Ultrakotlina – 150 km w górach

Ultrakotlina – 150 km w górach

 
Śnieżka w słońcu

Cześć.
Zacytuję na wstępie Panią Marię Czubaszek w rozmowie z Arturem Andrusem:
Życie jest za piękne, aby żyć normalnie”.

A że normalnym nigdy nie byłem toteż jakiś czas temu podjąłem decyzję, podjąłem wyzwanie dałem się namówić Bartkowi Podkańskiemu aby wystartować i zmierzyć się z dystansem ultra, naprawdę ultra czyli 138 km pokonując całą kotlinę jeleniogórską w jak najkrótszym czasie.

biuro zawodów

Sama idea przejścia i biegania po kotlinie zrodziła się aby uczcić pamięć dwóch młodych ratowników górskich karkonoskiej grupy GOPR którzy odeszli na zawsze w górach. Lawina zabrała ich w okolicach Małego Stawu. Ku czci Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza co roku jesienią we wrześniu odbywa się przejście całej kotliny, a od tego roku w październiku miał miejsc bieg ultramaratoński, nazwany najdłuższym w Sudetach Zachodnich. Dodam że ultrakotlina ma w swym regulaminie zapis, i to bardzo istotne dla przebiegu zawodów elementy biegu na orientację.
Skoro słowo się rzekło cza było przygotować się do zawodów nie tylko fizycznie a i psychicznie. Jako że był to dla mnie debiut na tak długim dystansie zająłem się czytaniem, rozmowami z tymi którzy takie rzeczy już robili, wszelakie fora i komentarze były wchłaniane przeze mnie jak gąbka wsiąka wodę. Miesiąc wcześniej jeden z naszych kolegów Misiem zwany pokonał przejście na pełnym dystansie i udowodnił że da się. Nieocenione były jego porady jak i sugestie Daniela Chojnackiego który wygrał jedną z edycji biegu, wskazówki samego organizatora czyli Bartka Podkańskiego.

sobotnie przedpołudnie na Śnieżce

Podsumowując na czoło wysuwała się tu opinia że najważniejsza będzie chłodna głowa. Poza odpowiednim przygotowaniem fizycznym absolutnie dobrze myśląca głowa stanowiła klucz do sukcesu jakim było pokonanie tej trasy w limicie. Moje przygotowanie już docelowe stanowił start w Forest Run 53 km, rollecoaster na Wzgórzach Piastowskich na dystansie 21 km, oczywiście to co zrobiłem w poprzednich miesiącach, jedno długie wybieganie tydzień przed startem i duża porcja regeneracji i odpoczynku, dużo snu, zero stresu.

finisher

I wszystkie te elementy udało się poukładać. Start zaplanowano na 15 października na godz.8 z polany Jakuszyckiej. Wcześniej jeszcze należało zadbać o sprawy odżywek i kwestię logistycznego wsparcia na bufetach. Odżywki oczywiście od Tomka Kałużnego czyli niezawodne i sprawdzone żele i batony ENERVIT. Sporo tego wyszło. Patrząc na reklamówkę pełną wspomagaczy nie wierzyłem że jestem w stanie to pochłonąć. Jak się okazało na mecie niewiele z nich zostało. Poza odżywkami na bufetach posilałem się rodzynkami i pomarańczami a tam gdzie było na “bogato” serwowano zupę pomidorową z makaronem i naleśniki. Poza tym kawa i herbata, ciastka. Sporo tego. Umówiłem się też z moja żoną na makaron na jednym z bufetów. Strasznie się ucieszyłem na widok jej i córki mej na bufecie na przełęczy Okraj. Tam z makaronu nie korzystałem. Chwila rozmowy i dalej przed siebie.
Właśnie, podam Wam jak mniej więcej wyglądała trasa.

