2016

Tegoroczne Przejście zaczęło się dla mnie dość wcześnie, o 4.50 trzeba było wstać o 5.55 odjechałem autobusem do Jeleniej Góry, tam przesiadka na 7.55 i jazda na Porębę. Pod wyciągiem byłem po dziewiątej, odebrałem pakiet startowy i już z numerem 283 polazłem jeszcze po zaopatrzenie do sklepu. Potem został jeszcze czas na odpoczynek na ławeczkach przy stawie. Co do ubiegłego roku nastąpiła redukcja brutta plecaka – wyleciał z niego termos z kawą – i tak gdy była potrzebna to wystygła, 2 radia też nie znalazły tam miejsca – zabrałem tylko jedno. Na brutto składały się: 3 litry wody w pół litrowych butelkach, batony, 2 bagietki ze serem, power bank, radiostacja, latarka, apteczka, kompas – z przyzwyczajenia i kijki.

Przed marszem spotkałem kolegę Topola, Roberta i jego kumpli Dariusza Majchrowskiego i Wojtka Dragana.

No i o 12 poszło! Cała chmara naroda polazła w stronę Kamieńczyka – jako że nie lubię iść w systemie jeden za drugim to powoli ale sukcesywnie wyciągałem kolegów na przodek, na podejściu na Halę Szrenicką Robert został kilkaset metrów z tył, a ja z Darkiem i Wojtkiem goniliśmy plan.

Po 3 godzinach odmeldowaliśmy się na PK1, a i tam koledzy wymodzili postój w Odrodzeniu, po odsiedzeniu tam kilkunastu minut poleźliśmy dalej – a fu jedno z najbardziej przeze mnie nie lubiane podejście z przełęczy na Słonecznik, dalej to już Ameryka, od Słonecznika do Domu Śląskiego można było nadrobić podejście na Słonecznik.

Przy domu Śląskim ful ludzi, na szczęście odwiodłem kolegów od postoju tam – postój dopiero na Okraju!

No i podejście pod Śnieżkę, po drodze to chyba wszyscy mają fotki.

5h30 min i jesteśmy na szczycie, robimy sobie po zdjęciu.

Od Śnieżki wyraźnie już się przerzedza,  idą pojedyńczy uczestnicy albo małe grupki.

Dalej szybki przelot koło Jelenki i ku Sowiej Przełęczy ciągnie w dół, od Jelenki elegancka żwirowa droga, czego nie można powiedzieć o asfalcie zaczynającym się koło szałasu i lecącego aż na Okraj – ot Czeska choroba wszędzie asfalt. Na zejściu nawiązałem łączność z Robertem – schodził z ekipą ze Śnieżki.

Po 6 godzinach i 50 minutach osiągneliśmy PK2 i tym samym upuściliśmy niegościnne progi KPN-u

Na Okraju dłuższy postój, ustaliliśmy że poczekamy na Roberta z ekipą. W schronisku wiadomo – dobry towar mają, więc Lwówek Ratuszowy musiał być, a i kawę się trzasnęło. Ten postój to prawdziwa rozpusta – ponad 1,2h siedzenia, poznałem wtedy uczestników z Kowar (imiona niestety zapomniałem), i pogadaliśmy o różnych dziurach się tam znajdujących.

Woda uzupełniona.

Odsiedzieliśmy swoje, Roberta jak nie było tak nie ma, na radiu też nie odpowiadał, więc wyruszyliśmy dalej – jak się potem okazało odległość między nami stale rosła.

Już po ciemku oświetlając szlak czołówką kierowaliśmy się na dół, ścięcie dwóch serpentyn, asfalt a potem szutrowa droga koło Adolfa i już mamy Przełęcz Kowarską – nie było tam jak w roku ubiegłym leśników z zaopatrzeniem – niestety.

No i wkroczyliśmy w rudawy – to był jeden z “szybszych” odcinków, co chwila kogoś doganialiśmy i wyprzedzaliśmy. Wolniej szło z podejściem pod skalnik i potem z zejściem, ale od kamieniołomu do PK3 już gładko szło a PK był bliżej jakieś 300 metrów. Za zejściu ze  Skalnika odpadł od nas Wojtek zdecydował że pójdzie wolniej, więc z Darkiem grzaliśmy dalej.

Na PK wodę żeśmy wypili i na PŻ ruszyliśmy.

Zejście z Wołka to był luksus, zrywkarze wydarli ziemię i się miękko szło – nie po pochylni z kamieniami, potem to już po minięciu Bolczowa Trochę po kamolcach i Janowice.

Pierwsze co to skierowaliśmy się do Mirka do sklepu – On też ma dobry towar -Więc Lwówek musiał być. No i woda i inna drobnica.

W parku przy Pż-cie tubylcy raz to witali a raz zaczepiali przejściowiczów – jak to w piątek po imprezie. Długo żeśmy nie siedzieli – tylko żeby zjeść i wypić. Wychodząc z parku spotkaliśmy Wojtka który zdecydował o rezygnacji w Janowicach.

Różanka – podejście którego też zbytnio nie lubię – na szczęście szybko poszło.

13,3h i szybkie odmeldowanie na PK4, pogoda na razie sprzyja, w kotlinie sucho.

Z jednego z pierwszych domów w Radomierzu wychodzą gospodarze, witają uczestników i częstują herbatą.

Troszkę niżej rozwidlenie, nowy niebieski biegnie w dół, a ja jako że nie lubię łazić asfaltem proponuje stary przebieg, przez pole minowe, Dudziarza, Leszczyńca na Baraniec.

