Spotkanie 2011

SPOTKANIE 2011”

 

Tegoroczne „Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej” – Ósme z kolei – to nie 145 kilometrów różnorakimi szlakami Karkonoszy, Rudaw Janowickich, Gór Kaczawskich i Izerskich; nie 48 godzin limitu, który zmusza do morderczego czasami wysiłku; nie chłód dwóch kolejnych nocy… w każdym razie nie tylko! To przede wszystkim SPOTKANIE. Ponad trzystu siedemdziesięciu uczestników oraz rzesza innych osób – organizatorów, rodzin, przyjaciół, sympatyków, na starcie i na mecie, na trasie, w domach i przed monitorami komputerów…

Fakt, znaczną część Drogi pokonałem samotnie, a raczej s-/potykając się ze sobą:-) Wyczerpujące zmaganie się ze słabościami podchodząc pod Mały Szyszak, Śnieżkę czy Skalny Stół albo schodząc, czy raczej zbiegając, ku Przełęczy Karkonoskiej i Przełęczy Okraj. W międzyczasie dostrzeżony ze smaganej chłodnymi porywami wiatru grani nad Kotłem Małego Stawu feeryczny obraz ciepła płynącego z okien nisko położonej Samotni, odbijającego się w spokojnym lustrze wody. Albo pierwszy moment zwątpienia, kiedy – licząc na gorącą herbatę – odbiłem się od zaryglowanych drzwi schroniska na 1602 m n.p.m.

Moje Przejście to jednak długa – wykraczająca daleko poza wyznaczone przez Organizatorów ramy czasowe – historia spotkań. Nie sposób odnieść się do każdego, z kim chociażby przez moment obcowałem na szlaku, nie wszystkich znam z imienia, ale każdy był natenczas i na swój sposób jest nadal ważny. Ci szczególni, to:

 

DANIEL i MATEUSZ – Patroni. Niestety, ich nie miałem okazji poznać. Ale to dzięki nim wszystko to ma Sens. Od tylu lat. Pewnie między 16 a 18 września wędrowali z nami „szlakami niebieskimi”:-) Pełna (co wymaga podkreślenia i co Maciek podkreślił przed 19:59) Minuta Ciszy tylko dla Nich, a potem… W GÓRY!!!

 

LECH (nr 268) i BENIA (nr 266) – o tym, że idą dowiedziałem się już w czerwcu. Tuż po „nocy szybkich palców”:-) Wspaniale! Lech to mój nieformalny przewodnik z VII Przejścia. To tylko dzięki niemu takie „krytyczne” punkty jak Perła Zachodu czy Komorzyca pokonałem wówczas prawie z zamkniętymi oczami:-) Dziękuję Lechu! W tym roku na kilka dni przed Próbą zaczęliśmy wymieniać się uwagami, przemyśleniami i założeniami. Ale zobaczyliśmy się dopiero na mecie, w niedzielę około godziny 11:45. Szczęśliwi, że znowu się udało!!! Pamiętasz 2010 rok: Never again! Benia też doszła – imponuje:-) Solidarna!

 

WOJTEK – nr 1 w całej stawce. Zgodnie z listą startową:-) Poznaliśmy się podczas „ostatniej wieczerzy”, w małej restauracji tuż przy namiocie. Obydwaj pilnie studiowaliśmy plan Przejścia. Wystarczyło. Krótka rozmowa, wymiana uwag i numerów telefonów. A potem na bieżąco sprawdzaliśmy swoje postępy na trasie. Ponownie spotkaliśmy się w niedzielę około godz. 17:40, kiedy Numer 1 zameldował się w szałasie:-)

 

PIERWSI, a w zasadzie NAJSZYBSI – Ci, którzy ruszyli bezpośrednio przede mną. Zarówno Wielka Trójka (221, 210 i 11), która na starcie, wystrzeliła jak z procy (co wyraźnie widać na nagraniu: „Przejście Kotliny Jeleniogórskiej – start” na www.youtube.pl), jak i kilka innych osób. Identyfikowałem ich tylko po numerach, ale to oni nadawali rytm mojej wędrówce. Światła ich naczołówek podczas przeprawy przez Karkonosze motywowały mnie do szaleńczego wręcz wysiłku. Było w tym coś z rywalizacji i coś z obłędu. Po co biegniesz Wojciechu? Masz przed sobą jeszcze grubo ponad 100 km! – pytałem siebie. Pawła (nr 85) spotkałem już na mecie. Był tam od soboty:-) Wspólnie – wespół z innymi – przez wiele godzin, przy piwie i kwaśnicy, analizowaliśmy każdy metr i każdą minutę Trasy.

 

HIPOPOTAM (brak numeru) – spotkałem go w Rudawach, przed 05:00, gdzieś między Wołkiem a zamkiem Bolczów. Jako że na PK-3 nie mieli wody, a moje zapasy dawno już spożytkowałem, nastąpiło znaczne spotęgowanie zmęczenia, pojawiły się pierwsze symptomy frustracji i jedyny podczas tegorocznej Próby tak wyrazisty „halun”!:-) Tym bowiem był ów „Hipopotam”, który po bliższym poznaniu okazał się być metrowej wysokości krzakiem:-) Żeby to chociaż była skała, ale krzak…!?!

