend, the end” The Doors

 

Druga noc. Nie wiedziałem jak mój organizm się zachowa. Nieraz zdarzało mi się nie przespać całej noc, z rozmaitych powodów i motywacji. Ale dwie noce z rzędu? To nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy. Zmęczenie, ból i perspektywa dalszych kilometrów. Z drugiej strony zaś dobry czas, który co chwila kusił, by jednak przystanąć, przespać się te kilka godzin. Ale nie chciałem odłączać się od grupy. Póki oni szli, ja szedłem również. Sam nie miałbym motywacji, aby trzymać równe tempo.

Na Komorzycy rzecz jasna były problemy z drogą. Nie wiem, czy dałbym radę tam przejść dobrze za dnia. Ale w końcu, po kilkunastu minutach błądzenia trafiamy na dobrą trasę. Idę z coraz większym oporem materiału, do bolącego prawego kolana czasem dołącza i lewe, zmieniając mnie w coś podobnego do kroczącego stracha na wróble. Próbuję różnych technik, próbuję rozruszać ból. Nie udaje się, ból ciągle trwa. Bez kijków nie ruszyłbym się ani o krok. Ale są i idę dalej. Przed siebie, w ciemność. Razem z całą grupą. Nie myślę o niczym. Idę. Mijam kałuże, mijam skrzyżowania dróg. Ledwo to rejestruję. Idę dalej.

Wojcieszyce. Lekki przypływ entuzjazmu. Stąd trasę już mniej więcej znam. Próbuję smarować kolano, obwiązuję bandażem (a nuż pomoże, wątpię w to, ale mimo to próbuję) i po paru minutach ruszam. Z początku jest dobrze, ale okazuje się, że za szybko skręciliśmy i trzeba wracać. Dwadzieścia minut później jestem znów w Wojcieszycach. I kolano znów boli. Trudno. Tak być musiało. Przebijamy się przez świeżo zaorane pola, trochę na azymut, trochę na GPS, trochę na wcześniejszą znajomość szlaku. Idzie całkiem sprawnie, po chwili widzimy samochód. Punkt kontrolny, już 10. Zostały tylko lub aż dwa. I później meta. 30 kilometrów do końca. Trzecia nad ranem. Na krótkim asfaltowym zejściu robię w myślach przegląd techniczny własnego ciała. Wiem, że mam jeszcze dużo sił i że one z pewnością nie będą problemem w drodze do upragnionego celu. Nawet nie chce mi się spać i kiedy robimy chwilę postoju pod Bobrowymi Skałami, po krótkim, ale intensywnym podejściu. Kładę się na ziemi i patrzę w spowite ciemnością korony drzew. Wyciągam komórkę, by puścić w świat informację, że już 115 kilometrów za mną. A potem wstaję, zakładam plecak, reguluję wysokość kijków i idę dalej. Na zachód, tam musi być jakaś cywilizacja. A w Górzyńcu czeka na nas jedzenie, czeka ciepła herbata. Jesteśmy potrzebni, musimy iść.

W Górzyńcu grupa po raz ostatni się rozbija. Dwaj koledzy, ci sami którzy towarzyszyli mi w Kaczawach postanowili ulec czarowi rozpalonego ogniska i urządzić tam dłuższą przerwę. Zostało nas siedmiu i z tą grupą miałem już dalej przyjemność iść niemal do samego końca. Siedmiu wspaniałych… Nie idziemy zwartą grupą. Na długim, ale nie aż tak nieprzyjemnym podejściu na Zakręt Śmierci każdy z nas idzie własnym tempem. Rozciągamy się na takie odległości, że często nie widać czołówek osoby, która idzie z przodu lub z tyłu. Ale jesteśmy już na szlaku, tutaj wystarczy patrzeć na znaki i nie można się zgubić. I powoli zaczyna się przejaśniać. Ostatni dzień. Zostało już tak mało kilometrów.

Jedną z trudniejszych rzeczy w całej idei Przejścia Kotliny jest wytłumaczenie innym, dlaczego jest to tak niezapomniane przeżycie. Dlaczego człowiek marnuje wolny czas, aby wyczerpać swoje siły fizyczne, nie spać porządnie przez dwie kolejne noce, ryzykować kontuzje i choroby? Trzeba wziąć udział. Trzeba poczuć ten klimat, atmosferę tej imprezy. Poznać innych, którzy idą wraz z tobą, organizatorów, który zajeżdżają się równie mocno jak uczestnicy, by nam dostarczyć bezpieczeństwa i podstawowych produktów. Poczuć zapach lasu w środku nocy, zobaczyć światła kotliny w ciemnościach. Spróbować żurku w Domu Śląskim i makaronu na Różance. Z Przejściem jest właśnie jak z owym słynnym makaronem. W domu byłoby to normalne danie. Na Przejściu smakuje jak ambrozja. A gorąca herbata jak single malt z dobrego rocznika. Aby zrozumieć przejście trzeba poczuć ten duch, to myślenie. Trzeba przyjąć, że 25 kilometrów to jest “tylko 25 kilometrów”.

