XIII Przejście – relacja Wojciech Wojtysiak nr startowy 491

Pomyślałem tak: w ubiegłym roku nie napisałem relacji z XII Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej bo: zaraz po nie przyszło mi to do głowy, potem jakoś tak wszystko mi się „uleżało” i bez emocji nie potrafiłem oddać tego, co najważniejsze. Dlatego teraz, dzień po, chciałbym opisać, co przeżyłem.

Na starcie – z Kwiatkiem i Jarkiem – Morsem – plany: poprzednio 45 godzin, teraz na pewno będzie lepiej, trasę znamy z rekonów b.dobrze, swoje możliwości już lepiej potrafimy ocenić i poszczególne etapy, podejścia, zejścia, przebiegi są już dużo lepiej opracowane. Tylko godzina rozpoczęcia trochę nie pasuje – nie będzie „świetlistego węża” w Karkonoszach (dla niezorientowanych: w nocy uczestnicy Przejścia rozciągnięci po Głównym Sudeckim tworzą czołówkami taki świetlisty szlak – Przepiękne!!!), inne pory pokonywania poszczególnych etapów, inne godziny meldowania się na kolejnych PK (punktach kontrolnych), inaczej trzeba rozłożyć kwestię posiłków, drzemek regeneracyjnych (zależy od techniki, śpi się po 15 – 20 minut kilka razy – 3-4, lub jeden, max dwa razy dłużej).

Ale są i plusy startu o godzinie 12: przede wszystkim, można poznawać ludzi, współuczestników jeszcze za dnia, nie zmordowanych drogą, skorych do rozmów, żartów.

11.59 – minuta ciszy, taka prawdziwa trwająca 60 sekund, dla Chłopaków:  Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, młodych ludzi pamięci których rokrocznie od 12 lat odbywa się ta impreza (większość z uczestników ich nie znała, ale byli to Ludzie Gór, jak większość z nas i to wystarczy żeby dla ich pamięci iść). Napisałem „dla Chłopaków”, ale wiecie co, tak naprawdę to i „od Chłopaków”: ja stojąc na starcie, czuję jakąś taką aurę, taką moc spływającą z góry, z Gór.

12.00 – start. Wspaniała chwila, natłok myśli: jest duszno, gorąco – czy damy radę?, jak będzie?, prognozy na jutro złe, ma padać, ma się ochłodzić, warunki się mają zmienić, czy starczy „prądu”?. Ale co tam, na razie jest moc, jest adrenalina, idziemy. Pierwsze podejście pod Halę Szrenicką przez Kamieńczyk lekko rozciąga stawkę – normalne, są biegacze, jedni chodzą po Górkach więcej inni mniej, jedni idą na wynik inni aby przejść, wszyscy jakby w swoim stylu, w swoich intencjach. Na razie jest dobrze, pierwsze rozmowy, żarty, kilka znajomych twarzy z poprzedniej edycji. Dochodzimy do wypłaszczenia na grzbiecie Karkonoszy i teraz widać, że tego węża brak.

Główny Sudecki na tym odcinku piękny przy dobrej pogodzie, ogólnie po wielu wycieczkach nudny. Idziemy. Nie będę opisywał jak piękne są nasze Górki – wszyscy wiedzą. Na podejściach okazuje się, że tego „prądu” mi jednak brak, moi kumple są mocniejsi (qźwa, nie wiem od czego to zależy:  nie jestem sportowcem, nawet jakimś wytrawnym wędrownikiem też nie jestem, ale raz jadę w Górki i wszystko gra, na prostych mam fajne tempo, na zejściach zbiegać mogę, na podejściach trzymam się grupy, a drugi raz na wyprawie wszystko jest ok., oprócz podejść – niechby jakaś górka to i nogi nie chcą iść to rytmu oddechu złapać nie mogę). Nie ma sensu coby czekali: idźcie, mówię, na postojach to ja najwyżej krócej będę odpoczywał. I teraz już sam (no nie do końca, są jeszcze inni uczestnicy imprezy, ale bez kumpli) walczę na trasie. Fajnie jest, gadam ze wszystkimi, mijam turystów na trasie i zastanawiam się: czy po takiej liczbie spotkanych przez nich ludzi, będzie im się chciało odpowiedzieć zwyczajowo – cześć! Dzieńdobry! Ale co tam: Cześć! Mówię – Cześć! –słyszę i uśmiechają się do mnie – to Góry są właśnie ☺ A w Górach – wiadomo – wszystko jest inne, lepsze – nawet ludzie.

