V Przejście (2008)

V Przejście (2008)

Klasyfikacja odcisków

według uczestników V Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej

– A co, jeśli odcisk jest tak rozległy, że skóra się zawija i roluje?
– Wtedy taki odcisk nazywa się banknotem.

Odciski wielkości monet to chleb powszedni. Nie było uczestnika, któremu nie trafiła się na nodze chociażby dwugroszówka…

Nie wiem, skąd się biorą takie pomysły, skąd się biorą takie skojarzenia, ale słyszałem je na trasie niejeden raz. Rozmowy o skali odcisków były na porządku dziennym od południa w sobotę aż do samego końca. Na początku większość podchodziła do sprawy żartobliwie. Jednak w niedzielę żarty przestały być śmieszne. Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, odbywające się już po raz piąty w okolicach Kotliny Jeleniogórskiej (19-21 września), to próba wymagająca dużych poświęceń. Nie ma osoby, która przechodzi jego trasę bez żadnych komplikacji. Ale zacznijmy od początku…

Oczywiście wielotygodniowe, a nawet wielomiesięczne przygotowania organizatorów i uczestników pochłaniały sporą część czasu i życia tych wszystkich, którzy mają coś wspólnego z imprezą. Rekrutacja z ograniczoną liczbą miejsc (do 160) spowodowała, że w połowie sierpnia wszystkie były już zajęte. Jednak kilku osobom z listy rezerwowej udało się jeszcze w ostatniej chwili wejść na listę startową. Dodatkowo organizatorzy mieli pulę swoich miejsc, w której mieścili się ratownicy oraz przedstawiciele sponsorów. Jednak to, co powodowało największe zmartwienie, to prognoza pogody. Wszyscy wiedzieli, że weekend, kiedy jest Przejście, będzie zimny i deszczowy. Aura zweryfikowała więc ostatecznie listę chętnych.

Na starcie w piątek 19 września br. zgłosiło się 161 osób (ponad 40 osób więcej niż w zeszłym roku) gotowych do walki z wszelkimi przeciwnościami losu przez najbliższe 48 godzin. W tej dużej grupie było 19 kobiet, a więc tyle samo co przed rokiem. Oczywiście większość osób, które startowały w latach ubiegłych, zameldowała się także w tym roku, ale bardzo dużo było debiutantów. Mieli oni wiele pytań i niepewności co do trasy, potrzebnego sprzętu i taktyki podczas marszu. Jednak niezwykle przyjazna atmosfera panująca na starcie oraz podczas całej imprezy, sprzyjająca integracji, powodowała, że nie brakowało chęci do wymiany uwag, doświadczeń i spostrzeżeń.

O 19.30 odbyła się odprawa techniczna, przemówiło kilku sponsorów, przedstawicieli władz miejskich oraz organizatorów i – tradycyjnie – po minucie ciszy ku czci Daniela i Mateusza punktualnie o 20.00 ponad setka światełek i lampek ruszyła obok dolnej stacji wyciągu w Szklarskiej Porębie i znikała w lesie na szlaku w kierunku Kamieńczyka. Niestety, Karkonosze nie były gościnne – mgła, deszcz ze śniegiem, silny wiatr i miejscowe oblodzenia oraz temperatura nieprzekraczająca 3 stopni powyżej zera zrobiły swoje. Przy schronisku Dom Śląski, gdzie właściciel wystawił ciepłą herbatkę dla wszystkich, morale było naprawdę bardzo niskie. A podejście na Śnieżkę i Czarny Grzbiet, z huraganowymi wręcz wiatrami narastającymi z każdą minutą, spowodowało, że na Przełęczy Kowarskiej wielu osobom zabrakło woli, by iść dalej.

Na szczęście sobota okazała się całkiem łaskawa. Cały dzień w zasadzie nie padało, wiatr nie przeszkadzał, zwłaszcza że trasa prowadziła głównie w zalesionym terenie. Jedynie temperatura sprawiała, że mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Tym sposobem w całkiem korzystnych warunkach ci, którzy przetrwali zmorę Karkonoszy, przeszli w zasadzie w większości także Rudawy Janowickie oraz Góry Kaczawskie. Dodatkowo mocno podskoczyło morale uczestników, kiedy na Różance, na styku Kaczaw i Rudaw, trafiali na punkt żywieniowy, gdzie słynny makaron firmy TRAMP utwierdził swoją legendarną już renomę.