Siedmiu wspaniałych. Zrobiliśmy przerwę na Zakręcie Śmierci. Ci, którzy przybyli wcześniej próbowali się zdrzemnąć. Było zimno, chyba najbardziej od samego początku trasy czułem chłód. Zacząłem intensywnie myśleć o Wysokim Kamieniu. Miało być tam otwarte schronisko. Podczas dość spokojnego podejścia na szczyt myślałem o ciepłej herbacie i pierogach. Nie wiem, dlaczego akurat pierogach, ale wbiłem to sobie do głowy tak mocno, że aż zaczęła mi ślina na myśl o nich lecieć. Dlatego tym większym rozczarowaniem było dowiedzenie się na przedostatnim punkcie kontrolnym, że na schronisko nie ma co o tej godzinie liczyć. Zawiedziony zjadłem na raz ponad pół czekolady, którą targałem ze sobą aż od Janowic. Zostało dwadzieścia kilometrów. Aż do Jakuszyc droga prosta jak strzała i do tego niemal cały czas z górki. Kolano, choć nie przestawało boleć, dawało się oszukać techniką chodzenia. Zresztą wiedziałem, że stamtąd już bym doszedł, choćby na samych kijkach. Wiedziałem, że skończę Przejście. O ile nie złamię nogi.

Szedłem kilkadziesiąt metrów za grupą. Utykałem, a nie chciałem by zwalniali z mojego powodu. Ale udało mi się utrzymywać kontakt wzrokowy, oni też już wiedzieli, że uda im się przejść całość i nie forsowali tempa. Widoki są przepiękne, poranek wita nas słońcem i niemal bezchmurnym niebem. Piękny dzień na piknik pod otwartym niebem. Piękny dzień, by dojść do mety. Nie spiesząc się, ale też nie marudząc, krok po kroku zmierzałem w dół drogi. Po dłuższej przerwie znów włączyłem muzykę. Przez chwilę szedłem sam, patrząc, jak promienie słońca przebijają się przez izerski las. Mimo iż wszystko mnie bolało, byłem szczęśliwy. Zadzwoniłem do domu, by powiedzieć, że jestem już blisko. I poszedłem dalej. Krok za krokiem, minuta za minutą, kilometr za kilometrem.

Czas na Przejściu płynie dziwnie. Początkowo każda minuta wydaje się mieć znaczenie. Wiem dokładnie, że na przełęczy Karkonoskiej byłem dziesięć minut po jedenastej. Wiem, że w Domu Śląskim dwadzieścia po pierwszej. Na końcu trasy zaś nie mogę sobie zupełnie przypomnieć, o której godzinie byłem w którym miejscu. Teraz nie wiem, o której byłem w Jakuszycach. Koło 11? Na Wysokim Kamieniu byłem tuż po siódmej. Czy to możliwe, że taki kawałek zajął mi niemal cztery godziny? Chyba jednak byłem wcześniej. Ale jak wiele? Nie wiem. Jest to zapisane gdzieś u organizatorów na ostatnim punkcie kontrolnym, ale nie jest to na tyle ważne, by komukolwiek zawracać tym głowę. Czas na Przejściu płynie dziwnie. Ma się wrażenie, jakby start był tydzień wcześniej. Albo i miesiąc. Nie byłem w stanie przyjąć, iż jeszcze 40 godzin wcześniej siedziałem spokojnie na starcie. Że 50 godzin wcześniej spokojnie spałem w rodzinnym domu.

Przedział. Ostatni przeciwnik. Przeciwnik, którego musieliśmy pokonać. Tak jak ogląda się filmy ze wschodnimi sztukami walki – jest pewne, że główny bohater wygra, ale także to, że dostanie wcześniej niezły wycisk. I takim wyciskiem jest Przedział. Góra nie tak wysoka, ale szlak przez nią jest skrajnie nieprzyjemny. Błoto powoduje, że trzeba nieźle gimnastykować, aby trzymać trasę. Tego moje kolano już nie zniosło. Nie byłem w stanie utrzymać prędkości grupy. Tłumaczę im sytuację i siadam. Dalszą trasę przebędę już sam.

Zejście torem saneczkowym, a później trawersującą drogą było koszmarem. Najpierw wąska ścieżka, która uniemożliwiała często schodzenie sposobem odciążającym prawe kolano, później bardzo kamienista i nierówna droga w dół. Kolano już nie próbowało udawać, że czasem działa, bolało przy każdym nieuważnym kroku, przy każdym uderzeniu kamienia. Droga dłuży się niesamowicie. Mimo że wiem, jak blisko jestem, czuję jedynie irytację. Kiedy w końcu będzie ten asfalt?

I nagle jest. Widzę drogę. Wiem, że to już koniec. Zejście z Kamieńczyka to już jest nic. Mijam dorożki i dochodzę do czerwonego szlaku. Zamknąłem koło. Krąg się zamyka. Wąż zagłębia zęby w swym własnym ogonie. Stało się. Jeszcze nie umarłem. Jeszcze jest dla mnie jakaś szansa.

Schodzę drogą w dół, otoczony przez weekendowych turystów. Widzę jak podchodzą i nie mogę się powstrzymać od głupiej i wrednej myśli: “Co wy wiecie o chodzeniu? Ile wy już dziś przeszliście?”. Chciałbym biec, ale resztki zdrowego rozsądku podpowiadają mi, bym tego nie robił. Nagle przestało boleć kolano, stopy jakby zapomniały o dręczącym je od niemal stu kilometrów bólu. Słysze rozmowy tych ludzi, tak różne od tego, co słyszałem na trasie. Został kilometr. Tak absurdalnie niewiele. Skręcam w prawo, a potem w lewo. Ostatnia prosta. Nie czuję zmęczenia. Czuję ogarniającą euforię i już nie potrafię się powstrzymać przed podbieganiem. Udało się. Ostatnie kilka metrów podejścia i jestem na asfalcie. Przechodzę przez ulicę. Przybijam piątki z Siedmioma Wspaniałymi. Wchodzę po schodach, bardziej używając rąk niż nóg. Numer 436 melduje się na mecie. Numer 436 jeszcze żyje.

Zwyciężyliśmy.

 

 

Warszawa, wrzesień-październik 2012

Stanisław Zawadzki