Ze znajomymi ze Złotoryi (Sławek, Jurek, Anna, Grzesiu, Bartek, Małgosia – Aktywna Złotoryja) schodzimy z Szyszaka, widzimy budującą się Petrowkę (mam jej zdjęcie własnoręcznie zrobione przed pożarem), jeszcze kawałek i PK1, nawet zapomniałem, że tam właśnie meldujemy się pierwszy raz. Pierwsze ostrzejsze podejście – krótkie, ale i tak brakuje prądu. Ale idę, zaraz będzie Dom Śląski i Śnieżka więc dobrze tempo podkręcić na płaskim, bo czas biegnie a Okraj, tzn. PK na Okraju zamykają o 22. Pod Śnieżką Jaro i Kwiatek czekają, ale mam chytry plan: idźcie- mówię – chłopaki dalej, dojdziecie do Okraju to zamówcie kiełbasę, ja dojdę za 20-30 min. Idą. Po kilku chwilach odpoczynku ruszam i ja. Na schodach na Śnieżkę staję ze trzy razy, ale i tak jakoś poszło, ściemniło się i bez chwili nawet na szczycie ruszam dalej, wiedząc co mnie czeka za chwilę: te CHOLERNE schody do Jelenki – co za osioł wymyślił położyć kamulce wzdłuż szlaku – z nich się „jedzie” jak są suche, a co dopiero jak popada, masakra! Już nie raz nimi szedłem, więc trochę bokiem, trochę środkiem i jest Jelenka. Mała pauza, trochę ludków siedzi ze mną, kilkoro idzie. Okazuje się podczas rozmowy, że w większości są to wędrowcy uczestniczący pierwszy raz w Przejściu. Mówię: nie pomylcie drogi,  w tym roku nie idziemy przez Skalny Stół, na Sowiej przełęczy prosto przez czechy, a potem nie skręcajcie w prawo drogą do wioski tylko do końca pilnujcie czerwonego szlaku, aż do schroniska. Ruszam i ja. Czas dobry, kiełbasa pewnie już będzie czekać na Okraju. Na Sowiej okazuje się, że ludkowie, którzy przed chwilą mnie mijali mają wątpliwości i czekali na kogoś. Pokazałem, powiedziałem raz jeszcze którędy iść i „dzida” na posiłek. Podkręciłem tempo, na prostych i na zejściach jestem mocny. Nie to, że chciałem być szybszy, ale byłem głodny ;-). Okraj, schronisko pełne. Kwiatek mówi, że czekają już 30min na zamówienie – ale w końcu przynoszą: parująca kiełbasiura!!! Ale zastrzyk kalorii! Można iść dalej. Teraz razem ze Złotoryją. Idziemy. Jest fajnie, już noc ale ciepło. Droga szybko mija, gadamy. Złotoryja lekko zostaje z tyłu. W planie mamy postój z drzemką w Czarnowie – ciekawe, ilu ludzi wpadnie na podobny pomysł co my i kimać będzie we wiacie w tej wiosce (mówię) – Kwiatek odpowiada, że niewielu wie o tej wiacie, chłopaki mnie wyprzedzają lekko. Dochodzę do miejsca gdzie właściwy szlak skręca na Małą Ostrą w lewo, do wiaty trzeba zejść w prawo jakieś 200m. Na zakręcie, na ziemi i na ściętych drzewach poukładanych w stosy śpią ludkowie owinięci w folię NRC. Idę w dół do wiaty – Kwiatek z Jarem już leżą, nikogo więcej nie ma – jestem w szoku: ludziska po Górach nie chodzą czy co?! mówię, o takiej ekstra miejscówce nie wiedzą?! Dobrze jest, biorę się za nogi zanim się położę – „cudokrem”, świeże skarpety. Dwa polary na grzbiet wystarczą. Pod głowę plecak i ny, ny. Budziki nastawione na 1 godzinę i 20 min. Chyba spałem bo coś mi się śniło. Telepało mnie jednak trochę więc się ochłodziło. Ruszamy. Dłuższą chwilę razem ale na Małej Ostrej znowu zostaję z tyłu. Jest mnóstwo ludzi idących ze mną. W ubiegłym roku jakoś częściej szliśmy z Kwiatkiem sami, teraz co chwilę albo ktoś nas wyprzedza, albo my kogoś – ciekawiej i przyjemniej jest, pogadać można. Ja gadam ☺ Poznaję dziewczynę z Sosnówki, też ekipa ją wyprzedziła. Idziemy chwilę razem. Na krótkim postoju dla uzupełnienia płynów postanawiam spróbować żelu energetycznego  zobaczę co to daje. Słodkie to to… Idę dalej. Efektów widocznych odczuwalnych po energetyku żadnych. Jest i Wołek, kolejny PK i szok! NIE MA WODY!!! Wiedząc, że na punkcie będę mógł się napić, wody nie oszczędzałem. To nie fajne zagranie ze strony orgów – skoro na wszystkich PK miała być woda to być powinna. Wkurzony idę dalej sam, i nie wiem co we mnie wstąpiło – żel czy nerwy, czy i to i to – doginam jak parowóz! Na podejściach nogi same idą, oddech sam się reguluje. Normalnie Mega wydolność! Mijam z prędkością światła kupę luda po drodze. Zostaję zupełnie sam, nigdzie nie widzę czołówek ani z tyłu ani z przodu. Po dłuższej chwili widzę z przodu dwa światełka, pytanie: Wojtek, którędy teraz, słyszę głos Kwiatka – jak on mnie poznał? pierwsze zdziwienie, Kwiatek pyta – KTÓRĘDY TERAZ? Mój osobisty GPS – ik pyta- którędy teraz?! Widzę, że coś jest nie tak. W prawo niebieskim, do czarnego a potem Bolczów i Janowice – odpowiadam. Idziemy i gadamy. Piotrek Kwiatek mówi o braku wody na PK, że bardzo to osłabia morale uczestników, takie niedociągnięcie niby. OOO, myślę sobie, nie jest dobrze. Na noclegu pewnie nie spał i zmęczenie daje znać o sobie. Morale u Kwiatka spada?! Szok! Ale dobra, zaraz Janowice i pasza. Piotruś to straszny łasuch i łakomczuch (choć wcale po nim tego nie widać), to morale zostaną podniesione. W Janowicach sklep Pana Mirka zgodnie z obietnicą otwarty – można uzupełnić zapasy wody i nie tylko. Jeden browarek na pewno nie zaszkodzi a nawodnienie to podstawa ☺ Kilkaset metrów w dół od trasy punkt żywieniowy – miłe zdziwienie: nie sam makaron ale do wyboru jeszcze wyborny żurek (mój wybór) i pomidorówka. Morale rośnie. Jeszcze tylko fotka i dalej – za chwilkę jedno z trudniejszych podejść: Różanka. Nie żeby b.ostre podejście, nie żeby specjalnie długie, ale na takim zmęczeniu nieprzyjemne. Byliśmy już w tym roku na rekonie i podchodziliśmy tę górkę „na raz”. Teraz też się udało. Technikę podejść powoli opanowujemy. Przed Radomierzem kolej PK. Miłe spotkanie – moi znajomi na obsłudze punktu Remek i Kalinka, kilka serdecznych słów – Powodzenia! słyszę, i teraz na najmniej przyjemny odcinek zafundowany nam przez orgów – asfalt, asfalt i jeszcze raz asfalt z Radomierza prawie do Komarna. Na początku idziemy grupą – na punkcie dołączyła Złotoryja więc gadamy wymieniamy uwagi jest ok. Ale ten pierdzielony asfalt idzie cały czas w górę. Na ostatnim odcinku zostaję – jednej fazy prądu znów zabrakło. Po krótkim odpoczynku staram się dojść moich ale to już nie takie proste. Żelu nie jem – zostawię na potem, wziąłem trzy sztuki, jedna poszła a przed nami jeszcze trudne podejścia. Spotykam znów mnóstwo ludzi. Fajnie się gada. Przez dłuższy czas do kolejnego PK idę z „ziomkami” z Legnicy. Potem przyspieszam, siły wróciły. Na Kapeli dowiaduję się, że Jaro skręcił kostkę- Qźwa, tylko nie to! Gościu silny jak tur, pełen werwy i chęci dojścia do mety – prawie płakał jak z nim gadałem. Wielka szkoda! Za rok Jarku dojdziesz! Jestem pewien! Ale trzeba iść. Złotoryja zostaje trochę z tyłu, idą wolniej od nas. Z Kwiatkiem już tylko we dwóch. Przed nami nowo wytyczony szlak przez Okole i usytuowany przed tym szczytem kolejny PK. Idziemy ostro, chcemy dojść jak najszybciej na Szybowcową i jeszcze przetrącić coś przed nocą. Na PK nie zatrzymujemy się wcale. Kwiatek – choć wyraźnie zmęczony i trochę podłamany (wycofem Jarka to raz, brakiem snu to dwa), narzuca dość ostre tempo ale nie jest pod górkę więc spoko nadążam a nawet czasem ja dodaję trochę od siebie do rytmu. Hieny na Chroślicy trochę pokrzyczały ale nie bardzo – jakoś mniej ich było w tym roku tylko trzy, rok temu z 5 sztuk latało. Za Chroślicą dość długie podejście do baniaków. Na tym podejściu Kwiatek odchodzi. Jest silniejszy na podejściach i pomyślałem sobie głodny już, więc na Szybowcowej chce być szybciej żeby na zamówienie nie czekać tyle. Dochodzi do mnie Złotoryja. Idą osobno, ale w niedużych odstępach. Dość ostre tempo powoduje, że już nie wiemy gdzie kto jest. Idę z Anią. Po przejściu asfaltu, przed samym podejściem na Szybowcową postanawiamy chwilkę odpocząć i poczekać na pozostałych z Aktywnej Złotoryi. Dochodzi do nas Gosia i informuje nas, że reszta już jest na górze, na kolejnym PK. Jak to się stało, że nie zauważyliśmy kiedy nas wyprzedzili? Ale co tam, idziemy – mówię i prowadzę, bo jak ktoś nie był na tym odcinku jeszcze to może trochę pobłądzić. Po 15 minutach jesteśmy na pasie startowym , po kolejnych 5 już meldujemy się na punkcie. Złotoryja zapewniła sobie logistykę tzn. samochód ze Złotoryi przywiózł zaopatrzenie. Na mnie czeka Kwiatek z już zamówionym żurkiem (wszystko inne wyszło). Zupa daje fajnego kopa, tym bardziej, że zaczęło padać. Tak sukcesywnie: najpierw taki lekki deszcz, nieśmiały – rzekł bym, potem mocniej i wiedziałem już co nas czeka dalej.