W sobotę wyklarowała się czołówka, która miała swoje własne ambicje związane z czasem przejścia. Za nią szli wszyscy ci, którym zależało na spokojnym ukończeniu imprezy. Natomiast coraz bardziej odstawały osoby, którym trudności trasy najmocniej dały się we znaki. Janowice oraz przełęcz Widok to kolejne miejsca, gdzie sporo osób zrezygnowało z dalszego marszu.

Wtedy też po wilgotnych Karkonoszach zaczęły się pojawiać „groszówki”, a nawet większe nominały na stopach uczestników. Niektórzy mówili: „Dopóki nie jest większy niż »złotówka«, nie ma tragedii…” albo „prawdziwy problem jest, kiedy nie mieści się w polskiej skali…” (czyli jest większy niż moneta pięciozłotowa). Wszechogarniająca wilgoć sprzyjała powiększaniu liczby i „nominału” odcisków.

Noc z soboty na niedzielę przyniosła ochłodzenie, delikatne przelotne deszcze oraz spokój i sen większości uczestników. Pojedyncze osoby rezygnowały. Niektórzy z powodu ciemności i zmęczenia mieli problemy z odnajdywaniem dobrej trasy. Byli jednak tacy, którzy w tym czasie dochodzili już do mety. Cztery osoby z czołówki wytrzymały trudy wysokiego tempa marszu i zbliżały się do celu. Trzy doszły w czasie poniżej 30 godzin, a czwarta w 31 godzin. To była naprawdę wspaniała walka z własnym organizmem i z przeciwnościami, jakie zgotowały góry w tym roku. W tym czasie większość uczestników rozpędzała się ponownie w różnych rejonach Kaczaw i na Przedgórzu Izerskim. Niestety, niedzielny poranek przyniósł rzęsisty, stały deszczyk, który trwał aż do godziny 13. Momentami padało intensywnie, a to woda na młyn dla zwiększania „nominałów” odcisków. Niektórzy mogli się już teraz chwalić odciskami klasyfikowanymi jako banknoty. A więc rozmiary zniszczeń skóry były tak duże, że powodowały jej rolowanie… Od godziny 13 zaczęło się oczekiwanie na mecie na główną grupę uczestników. Pojawiali się oni w różnych odstępach i w różnych liczbach. Dużo osób bardzo „chwaliło” owiany złą sławą Przedział, a raczej zejście z zielonego szlaku pod Przedziałem do Kamieńczyka. Tam też pojawiało się sporo trudności „nawigacyjnych”. Mimo to coraz więcej osób stawiało się ostatecznie na mecie Przejścia. I choć mało który uczestnik chował w bucie odciski mniejsze od złotówki, to nikt specjalnie nie narzekał.

W regulaminowym czasie na mecie stawiło się 36 uczestników, w tym 5 kobiet. To największa liczba ukończonych prób w historii imprezy, co cieszy, szczególnie jeśli się uwzględni niekorzystną aurę towarzyszącą zmaganiom. Radość na mecie była nagrodą za ponad 40 godzin cierpień, bólu i zmuszania się do każdego następnego kroku. Twarze uczestników nie pozostawiały jednak wątpliwości – to była mordercza próba!!! Na dokładkę na dwie godziny przed zakończeniem zawodów, od godziny 18, rozpadał się drobny, rzęsisty deszczyk, ale w tym momencie nikomu on już nie przeszkadzał. Na trudy Przejścia uczestnicy decydują się z własnej, nieprzymuszonej woli. Ruszają i wiedzą, że nawet jak dojdą, to nie spotka ich jakiś szczególny zaszczyt. Gratulacje od organizatorów, może jakiś reporter przeprowadzi wywiad, i nic więcej. Ale sukces jest ogromny – pokonanie własnych słabości, własnej psychiki, fizycznego bólu oraz narastających „nominałów” na stopach. To wszystko dla szczytnej idei upamiętnienia dwóch ratowników – Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, którzy 8 lutego 2005 r. zginęli w lawinie śnieżnej w kotle Małego Stawu. Daniel był pomysłodawcą tej trasy, chciał ją dokończyć, chciał ją przejść. Los zadecydował inaczej. I teraz co roku dla nich przeszło setka osób będzie próbować dokończyć czyjeś marzenia. Oby co roku więcej osób realizowało tę wspaniałą ideę. Oby za rok pogoda od chłopaków z góry była łaskawsza…

Maciej Koziński