 

FOTOGRAF – jak i w zeszłym roku spotkałem go podążającego „pod prąd”. Tyle że tym razem owo spotkanie nastąpiło już przy schodzeniu z Okola, kilka minut po dwunastej w sobotę. Wymieniliśmy kilka news-ów z trasy i każdy do swojej mety:-)

 

LUPUS – najlepszy i najbardziej punktualny „Budzik”. Równo o 16:30 w sobotę skontaktował się ze mną pytając o moje losy na trasie. Wyręczył zatem moją żonę w zadaniu obudzenia mnie. Właśnie „nocowałem” w Chrośnicy. Talerz gorącego rosołu, kawa, czyste skarpety i w drogę – Nowonarodzony:-)

Na marginesie – w przyszłym roku na pewno lepiej zaopatrzę się w piwo, to czeskie… ciemne:-)

 

DAWID (nr 361) – Spotkaliśmy się na odcinku za Wojcieszycami, kiedy szukając właściwego szlaku wśród licznych bruzd zaoranego pola, usłyszałem nagle z kierunku, z którego dobiegało nikłe, żółte (tak – żółte:-) światło: „TĘDY!!!”. To był Dawid. Szliśmy nocą przez Bobrowe Skały, Górzyniec, Zakręt Śmierci aż do Wysokiego Kamienia, umilając sobie czas rozmową. A miało się wrażenie, że znamy się jak stare, łyse konie… I stwierdziliśmy, że świat jest mały:-)

Wierzę, że tak mnie, jak i jemu na długo utkną w pamięci: 1) widok energicznych błysków na północ od PK-10 w Latoniowie, kiedy to zrozumieliśmy, że deszcz zbliża się nieubłaganie (na szczęście pierwsze opady obserwowałem przez szklany dach szałasu) oraz 2) odgłos złowrogo skrzypiących drzew podczas podejścia na Wysoki Kamień. Dawid był kolejno Adamem i Danielem – które to modyfikacje jego imienia wynikały ściśle z moich osłabionych wysiłkiem zdolności percepcyjnych:-)

 

RAFAŁ (nr 166) – znaleźliśmy go na odcinku do Rozdroża pod Zwaliskiem. Prawdziwy „Zawalidroga”:-) W białym świetle mojej, i żółtym Dawida naczołówki, nie potrafiliśmy określić, czym jest To Coś, co zalega w poprzek drogi. Okazało się, że JEDEN Z NASZYCH uciął sobie drzemkę w najmniej oczekiwanym miejscu, bez koca, tuż przed świtem. Mieliśmy trochę zabawy, kiedy rozbudzony, ale nie w pełni przytomny Rafał szedł za nami jak w transie – w końcu, na wyraźną sugestię Dawida, włączył swoją latarkę! Był szybki mimo zmęczenia. Spotkaliśmy się w Jakuszycach.

 

WOJTEK (nr 208) i RYSZARD (nr 84) – wraz z nimi oraz z Dawidem i Rafałem wyruszyliśmy na ostatni odcinek. Ciche porozumienie, co do wspólnego wymarszu. Zielony szlak, ostatnie podejście i ostatnie zejście:-) Ostatnie kilometry:-))) Na pewno dojdziemy. Takie myśli towarzyszyły chyba każdemu z nas. I z nimi niestrudzenie zbiegałem ostatnie metry do szałasu! Skąd mam jeszcze tyle siły?! Lupus odhaczył moje przybycie – 7.30!

 

UFO (numer ?) – wyłoniło się nagle nad Przedziałem. Kształtny, owalny obłok, który w żółto-pomarańczowym świetle wschodzącego słońca, na tle różowo-fioletowego nieba, łudząco przypominał spodek. Ale to już nie była halucynacja, lecz świadome wyobrażenie rozbawionego umysłu:-) I puenta: Spotkanie III. Stopnia? Czemu nie, przecież Przejście jest dla wszystkich!!!

 

GOSIA (nr 363) i REMEK (nr 282) – wspólnie spędziliśmy czas do godz. 20:00, to jest do… Wielkiego Losowania!!! Remka znałem z ubiegłorocznych zmagań. Twarz Przejścia:-) Gosię poznałem w niedzielę. Chinka:-) To są właśnie te Spotkania!!!

 

ŁUKASZ (nr 76) – doszedł na metę, chociaż tego nie zauważyłem. Szkoda:-( Ale jest On dowodem na to, że Przejście trwa cały rok!!! O tym, że się znamy dowiedziałem się w październiku od Eli, na której weselu bawiliśmy się kilka lat temu:-) Jeszcze raz potwierdziła się hipoteza, że świat jest mały:-)

 

To tylko najistotniejsze fragmenty Spotkania AD 2011! Kolejne w przyszłym roku. Do zobaczenia we wrześniu w Szklarskiej:-)))

 

Wojtek „TUCEK” Turlej (nr 313)