Okazuje się, że część ekipy złotoryjskiej z różnych względów się wycofała. Dalej już razem będziemy pokonywać kilometry razem z Jurkiem (zaliczył już wycof w zeszłym roku i myślę, że tym razem na czworaka ale dojdzie) i Anią – świerzynką na tak długim szlaku. Do Jeżowa dochodzimy już w ostrym deszczu, ale jest ciepło i rezygnuję z kurtki, zostaję w pelerynie i koszulce termo – jest ok – na postojach trochę się marznie ale w trasie i szczególnie na podejściach jest ok. Idziemy obok Gapy, ale dla nas ta trasa nawet w nocy o północy i w całkowitych ciemnościach jest znana – byliśmy tu już kilka razy na rekonach i zapamiętaliśmy ją b.dokładnie. po pół godzinie dochodzimy do Perły. Po drodze Ania miała bliskie spotkanie z głęboką kałużą – całe szczęście, że tylko jeden półdupek mokry i ręka ale do ramienia – bardzo energetyczna dziewczyna za ostro chciała wejść w zakręt z błotkiem na brzegu kałuży ☺ W Perle weselisko i brak możliwości skorzystania z toalety – Anna musi zapitalać mokra do Lotosu – całe szczęście, że to nie daleko. Od Perły idzie z nami jeszcze parę osób, które trochę słabo znają trasę. Nawigujemy z Kwiatkiem bezbłędnie i po 20 minutach jesteśmy na Lotosie. Ludków dużo – fajna atmosfera mimo deszczu. Spotykamy Grzesia – z ekipy Złotoryjskiej – wyrwał do przodu i był pierwszy na stacji. Ci co się mieli wycofać już się wycofali. Reszta to twardziele ☺ Tylko jakaś kontuzja mogłaby któregoś z tych co zostali zmusić do wycofu – potem okazało się, że myliłem się bo spotkaliśmy „miśków”, dla których ten malutki deszczyk i na 30km przed metą stał się powodem do szukania cieplutkiego lokum z łóżeczkiem i ciepłą wodą. Podczas pauzy na stacji benzynowej trochę osób ze mną pogadało i nasza ekipa się znów powiększyła. Mój osobisty GPS-ik – Kwiatek tak fajnie opracował w ub. Roku trasę do Goduszyna i potem obok Komorzycy i dalej do Wojcieszyc, że w zasadzie z zamkniętymi oczami mogliśmy prowadzić dalej grupę. I tak też się stało. Chociaż obok Komorzycy, a w zasadzie za nią okazało się, że trochę drzew jeszcze wycięto i nie byliśmy pewni – to od czego są nawigacje w komórkach? Mała poprawka i wychodzimy na niebieski szlak w Wojcieszycach. Tutaj część ludków, którzy się do nas przyłączyli, odłącza się od na s i idą własnym tempem (pewnie Kwiatek jak zwykle przesadził i nie chcą zapierdzielać jak pershing na wysokości lamperii). Idziemy z Jurkiem, Anią, Kwiatkiem, Grzesiem i paroma osobami, które przyłączyły się do nas na Lotosie. Niebieski szybko umyka. Po drodze widzimy daleko od szlaku światełka – jest tam takim moment, gdzie nie ma strzałki informującej, że szlak skręca w lewo i jak ktoś nie wie zapierdziela dalej prosto. My z Piotrem już raz się pomyliliśmy ☺ więcej tego nie zrobimy – miejsce gdzie szlak skręca jest dość charakterystyczne, tylko trzeba wiedzieć. Drzemy się na całe gardło: WRACAJCIE!!! ZA DALEKO POSZLIŚCIE!!! – usłyszeli, wracają. Widzimy potem, że idą tuż za nami. Dochodzimy razem do kolejnego PK.   

