“…Taka porażka nie przynosi wstydu”

O godzinie 8:47 budzi mnie telefon. Planowałem pospać nieco dłużej, wszak zapobiegawczo wziąłem dwa dni urlopu: w piątek, celem skumulowania mocy przed nadchodzącym weekendem oraz w poniedziałek, z myślą o ewentualnej wymaganej rekonwalescencji. Cóż, dzień już pełną gębą, więc na “dospanie” nie ma szans. Piątek mija pod znakiem ostatnich przygotowań, przeplatanych słodkim lenistwem. Moim bazowym posiłkiem tego dnia jest potężna dawka węglowodanów pod postacią michy spaghetti. Zapobiegawczo Wrocław opuszczamy o godzinie 16:00, jednak niesprzyjające okoliczności sprawiają, że przy Dolnej Stacji Wyciągu w Szklarskiej Porębie stawiam się dopiero trzy godziny później. Przy rejestracji konieczne jest okazanie dokumentu ze zdjęciem, latarki oraz regulaminowo wyposażonej apteczki. Otrzymuję plakietkę z numerem 35, mapę, pamiątkową koszulkę oraz zestaw materiałów promujących okoliczne gminy. Do startu pozostało jakieś 40 minut.

Wracam do samochodu, gdzie przygotowuję się do startu. Do plecaka przypinam plakietkę z numerem, w bukłaku rozpuszczam tabletki zamieniające wodę w napój izotoniczny, przebieram się w “górskie” fatałaszki i dokonuję profilaktycznej pielęgnacji stóp środkiem Sudocrem, zwanym przez uczestników rajdu Cudokremem. W pełnym rynsztunku wracam pod stację Marianki, gdzie czekają na mnie nie gorzej przygotowani OIa i Grześ. Do startu pozostało kilka minut. Zmotywowany lekkim uczuciem głodu zjadam w pośpiechu banana i jedną z ośmiu bułek. Tak, teraz czuję się w stu procentach gotowy do startu. O godzinie 20:00 rozpoczyna się minuta ciszy w celu uczczenia Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, ratowników zabranych przez lawinę w Kotle Małego Stawu 8. lutego 2005 roku. O godzinie 20:01, blisko 500 osób wyposażonych w czołówki, niczym rozlewający się z naczynia płyn, zalewa szlak w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. Już zaledwie po kilku minutach, napierający tłum przeobraża się w kilkusetmetrowego “świetlnego węża”. Widok jest fenomenalny.

Wkrótce docieramy do schroniska Kamieńczyk. Rozgrzani tą kilkudziesięciominutową trasą poświęcamy dwie minuty na przebranie się i uzupełnienie płynów. W ciągu kolejnych kilkuset metrów droga, do tej pory wyścielona sporymi kamieniami, zmienia się w przeplataną mokradłami leśną ścieżkę. Na największych ktoś porozrzucał kamienie, dzięki którym, przy wspomożeniu kijkami trekkingowymi, da się pokonać trasę względnie suchym butem. W myślach chwalę nieznanego mi jegomościa za poczyniony trud. Za Przedziałem wchodzimy na drogę wysypaną szutrem. Idzie się lekko i przyjemnie, przekąszamy ciastka, ucinamy sobie pogawędkę. Peleton już jest mocno rozciągnięty. Szacujemy, że jesteśmy gdzieś w środku. W Jakuszycach meldujemy się na punkcie kontrolnym. Meldunek polega na zgłoszeniu swojego numeru startowego sędziemu, który odnotowuje godzinę stawienia się w punkcie. Towarzysząca nam od początku trasy mżawka zdążyła się już przeobrazić w regularny deszcz. Idąc dalej zielonym szlakiem mijamy kopalnię kwarcu “Stanisław” a następnie szlakiem czerwonym dochodzimy do kolejnego punktu kontrolnego, usytuowanego przy schronisku Wysoki Kamień. Kolejnego dachu nad głową nie ma w planie przez co najmniej kolejnych 12 godzin, więc wypada się zatrzymać. Decyzja to ze wszech miar prawidłowa – w ciągu kolejnych kilkunastu minut deszcz wzmaga się do tego stopnia, że na Wysokim Kamieniu spędzamy ponad godzinę. Kanapki, ciepła herbata, alkoholowy poczęstunek od towarzyszy z drugiej strony stołu, a przede wszystkim zmiana skarpetek na suche i zabieg pielęgnacyjny wspomnianym już Sudocremem daje moce na dalszą drogę.