dawka energetyków

Start Polana Jakuszycka, później zielonym szlakiem w kierunku na Halę Szrenicką, Trzy Świnki, Śnieżne Kotły, Odrodzenie, Słoneczniki, Dom Śląski, Śnieżka, Przełęcz Okraj wcześniej już wspomniana i żółtym szlakiem kierunek na Rudawy Janowickie. Skalnik, Janowice Wielkie i tu przepak i kierunek na Kapelę, Okole, Szybowcowa Góra, Perła Zachodu, Goduszyn, Wojcieszyce, Górzyniec, Zakręt Śmierci, Wielki Kamień, Kopalnia Stanisław, Rozdroże pod Cichą Równią, i meta na Polanie Jakuszyckiej po zbiegu z Górnego Duktu.

www.przejsciekotliny.org

Sporo tego. Na trasie w 25 miejscach umieszczono lampiony z perforatorami który każdy z uczestników musiał zaliczyć i odbić się pod właściwym numerem. Brak odbicia wiązał się z karą czasową. 2 godziny.

lampiony, ten z przełęczy Komarnickiej

 

j.w.

Bufety umieszczono na odcinkach około 20 km. Pierwszy na Odrodzeniu. Ostatni był w Górzyńcu. Ostanie pyszne naleśniki zjadłem w Goduszynie. Znakomitą zupę pomidorową także tam pochłonąłem. Ogólnie według wskazówek i zaleceń na bufetach, poza przepakiem zatrzymywałem się na nie dłużej niż 5-7 minut. Poza tym z żoną umówiłem się jeszcze na bufecie na Kapeli. Ale po drodze pomyliłem trasę i zmuszony byłem odwołać support.
Wracając do samego startu to już w piątek chciałem biec. Już mną nosiło. Starałem się nie analizować, nie podpalać, z chłodnym umysłem podejść do startu. W piątkowy wieczór razem z synem stawiliśmy się w Jakuszycach w biurze zawodów celem odbioru pakietu startowego, zweryfikowania posiadania obowiązkowego wyposażenia czyli folii NRC, czołówki, zapasowych baterii, telefonu, mapy, numeru startowego. Powrót do domu na odpoczynek i odliczanie minut do startu. Po drodze okazało się że zapomniałem skarpetek. Ładne jaja. Na wysokości zadania stanął Michał Michałków który udostępnił mi swe dwie pary. Zostałem uratowany. Numer Startowy 36. To ja.
Przyznam się Wam szczerze że i w piątek i w sobotę i nawet kilka dni wcześniej wiedziałem że będzie dobrze. Na sam wyścig miałem cztery założenia.
Pierwszy – zmieścić się w limicie 36 godzin. Drugi, spróbować złamać dobę. Trzeci, urwać cokolwiek z doby a marzeniem byłaby granica 20-22 godziny. Czwarty cel najbardziej ambitny, walka o podium. A co.

start

Żółtodziób. Walka. Metafizyka. Przygotowując się do samego startu próbowałem tłumaczyć sobie i przygotować się na to że będzie bolało i będzie cierpienie. To w trakcie wyścigu strasznie pomogło. Poza tym raz kolejny pokazałem sobie że wola walki jest ogromna. Bardzo mocno podniosłem sobie poprzeczkę adaptacji bólu. Na trasie spotkało mnie to czego nie chcemy czyli pomylenie trasy – dołożyłem sobie 12 km dodatkowej wyrypy oraz mega, naprawdę mega odparzenia stóp. Powstały one i to kolejna nauczka dla mnie ponieważ na przepaku zmieniłem wszystko łącznie ze skarpetkami ale założyłem bardzo mokre buty. A że wilgoci i deszczu, rowów z wodą i błota na drugiej części trasy nie brakowało, efekt był taki że ostatnie 30 km to była prawdziwa walka. Odparzenia i bąble na stopach były tak wielkie że każdy kamyczek uderzający w podeszwę powodował mega palenie w całej stopie i ból krótki acz przeszywający. Cierpiałem. Naprawdę. Mój towarzysz niedoli z którym pomyliłem trasę i z którym razem minęliśmy linię mety Grześ Tuchol może to potwierdzić. A propos Grzesia. To człowiek który w ostatnich trzech latach skończył 14-ście ultrasów na dystansie powyżej 100 km.