Zimno. Ale qrcze, co się dziwić – Zimna Przełęcz przed nami. Chwilka na złapanie oddechu na przystanku i dalej. Przed nami naprawdę ostatnie trudne dwa podejścia – Bobrowe Skały i potem już tylko Wysoki Kamień i z górki. Na Bobrowe wchodzimy na raz – zmęczenie coraz bardziej daje znać o sobie ale zatrzymywać się na dłużej nie ma sensu bo tylko zmarzniemy. Potem długi prosty odcinek i prawdziwa „orka” na takim zmęczeniu dłuuugie podejście na Wysoki Kamień. Sięgam po żel. Idę i idę a tu spodziewanego efektu nie widać. Mówię do Kwiatka i Ani, że nie dam rady, znowu prąd odcieli – nie dojdę… Ale noga za nogą naprawdę ślimaczym tempem – wiem, że idąc nawet tak wolno dojdę na metę w limicie – ale już wszystko boli (butów nie zdejmuję, przed deszczem je zaopatrzyłem – cudokrem, dwie pary suchych, grubych skarpet – boję się, że jak zdejmę to nie założę i jeszcze pozdzieram odciski). I nagle, ni z tąd ni z owąd przychodzi zasilanie!!! ☺ Jest prąd! Zaczynam wszystkich wyprzedzać. Fajnie mi się idzie. O bólu zapomniałem, jest mi ciepło – niech ten stan trwa i trwa. Nie zatrzymuję się wcale. Szlak umyka. Nagle staje się szerszy – żółty łączy się z czerwonym – O Matko! Doszedłem! Nawet nie wiem kiedy jestem na PK Wysoki Kamień! To już tylko 12 – 15 km! Ukończę! Zameldowałem się i siedzę, dobre 5-10 min siedzę. Dochodzą moi – Ania, Jurek, Grzesiu, Kwiatka nie ma  – co jest? Wyprzedził nas i nie poczekał?! Marznę trochę. Czekamy razem. Wołam czasem: Piotr! Kwiatek! Po chwili jest odpowiedź: czego się drzesz, przecież idę! Qrcze taki kawał wyprzedzić mój osobisty GPS-ik to dopiero!!! Ale Piotr jest bez snu, to już ponad 30 godzin i jeszcze ciśnienie i jeszcze deszcz… Ale spoko, jesteśmy razem. Ruszamy dalej. Na drogowskazach pisze, że 15 do zwaliska więc do kopalni nie daleko, a potem już tylko Jakuszycka, a potem tylko Przedział i meta – pikuś. Potem się okazało co to za pikuś… Te 15min do kopalni to jakieś nieporozumienie – muszę to sprawdzić na świeżo, bo mnie się wydaje, że szliśmy jakieś 35. Ale dobra, w końcu jesteśmy na placu. Deszcz już przeszedł w następną fazę – pada zewsząd: z góry, ż dołu, z boku, pada też od środka- ogólnie rzecz biorąc wszędzie woda. Pod stopami płynące potoki zimnej wody, które wcześniej koiły moje stopy, teraz powodują, że coraz bardziej marznę.