Pierwsze kłopoty nawigacyjne rozpoczynają się przed Górzyńcem, gdzie przez nieuwagę mijamy zejście ze szlaku. Postanawiamy pokonać rzekę Małą Kamienną w miejscu, gdzie zbiega się ze szlakiem zielonym, przez co nadrabiamy jakiś kilometr. Po drodze na Mały Ciemniak, przy skrzyżowaniu z torami kolejowymi, zatrzymujemy się przy namiocie, gdzie miła pani rozdaje bułki i częstuje herbatą. Towarzyszący jej chłopak mówi, że punkt przeszło już sporo ponad 300 osób. W tym momencie dało się słyszeć wyraźny huk. To nasze morale spadło na dół i roztrzaskało się o ziemię. Czyżbyśmy aż tyle czasu stracili na Wysokim Kamieniu? Czyżby innych ten mocny deszcze nie zatrzymał gdzieś pod zadaszeniami? Ale nic to. Przyszliśmy tu dać z siebie wszystko. Jest to impreza niekompetytywna. Naszym zadaniem jest przejść trasę w limicie 48 godzin. Nic więcej. Ruszamy. 

Wchodzimy na szlak niebieski, mijamy Bobrowe Skały i schodzimy do Zimnej Przełęczy, która nie bez kozery ma przymiotnik “zimna” w nazwie. Meldujemy się w trzecim punkcie kontrolnym. Niestety, w dalszą drogę powędrujemy we dwójkę. Deszcz i podmokłe tereny sprawiły, że Grzesiowe buty przemokły i skutecznie zmasakrowały mu stopy. Znam ten ból. Tydzień wcześniej sam doprowadziłem się do takiego stanu przez niezaimpregnowane buty i z trudem zdążyłem wygoić rany do rajdu. Grzegorz częstuje nas gorącą kawą, oddaje nam swoje kanapki, wodę i nowe baterie do latarki. Razem z Olą ruszamy w dalszą drogę. Przez pierwsze kilometry idzie się jakby nieswojo. Straciliśmy kompana. Mimo bólu trzymał dobre tempo. Twardy.

Po przejściu około trzech kilometrów gubimy szlak. Zaczyna się osławione bezdroże, a właściwie bezszlak. Przy początku lasku spotykamy sympatyczną trójkę, a raczej czwórkę: dziewczynę, dwóch chłopaków i psa wilczura, którzy najwyraźniej również pobłądzili. Podczepiamy się do nich na kolejnych kilkanaście kilometrów. Bez większych problemów przeprowadzają nas przez owiane złą sławą nieoznakowane tereny od Wojcieszyc po Górę Szybowcową. Tempo mają sporo wolniejsze niż my, ale za to mamy ten komfort bycia przeprowadzonym przez zupełnie nieznane nam tereny. Poza tym, kosztem nadrobienia kilkuset metrów, zabrali nas na pole posezonowych, lecz wielkich, czerwonych i soczystych malin. Na pięć minut zamieniamy się w bezwstydnych szabrowników. Na kolejnym punkcie kontrolnym w Goduszynie (do którego musieliśmy się wracać, bo go jakimś cudem minęliśmy) sędziowie częstują nas pysznymi waflami.

