KIEŁBASA & CIGARETTES

Niedziela, 22.09.2013 r., około godz. 10:00 – podejście pod Wielki Szyszak

Jeden, dwa, trzy… dziewięćdziesiąt dziewięć, sto! I głowa w górę. Tylko tak jestem w stanie przetrwać to ostatnie podejście na trasie. Kiedy kilka minut wcześniej zszedłem do Przełęczy pod Śmielcem i spojrzałem przed siebie…Ujrzałem malowniczo wspinającą się kamienną ścieżkę, w górnej części tonącą w gęstej mgle, piękną, ale jakby nieosiągalną. Po około 130 km moje nogi były potwornie obolałe, chociaż wolne od pęcherzy, ramiona rwał ból, otarte niczym bazylia plecy swędziały, a w głowie kołatała się jedna myśl, jedno słowo, jeden cel: META! Rzucany wiatrem, mokry, pełen słodkawych woni wydobywających się z każdego pora mojego ciała, zacząłem mozolnie liczyć każdy krok. Tylko na liczeniu się skupiając. Nie myśląc ile jeszcze mam metrów w górę, ale wiedząc, że za nią nie będzie już żadnych przeszkód:-) No, może jedna… Ale jak spojrzę dwie doby wstecz…

 

Piątek, 20.09.2013 r., godz. 12:30 – Legnica

„Kiedy ta rozprawa się wreszcie skończy?”pytałem się w duchu niespokojnie kręcą się na swojej ławie. Na ogół piątkowe, przedprzejściowe przedpołudnie staram się spędzać na analizowaniu najbardziej newralgicznych punktów trasy i na zakupach u naszych zakochanych w piwie, podobnie jak i ja, sąsiadów. Jednak w tym roku zmuszony byłem zasadniczo plany swoje pozmieniać. Zdążę, muszę, ale to będzie gonitwa, a tej najmniej potrzebuję wobec perspektywy nieprzespanej nocy, pewnie dwóch. Nareszcie. Teraz pędem po żonę i dzieciaki, Leszczyna, Harrachov i JESTEM!

 

Piątek, 20.09.2013 r., godz. 18:50 – Szklarska Poręba

„Co ten gość tutaj robi?” zdawały się pytać oczy wielu Przejściowców widzących jak facet w skórzanych sandałach i białej koszuli (dzięki Bogu zdążyłem ściągnąć krawat) ustawia się w kolejce po pakiet startowy. „Dajcie mi trochę czasu. Do startu jeszcze godzina, kupę czasu, aby przejść prawdziwą metamorfozę.” Odpowiadałem im w duchu. Cóż, codzienny urzędowy uniform zdecydowanie odbiega od ubłoconych butów, krwiście czerwonej kurtki i jasno świecącego na czole punktu. Ale ta dysharmonia nie dotyczy serca.

 

Piątek, 20.09.2013 r., godz. 19:59 – Linia Startu

MINUTA CISZY! Dla Daniela i Mateusza. Serce zwalnia, nogi przestają nerwowo tupać, dłonie rozluźniają uścisk na kijach, a wzrok unosi się gdzieś poza realną przestrzeń. Istota Przejścia. In memoriam!

5 – 4 – 3 – 2 – 1… START! Ruszam! Wbrew wcześniejszym założeniom, aby nie forsować się na wstępie, ambicja i upór Południowca sprawiają jednak, że szalonym pędem rzucam się na czoło stawki. Wiem, że za kilkaset metrów trasa mocno się zwęża, co w połączeniu ze stromym, usianym kamieniami podejściem pozwoli mi bezkolizyjnie dotrzeć do Przedziału. Zimno, pada deszcz, jest dobrze. Byle za dwanaście godzin temperatura nie poszybowała do 25 stopni, bo stopy mogą nie podołać. W maju, na Rudawskiej, uległy takiemu zaparzeniu, że zmusiło mnie to do zejścia z trasy po 80 km. Ale prognoza jest korzystna… będzie zimno.

 

Piątek, 20.09.2013 r., przed północą – Izery

Stawka prawie pięciuset uczestników Przejścia mocno się rozciągnęła. Pierwszy PK  na Przełęczy Szklarskiej osiągnąłem w dobrym, bardzo dobrym czasie. Potem było już tylko łatwiej. Było – bo od Wysokiego Kamienia gęsta jak kremówka mgła przesłoniła wszystko. Poszukiwanie oznaczeń żółtego szlaku na zejściu do Zakrętu Śmierci (a to przecież taki prosty odcinek) okazało się pozbawione sensu. Białe światło naczołówki tworzyło nieprzyjemną, białą, nieprzeniknioną ścianę. Skierowałem więc wzrok na stopy (trzymają się wyśmienicie) i śledziłem krawędź ścieżki. Strzał w dziesiątkę! A za Zakrętem jakby bardziej klarownie.