Dochodzimy do wiaty. Jestem na skraju, prawie hipotermia mnie łapie. Mam w plecaku jeszcze suche rzeczy, ale peleryna jest do de… Spodni nie zdejmę, bo wtedy buty musiałbym zdjąć – a tego chciałbym uniknąć. Nie wiem w jakim stanie są odciski, czy nie pozdzieram naskórka i wtedy to już na pewno nigdzie nie dojdę. Siadam chwilę. Wycofuję się – decyzja podjęta – mówię o tym głośno. Jurek ze złotoryjskiej ekipy załatwia transport z Polany Jakuszyckiej. Ale trzeba się zagrzać – tylko jak? Patrzę wokoło – folie NRC w powszechnym użyciu. Zdejmuję mokrą koszulkę, wyjmuję ciepły, suchy polar, spuszczam mokre spodnie do kolan, owijam się szczelnie folią, robi mi się ciepło, na siedząco opieram głowę o stół i odpływam. Śpię nie wiem ile – jakieś 20-30min. Kwiatek mówi: atakujemy, ostatni odcinek do PK i potem już ok. 7-9 km do mety. Ale ja przecież rezygnuję! Wracam z Jurkiem do domu! Ale dobra, do Jakuszyckiej i tak trzeba dojść. Ubieram się, na suchym polarze opatulam się w folię, na to peleryna i idziemy. Robi mi się przyjemnie, ciepło. Sen też swoje zrobił – regeneracja, metamorfoza – tylko nogi straszecznie bolą. Po 30 min podchodzę do Ani i Kwiatka: Jak nie będziecie się zatrzymywać dłużej niż na 2-3 minutki to dojdę, nie mogę zmarznąć bo wtedy dupa. Oboje zgodnie oświadczają: idziemy, bez zatrzymywania, pijemy po drodze, byle do mety. Jurka przy tym nie było, został z tyłu. Dochodzimy do ostatniego PK 12. Zapisujemy się. Mówię do ekipy obsługującej punkt: jak przyjdzie Jurek, który będzie się chciał wycofać, to powiedzcie mu, że Wojtek poszedł dalej do mety, idzie do końca. Ok. – odpowiadają – przekażemy. Czekamy jeszcze 10min, Jurka nie ma więc ruszamy. Ostatnie kilometry, ostatnie 2-3 godziny marszu – dojdziemy w limicie bo jest dopiero 7 – mamy 5 godzin! Jak organizm wytrzyma to czołganiem przez pełzanie dojdziemy!