Kolejny punkt kontrolny to gościniec Perła Zachodu. Niestety trwają tam przygotowania do wesela, więc nasz pobyt tam ograniczamy do nałożenia kolejnej warstwy Sudocremu na stopy i zjedzenia kanapek. Tamtejsze tereny są bardzo ciekawe i z pewnością dołączę je do listy miejsc wartych odwiedzenia. W Jeżowie Sudeckim dosięga nas pierwsze osłabienie. Dla podniesienia morale kupuję w pobliskim sklepie po “milordzie”. Co ciekawe, na pięć osób w kolejce byłem jedyną, która nie kupowała alkoholu. Cóż, w końcu weekend. W drodze na Górę Szybowcową Oli siada kolano. Czekam z nią na transport, traktując to jako czas na posiłek i odpoczynek. Na Górze Szybowcowej spędzam blisko godzinę. Z głową na stole udało się przysnąć na kwadrans. W łazience pobliskiego baru dokonuję szybkiej, odświeżającej toalety. Ola oddaje mi swoją wodę i kanapki i załatwia od obsługi wrzątek do termosu. W perspektywie mam samotną trasę w zimną wrześniową noc, myślę, że litr wrzątku nie będzie zbędnym balastem. Żegnamy się i już sam ruszam w kierunku Chrośnicy po nieoznakowanych i obcych mi terenach. Na skutki nieznajomości trasy nie przyszło długo czekać. Po godzinie marszu gubię się. Co gorsza, straciłem orientację i zupełnie nie wiem, w którym kierunku powinienem iść. Pomimo, że telefon funkcjonuje “na oparach”, uruchamiam na chwilę GPS. W obliczu zbliżającego się pomału zmroku, nie widząc szans na odnalezienie trasy, wyznaczam azymut do najbliższej drogi asfaltowej. Przedzierając się przez gęsty las docieram do szosy i nadkładając drogi udaję się do siódmego punktu kontrolnego. Przy Przełęczy Widok spotykam małżeństwo, z którym przemierzam kilka kilometrów. Razem docieramy do punktu kontrolnego na Przełęczy Komarnickiej, gdzie częstują nas gorącą kawą. Tutaj również uzupełniam zapasy wody. Po kolejnej godzinie marszu, las spowija gęsta mgła. Światło czołówki rozprasza się na drobinkach wody tworząc w odległości metra od mojej twarzy białą ścianę światła. Niestety, w tych warunkach kolejny raz gubię szlak. W gęstej mgle przyszło mi błądzić kolejne pół godziny. Trafiam na jakąś drogę. Nie jestem pewien, gdzie prowadzi, ale przecież gdzieś dojść muszę. Potem się będę martwił, jak to naprostować. Na szczęście droga łączy się z niebieskim szlakiem, czyli z trasą przejścia. Pokrzepiony napotkanym szczęściem ruszam dziarsko na szczyt Dudziarz i dalej do kolejnego punktu kontrolnego na Różance, gdzie jakieś siedem godzin temu zakończono wydawanie ciepłego posiłku. Melduję się i ruszam do Janowic Wielkich, gdzie planuję chwilę odpocząć. O ile do Różanki dotarłem zmęczony, to kolejna godzina drogi do Janowic mnie wykończa. Być może popełniłem błąd nie organizując wypoczynku wcześniej. Przed 03:00 przychodzę na dworzec kolejowy, gdzie spotykam dziewczynę i dwóch chłopaków, owiniętych foliami NRC, drżących z zimna. Zrezygnowali i czekają już dwie godziny na transport do Szklarskiej Poręby. Chwilę rozmawiamy. Nie ma miejsca już na drewnianej ławce, więc co by nie siadać na betonie cofam się do pobliskiego parku, gdzie postanawiam przekoczować chwilę na ławce przy placu zabaw. Zjadam kisiel, następnie wypijam gorącą kawę, zakładam kurtkę, czapkę i rękawiczki i popełniam kardynalny błąd – kładę się na krótką drzemkę. Niestety, w nocy, zwłaszcza między godziną trzecią a piątą wyziębienie organizmu następuje bardzo szybko. Budzę się jakieś 30 minut później ogarnięty dreszczami. Wypijam kilka łyków wrzątku. Niestety, już się nie rozgrzeję. Wstaję z ławki. Ten krótki odpoczynek wystarczył, aby mięśnie nóg przyzwyczaiły się do postoju i zaczęły boleć przy ruchu. Zakładam plecak. Kijki? No tak, zostawiłem przy dworcu kolejowym. Blisko 45 godzin bez snu skutecznie obniża bystrość. Wracam po kijki. Ekipa z dworca nadal czeka na transport. Czuję się fatalnie. Przede mną szesnaście godzin do końca rajdu i przeciętnie szesnaście godzin marszu do mety. Szesnaście dla zdrowego, wypoczętego człowieka wędrującego w ciągu dnia. Niestety. Oceniam realnie swoje możliwości. Nie widzę już szansy ukończyć przejścia. W tym momencie podjeżdża samochód. “A Ty, wsiadasz, czy idziesz?” – pada pytanie dziewczyny z miejsca kierowcy. Widok błogich min, jakie pojawiły się na twarzach moich towarzyszy niedoli po wejściu do ciepłego auta przypieczętowały moją decyzję o rezygnacji.

Po trzydziestu minutach byłem znów w Szklarskiej Porębie. Pozwolono nam rozłożyć się w biurze organizatorów. Z trzech krzeseł skonstruowałem prowizoryczną leżankę i opatulony w kurtkę, ubrany w czapkę i rękawiczki, zasnąłem.
W przejściu wystartowały 492 osoby, z czego do mety dotarły 134, co stanowi 27% wszystkich startujących. Podobno w dobrym tonie jest kończyć wypracowania cytatem. Trafiłem dziś na jeden, być może zbyt patetyczny i pompatyczny, ale, myślę, dobrze oddający charakter imprezy. “Przegrać i być pokonanym to nie to samo. Przegrywają ci, którzy nawet nie próbowali walczyć, a pokonani są ci, którzy byli zdolni do walki. I taka porażka nie przynosi wstydu. Może być trampoliną do nowych zwycięstw.”

Robert Budziński