Mój pierwszy raz

Mój pierwszy raz

Gdy poszłam wcześniej spać w czwartkowy wieczór by być wyspana,
nic nie wskazywało na to, że z emocji nie dośpię do rana.
Otworzyłam oczy szeroko, gdy słońce za oknem wschodziło
nieświadoma tego, co wielkimi krokami nadchodziło.
Pięć godzin jazdy by dotrzeć do celu
i znaleźć się w gronie jednak tak licznych niewielu.
Tych, co zdobyli się podjąć próbę walki z samym sobą w otchłaniach Kotliny
i wspiąć się nie tylko na góry, ale także na swych możliwości wyżyny.
Gdy pakiet startowy został odebrany wraz z pamiątkową koszulką,
żartem stwierdziłam, że już mam to, co chciałam i wracamy naszą furką.
Śmiechu było coraz mniej gdy zbliżała się dwudziesta godzina,
bo nagle sobie uświadomiłam, że przejście się powoli zaczyna.
Rozpoczęły się rozterki, co wziąć ze sobą pożytecznego,
aby podczas drogi nic nie dźwigać zbytecznego.
Buty biegowe czy treki?- myślałam stojąc w wątpliwościach.
Wiedziałam, że wybór ten rozejdzie się później po kościach.
Ubrana, spakowana, względnie wyspana i pewna swego
stanęłam na starcie z koncepcją pokonania dystansu owego.
A rzecz się miała o przejście 150 kilometrów wokół Kotliny,
obfitą w góry, pagórki, lasy i doliny.
Start i ruszyliśmy w licznym gronie jeden za drugim z nadzieją w sercach,
że będzie nam dane metę ujrzeć na końcu tego przejścia.
Początkowo tempo nabraliśmy szybkie, może dlatego,
że padało strasznie i nie wiedząc dlaczego,
człowiek chce uciec przed naporem wody strumieni
i przyśpiesza ciągle myśląc, że to coś zmieni.
Po nocy w deszczu już całkiem z rana
czułam się mokra i niewyspana.
Coraz też bardziej stopy zaczęły dawać mi znak,
że coś z nimi zaczyna się dziać nie tak.
Po sześćdziesiątym kilometrze, na punkcie kontrolnym,
rzekłam do swego współtowarzysza głosem spokojnym,
że iść dalej nie mogę, bo ból jest zbyt wielki,
zdrowie jest najważniejsze i stąd me rozterki.
Po dwudziestu minutach, gdy stopy odetchnęły górskim powietrzem
w ruch ruszyły bandaże, gdyż były konieczne.
Około dziewiętnastej doszliśmy do celu pośredniego,
czyli Różanki, gdzie czekało na nas coś ciepłego.
Na tym postoju także zaczęły się pierwsze wątpliwości,
czy iść dalej, czy poddać się i skrócić tych mąk możliwości.
Decyzją wspólną stwierdziliśmy, że najpierw godzina spania,
a potem zobaczymy, co nasz organizm ma nam do zaoferowania.
Znaleźliśmy kartony i na nich spoczęliśmy koło ogniska wśród ciemności nocy,
mając nadzieję, że po przebudzeniu niechęć do kontynuowania wędrówki nas nie zaskoczy.
Po godzinie drzemania gdy otwarłam oczy rozleniwiona
poczułam moc i powiedziałam sobie ,,Sandra to pokona”.
Wstaliśmy, szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy przekonani,
że póki energia jest, to jesteśmy wygrani.
Niestety po przejściu dwunastu kilometrów zaczęło dawać znać o sobie zmęczenie,
a jego sprzymierzeńcem było także przemoczenie.
Zmarznięci, mokrzy i ledwo kontaktujący szliśmy wśród drzew i kamieni,
wmawiając sobie, że kryzys minie i wszystko się zmieni.
Następny postój był katorgą, bo było na nim ognisko,
więc przystanęłam obok, tak bezpiecznie blisko
i odejść później było problemem,
bo chciałam dłużej nacieszyć się jego ciepła płomieniem.
Gdy ruszyliśmy dalej rzekłam, że pójdę przodem,
więc poszliśmy tym dwuosobowym korowodem.
Gdy obejrzałam się po jakimś czasie na swojego współtowarzysza niedoli,
widziałam tylko jak światło jego czołówki powoli
kieruje się na prawo w stronę ku ziemi i nagle się prostuje
co oznaczało, że jednak on trochę jeszcze kontaktuje.
Wybuchłam śmiechem, bo to nie lada wyczyn iść przed siebie w stanie takiego przemęczenia,
że organizm już sam z siebie pragnie chociaż chwili wytchnienia
i otula się snu ramionami,
chociaż Ty ciągle idziesz przed siebie powłócząc nogami.
Tak więc szliśmy i szliśmy drogą na południe wzdłuż szlaku rowerowego,
gdy nagle światełka w lesie ujrzałam niedaleko.
Pomyślałam, że dobrze ujrzeć kogoś, kto niedaleko mnie
przemierza te same trudności i nie boi się.
Światełka jednak nie ruszały się, więc pomyślałam, że to odblaski na znaku,
który ktoś tu postawił infomujac o czymś za wczasu.
Dumna szłam dalej, lecz ciągle coś było nie tak,
więc spojrzałam w tę stronę kolejny już raz.
Migoczące jasno od światełka mej czołówki odblaski wśród drzew
okazały się oczami i przeraziły mnie.
Schowały się za kamień by znów za chwilę zza niego się wyłonić
i całą koncepcje bezpiecznego przejścia w umyśle mym roztrwonić.
Gęsia skórka pojawiła się na mym ciele i rzekłam do kolegi,
by spojrzał w ciemne czeluści lasu przebiegi.
Nic nie zauważył, jednak ja byłam pewna, że to znak,
że to coś tu jest, bo my idziemy nie tak.
Przeanalizowaliśmy z kompasem naszą wędrówkę aż do tego miejsca
i uświadomiliśmy sobie błąd w jednym momencie tego przejścia.
Zamiast skręcić w dobrą ścieżkę wiele kilometrów wcześniej w nocy oparach,
odbiliśmy całkiem gdzie indziej i znaleźliśmy się w Kowarach.
Zgubiliśmy się i byliśmy daleko od prawidłowego szlaku,
co spowodowało do wędrówki dalszej chęci braku.
Powrót na trasę i zmieszczenie się w limicie czasowym dla mnie stał się już cudem
i wśród tej udręki był ponad moich możliwości trudem.
Zmęczenie, brak snu i dreszcze od wilgotnych ubrań dopięły swego
i zrezygnowaliśmy o szóstej rano w niedzielę z próby pokonania przejścia do końca owego.
Na liczniku ze sto kilometrów naliczyliśmy ,
gdy powoli drogi powrotnej szukaliśmy.
Pomimo tego, że próba przejścia Kotliny została tylko próbą,
pokonanie tego dystansu jest dla mnie nie lada chlubą.
Nigdy w życiu tylu zmagań z własną psychiką nie miałam
i nigdy tak szybko z kryzysów jak feniks z popiołów nie powstawałam.
Pomimo, że cel rzeczywisty nadal jest do zdobycia,
to triumf swój wiedzie teraz moja psychika,
która pomimo bólu i zmęczenia nie poddała się
i pokonała samą siebie, a to wyczyn jest.
Pewien niedosyt jednak pozostał i droga Kotlino wiedz,
że za rok tu wrócę i pokonam Cię.

Sandra Pięta