Ruszyliśmy z wieloma uczestnikami, którzy jakoś tak hurtem zebrali się na ostatnim PK. W zasadzie ostatnie podejście na Przedział. Powoli, rytmu coby nie stracić wchodzimy. Wyprzedzam Kwiatka i Anię. Za chwilę oglądam się za siebie i… qrcze Jurek!!! Dogina jak nakręcony! Stację paliw mi zamknęliście – mówi coś czego nie za bardzo rozumiem, ale ok., najważniejsze, że jest (w ub. roku wycofał się na Kapeli, teraz ciśnie do mety – to najważniejsze!) Idę za nim ale zostaję z tyłu. Idziemy po podestach nad torfowiskiem, ślisko bardzo, niektóre deski wyłamane, niektóre gną się i trzeszczą – byle nie wpaść w bagno, bo tam może być głęboko (kumpel opowiadał, że na którymś z wcześniejszych Przejść zakończył przygodę właśnie na Przedziale, bo wpadł po uszy w torfowisko). Za Owczymi widzę z daleka Jurka jak skręca w prawo zielonym za innymi ludkami. Idę szybko, chcę dojść do nich bo robi mi się zimno. To był duży błąd. Nie pilnuję trasy. Idę tym zielonym jakieś 30 min. W pewnym momencie widzę grupę ludzi, jest tam też Jurek. Jeden z gości ma w ręku GPS-a Germina i oświadcza, że na Kamieńczyk trzeba w przeciwną stronę. Coś pieprzy – myślę. Na to wszystko nadchodzą Kwiatek z Anią. Piotrek mówi – popierdzieliliście drogę, trzeba wrócić. To po coś szedł za nami? – myślę. Ale głośno mówię: Piotruś, Kamieńczyk jest po prawej stronie przed nami. Telefon mi padł już dużo wcześniej więc nie mogłem skorygować naszego położenia.