 

Sobota, 21.09.2013 r., około godz. 7:00 – Góra Szybowcowa

Coś poszło nie tak:-( Gdzieś między Goduszynem a Perłą Zachodu zbłądziliśmy na szlaku. Kosztowało nas to mnóstwo czasu, ale największe szkody poniosła psychika. „Ku…!” zakląłem w duchu. A szło tak dobrze. Dodatkowe kilometry na pewno odbiją się na późniejszych etapach. Widok wygodnie rozstawionego fotelu na PK spowodował jednak, że na moment zapomniałem o tych niedogodnościach. Miękko, zimno, zachęta miejscowych i ich uśmiechy, papieros… Pięć minut relaksu. Pięć minut, po których nie jestem pewien, czy mam siły podnieść się do pionu. Wszystko trzeszczy jak w mechanizmie starej drukarskiej prasy, nogi – krok po kroku – przyzwyczajają się do ruchu. Za to stopy rewelacja. Warto inwestować we własne dzieci. Ich krem na odparzenia okazał się bezkonkurencyjny. Żadnych odparzeń, pęcherzy. W kroczu też.

 

Sobota, 21.09.2013 r., około godz. ? – Przełęcz Komarnicka

Chyba mi się zmysły pomieszały! To niemożliwe, wręcz absurdalne. Ale jednak… Dźwięk jest coraz bardziej wyraźny i to nie może być nic innego. A może to ja za daleko się zapędziłem??? Niemożliwe. Przestrzeń wypełnia doniosły odgłos alpejskiego dzwonka. Płynie zza lekko wznoszącego się przede mną garbu, po pokonaniu którego dostrzegam uśmiechnięte twarze Marka i Krystiana. No tak: Chamonix! Ich dłonie energicznie machają, zachęcając do przyśpieszenia kroku. „Dam radę!” cytując klasyka (Bob Budowniczy). Jeszcze 50 metrów, 20… Fotel. „Piwo jest?” pytam. „Jest” pada lakoniczna, prosta, a jakże wiele emocji niosąca odpowiedź Krystiana. „I swojska kiełbasa” dorzuca Marek. No to jeszcze papieros i jestem w domu. Kwadrans standardowo pojmowanej normalności. To jeszcze fotka na face’a i w drogę Wojciechu. Optymizm rozlał mi się po sercu, głowie i nogach jak tłuszczyk po pierogach… Hmm! Pierwsze objawy głodu.

 

Sobota, 21.09.2013 r., godz. 23:08 – schronisko na Przełęczy Okraj

Pierwotnie chciałem coś więcej napisać o tym punkcie, jakże dogodnie usytuowanym na trasie, ale… wolę przenikliwe zimno idąc niż leżąc. Dobrze, że herbata miała odpowiednią temperaturę, chociaż miałem niemały problem z jej doniesieniem do stolika. Tyle.

 

Niedziela, 22.09.2013 r., ok. godz. 11:00 – poniżej Hali Szrenickiej

Pędzę jak oszalały. To delikatnie mówiąc dziwne, aby po 140 kilometrach można było jeszcze myśleć o bieganiu. Ale przecież biegnę! Wybieram skraj drogi, by w ten sposób oszczędzić kolana. Mijam jednego, drugiego, trzeciego Przejściowca i skręcam z impetem na czarny szlak – jakiś kilometr przed metą. Już zyskałem pewność, że „złamię” 40 godzin. Nie było to tak oczywiste jeszcze godzinę temu. Kolejny kamień, konar, gałąź… Czuję się wspaniale, a nogi jakby same mnie niosły. Ale co to? Oglądam się i widzę, jak Biegacz z zawrotną prędkością zbliża się do mnie. „O nie! Nie! Nie dam się połknąć na kilkaset metrów przed metą!” myślę. Wiem, że to nie wyścig, ale jednak ma się swoją ambicję. I ją też trzeba czymś karmić. Zwiększam tempo, ale na niewiele się to zdaje. „Cześć!” rzuca mi nieznajomy i błyskawicznie oddala się ku Szałasowi. I nagle widzę, że on staje, rozgląda się. Co jest? Nie wie, gdzie biec? „Prosto” krzyczę do niego, wskazując przesmyk między budynkami. Nic. „Biegnij prosto! Tam jest meta.” Ale nie reaguje. Gdy jestem już przy tym nieznajomym sprinterze słyszę tylko „Ja biegam sobie po Szklarskiej.” Nie wiem: śmiać się czy wściekać. W sumie to pociągnął mnie niczym „zając” podczas Western States 100-Mile Endurance Run. Zdecydowanie śmiać się. Łzy przyszły naturalnie same… 39:09:02! META! I tych parę stopni na pierwsze piętro. „Jestem!” krzyczę, a zaraz potem na mojej szyi dynda piękny medal.

 

Niedziela, 22.09.2013 r., godz. 19:59 – Szklarska Poręba

Minuta. Ostatni zawodnik przy gromkim aplauzie zgromadzonych mija linię mety. Koniec. X Przejście uznano za zakończone. Gwar, śmiechy, rozmowy, wspomnienia… Równie cudowna atmosfera jak ta na trasie, chociaż jakże odmienna od tych godzin milczenia, przepełnionych walką ze słabością własnego ciała, zwłaszcza zaś umysłu. „Czy wyruszę znowu za rok?” – nie zadaję sobie takiego pytania. Nie może być inaczej! Albo będę miał szybkie palce 1 czerwca, szybsze niż setki innych albo… po prostu wygram relację:-)

 

Mojej żonie – za poświęcenie i Miłość!

Moim dzieciom – za radość powrotu!