Tuchol

Dlatego napisałem o sobie żółtodziób. Zna realia biegów ultra i zaproponował wspólne uczestnictwo mej osobie w drodze do celu. Rady bezcenne jego. Rady które utwierdziły mnie w przekonaniu że to co wiem przyniesie zamierzony efekt. Powiem Wam teraz nieskromnie że gdyby nie pomyłka i odparzenia które bardzo mocno spowolniły nasze tempo na mecie złamałbym dobę a i 22 godziny były w zasięgu. Biegłem zresztą do przepaku jako 5 ultras. Skończyłem na 11 miejscu. I czuję że dokonałem czegoś wielkiego. Na trasie nie maiłem żadnych kryzysów, nic mnie nie bolało, wszystkie podejścia podbiegi pokonywałem w stałym bardzo dobrym tempie. Dziś jeszcze słyszę głos Grzesia. Zwolnij. Przyspieszaliśmy na zbiegach, truchtaliśmy na płaskich odcinkach. Wszystko pracowało jak dobrze naoliwiona maszyna. I nie chcę gdybać co by było gdyby. Stało się i nie ma co beczeć. 26 godzin i 43 minuty wspólnej wyrypy uważam za doskonały wynik. Dokonałem czegoś niebywałego.

z Tucholem na Perle Zachodu

Niewyobrażalnego. W poniedziałkowy poranek ze łzami w oczach ze stopami z których wydobywały się różne płyny, ogromnie zmęczony nadal nie mogłem uwierzyć że tego dokonałem. Nawet dziś kilka dni po, z nogami uniesionymi wysoko, lekko już zagojonymi, nadal w to nie wierzę. !50 km w górach w ciągu 26 godzin. Nazywam się abdulaltarrik, król Hurgandy i władca Berberii, syn szatana i motopompy. Król Abdul Wielki. Tak jestem wielki. Skromny też.

stopki bolące

Czy wystartuję w czymś podobnym jeszcze kiedyś. Zdecydowanie tak. W przypadku ultrakotliny poprawiłbym tylko oznaczenie w miejscach newralgicznych kiedy szlak przechodzi z jednego w drugi, pozostałe rzeczy albo akceptujemy lub nie. Polecam wszystkim penetrowanie własnego wnętrza i szukanie końca własnych możliwości. Może niekoniecznie na takiej trasie. Własne słabości próbujmy łamać.

Kapela

 

Popas na Kapeli

12, 5 tys. spalonych kalorii. Tyle nigdy w życiu nie spaliłem. Brzmi kosmicznie. Niewiarygodnie. Jestem głodny. Permanentnie.
Biegając w nocy spoglądając na kotlinę jeleniogórską, oświetloną, wypatrując szlaku, pławiąc się w rosie i mgle, odnajdujemy samego siebie, innego. Podobno na takich dystansach zdarzają się halucynacje. Ja tego nie dostąpiłem. Nie miałem zaszczytu rozmawiać z samym sobą. Rozmawiałem z Tucholem. Jak nie rozmawialiśmy to pewnie wyglądaliśmy jak zombie. Szalone chwile.
Trudno je opisać. Zdefiniować jednoznacznie także.

poniedziałkowy poranek

Pragnę podziękować wszystkim, tym życzliwym bardziej i mniej. Żonie, córce i synowi, bo byli ze mną nie tylko myślami. Magdzie Szprysze i Konradowi – nieoceniona Wasza pomoc, chapeaux. Tucholowi za wskazówki i mnóstwo wsparcia. Kolegom z ostatniego odcinak trasy za to że mogli przybiec przede mną a czekali cierpliwie i głośno dopingowali. Wszystkim, przepraszam że nie wymienię każdego. za duchowe wsparcie. Marta, Miś, Ninja, Fedur, Jaca Kozioł, Ricco Roko, Marud, Jaszczomp, Maciek, fenkju very maczing.

zwyciężczyni ultra 130 

 

Marta – wygrała ultra 70

Gratuluję Wszystkim wygranym. bo każdy który dotarł do mety jest wygranym. Wszyscy jesteśmy bohaterami.