Kwiatek odwraca się i idzie w przeciwna stronę. Myślę sobie: coś ten mój prywatny GPS-ik wyczaił i chiba ma rację. Patrzę na ludków wokoło i tylko gościu z GPs-em Germin wciąż powtarza: nie znam się na tym sprzęcie ale musimy wracać. Mówię do Ani i Jerzego idę za Piotrem, idziecie? Nie usłyszałem odpowiedzi. Więc idę sam. Za chwilę widzę, że idzie za mną dziewczynka w czerwonej pelerynie. Idziemy chwilkę i pytam jaki ma telefon – pomyślałem, że może ma Samsunga i przełożymy baterie i wtedy na mojej mapie – nie będę reklamował, ale jest świetna! – zobaczę gdzie iść. Coś tam dziewczynka zamruczała i zaczęła włączać komórkę. Jej komóra też była padnięta, ale zaskoczyła – tyle, że nie miała żadnej pomocnej aplikacji. Idę dalej. Dziewczynka za mną (sorki, ale w tych nerwach nawet nie zapytałem o imię, ale młoda i b.ładna była 😉 Idziemy chwilę i dziewczynka zaskoczyła mnie niesamowicie- wyciągnęła mapę Przejścia, w którą zaopatrzyli nas orgi na starcie. Na tej mapie wyraźnie jest zaznaczone, że po minięciu Owczych skał zaraz trzeba skręcić w lewo w tor saneczkowy. Ty stary durniu! – pomyślałem – dałeś się zwieźć technice a zapomniałeś, że wymyślono na tym świecie tak prostą rzecz jak mapa! Idziemy kawałek szukając (wracaliśmy wtedy) skrętu w prawo w jakąś wyraźną drogę. Po chwili widzę Kwiatka idącego w naszą stronę. Mówi: tor saneczkowy jest parę metrów za mną, poszło nim już parę ekip, które mnie mijały. Pomyślałem, trzeba wrócić po Ankę i Jurka, tylko jak i ile czasu nam to zajmie. Ból w stopach, zimno – qrde, jak wrócę po nich to nie dojdziemy do mety, w każdym razie ja nie dojdę. Zostali z kilkoma uczestnikami, nie sami, z tego co widziałem, to zaczęli wracać w naszym kierunku – qrde, dojdą do tego miejsca i wtedy do mety już tylko kawałek. Spojrzeliśmy po sobie z Piotrem i podjęliśmy decyzję: idziemy do mety, kończymy Przejście. Teraz sobie myślę – samolubna decyzja, która dzięki operatywności Anki okazała się potem słuszna. Idziemy, wręcz zapierdzielamy, ja nie wiem, która godzina – zdaję się na Kwiatka. Na Przedziale strumienie w poprzek i wzdłuż ale w du..ie idziemy środkiem. Woda już nie chłodzi poranionych nóg. Każdy krok sprawia ból. Spodnie mi lekko opadły i natarłem uda – boli jakby mnie kto przypalał gorącym żelazem! Ale idziemy. Kilka zakrętów, parę strumieni i widzę asfalt. Jesteśmy na drodze przed parkingiem na Kamieńczyku. Teraz te cholerne kamulce z Kamieńczyka do Szklarskiej. Nogi bolą przy każdym kroku, ale to już tylko 20-30 min. Zapychamy do mety. Jesteśmy przy zabudowaniach pod wyciągiem. Qrde, nie ma mety, zwinęli dmuchaną metę! Ale doszliśmy! Czas nie jest ważny, mam w dupie czy jesteśmy szybciej niż rok temu. Doszedłem. Na mecie czekają znajomi ze Złotoryi. Mówię, że Ania została z Jerzym z tyłu. Pytają czy sami, nie, odpowiadam z grupą 6-7 ludzi, pewnie są zaraz za nami. Nie czekamy na nich. Idziemy się zameldować na pięterku, że zakończyliśmy.

Potem nie pamiętam. Ze zmęczenia, z bólu. Jak ocknąłem się i zacząłem jażyć co się wkoło dzieje, okazało się, że Anna z Jerzym doszli 40min za nami. Ukończyli w limicie – szczęśliwi i wielcy! Wzajemne gratulacje i słowa uznania, słowa podziękowania. Było warto.

I tak sobie to wszystko układam w głowie i tylko utwierdzam się w postanowieniu: biorę udział w Przejściu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej co roku, dopóki zdrowie mi pozwoli.

Na koniec przytoczę jedną myśl, która przyszła mi do głowy podczas jakiegoś podejścia w trakcie tegorocznej imprezy:

Przyszło mi do głowy, że Przejście Dookoła… to takie ludzkie życie w pigułce. Można je przebiec, byle szybciej, i guzik zobaczyć, przeżyć – oczywiście niektórzy powiedzą, że biegną żeby jak najszybciej ukończyć i dalej biec w następnej tego typu imprezie. Można kontestować drogę, poznać współwędrowców, napawać się pięknem Gór. Każdy wybiera swój styl, swój sposób pokonywania drogi. Ja wybrałem tą wolniejszą formę. Ok., prądu, pary, sił, kondycji nie mam tyle co wielu uczestników Przejścia, ale wdzięczny jestem opatrzności i za to. Do zobaczenia za rok i za dwa i za… ☺