Na PK5 żeśmy na chwilę przysiedli, trochę kilometrów już było w nogach.

Za Przełęczą Komarnicką na zejściu w las tradycyjnie zostaliśmy obszczekani przez psy. Kawałek za folwarkiem zaczęliśmy doganiać grupkę około 8 osób – nie wyprzedzaliśmy jej, schodząc na Przełęcz Widok też zostali z przodu, chciałem zobaczyć co zrobią bo szli dość dziwnie, myśmy skręcili na odbijającą “drogę” – ślad na polu – w prawo , i dalej ku Kapeli – ekipa świeciła latarkami po polu szukając nowego przebiegu, ale po chwili poszli za nami, od parkingu pod Łysą Górą na dół po nowemu – wolałem stary przebieg – od Chrośnicy przez pole w okolice Pańskiej Wysoczki – na nowym przebiegu byłem z kolegą Topolem tylko raz w nocy ale udało się przejść przez te łąki bez pudła, a ludziska świecili tylko po łące szukając zejścia do lasu – a i tu było ułatwienie, ktoś – podejrzewam o ten proceder Topola – powiesił 2 światła chemiczne ułatwiające orientację.

Podejście w lesie przez chaszcze, na szczęście nie długie – po chwili dobijamy do żółtego szlaku i po paruset metrach jesteśmy na PK6, ognicho się jara, karton wafelków stoi – tyle że trochę rozmokłe są, nie ma co lecimy dalej, za Okolem zaczęła się ta głupia pora co bez latarki źle a z nią jeszcze gorzej, powoli też zbliżaliśmy się do Chrośnickich hien – miałem w razie W gaz pieprzowy specjalnie na tę okazję ale problem wyeliminowałem inaczej – przeszliśmy inną drogą tak aby ich nie zahaczyć.

No i mamy podejście pod Leśnicę, kamieniste zejście przed zbiornikiem wodociągów, i pastuchy przed szybowcową.

Na szybowisku szybkie odmeldowanie na PK i przerwa na śniadanie w Hexie, herbata, kawa jajecznica ot zestaw. Ulokowaliśmy się przed lokalem na widoczku na kotlinę cała impreza trwała pół godziny.

Na wysokości zadania stanęła  Małgorzata Jędrzejczak, mimo nocnej imprezy w lokalu od rana otworzyła dla przejściowiczów Hexe i uwijała się pod naporem spragnionych śniadania uczestników 😉

Trzeba iść dalej, jeszcze tylko 50km przed nami.

Przelot przez Jeżów, na asfalcie nawet nie było zbyt dużego ruchu, schodzimy zaś w las.

Obejście Gapy – tu odcinkami zarośnięta ścieżka została już przetarta – trawa ubita więc z rosą nie było problemów, parę kałuż które tam stoją też obeszło się suchą nogą.

Po przejściu przez kładkę i odbiciu się na PK8 udaliśmy się w stronę Lotosu.

Na Lotosie obowiązkowa kawa, chwile żeśmy przysiedli za budynkiem. Od cpn-u dołączyła do nas Ania z Katowic i jeszcze dwóch(?) jej znajomych, czekali na kogoś ze znajomością trasy.

W powiększonym składzie pokonywaliśmy nieoznakowany odcinek omijający Godziesz, potem polanka z widoczkiem na kotlinę przejście pod torami i Goduszyn osiągnięty.

Jak by nie patrzył to PK9, dzięki prywatnej inicjatywie obsady był najlepiej wyposażony. Herbatkę żeśmy wypili, i poleźli w stronę Komorzycy i tu jeden z uczestników próbował mnie przekonać do czerwonych ludzików – że niby krócej. Na przepłaszczeniu na Komorzycy poczekaliśmy na niego, po naszemu wyszło krócej i szybciej.

Przed Wojcieszycami była ścinka drzewa przy drodze za nowym domem. Droga przecięta i już idziemy po niebieskim w stronę Zimnej Przełęczy, nie lubię tego odcinka a zwłaszcza przejścia przez łąki.

PK10 osiągnięty po 25,3h. Podejście pod Bobrowe Skałki już tak szybko nie szło. A od Górzyńca już tylko wspinaczka, za przejazdem w Szklarskiej Porębie Dolnej rośnie chwaścisko :)!

Nad pomnikiem Helmuta von Moltke  w budzie urządziliśmy krótki postój aby coś zjeść, pogoda zaczęła się już psuć więc długo żeśmy nie siedzieli.

No i nas dopadł, opóźnił się ale dopadł – deszcz. Najpierw kropiło, po minięciu Zakrętu Śmierci już lało, przyśpieszyło to troszeczkę naszą wędrówkę. Na PK11 przy Wysokim Kamieniu kubeczki z wodą same się napełniały – tu też uzupełniłem wodę którą doniosłem aż na metę.

Do schroniska zaszła Ania z kolegą, a ja z Darkiem poszliśmy dalej. Szlak za kamolcem ma to do siebie że jest dość płaski i żwirowaty – deszcz popadał i stała tam woda, było pełno kałuż które to omijałem, na podejściu pod Zwalisko ścieżką płynęła woda, tu też przestałem omijać wszelką wodę stojącą i płynącą – i tak już buty miałem przemoczone.

Na asfalcie za kwarcownią przyśpieszyliśmy tępa, trasa dobrze znana ale zaczynała się już dłużyć. Za rozdrożem pod Cichą Równią gdzie szlak odbija w prawo znów pełno wody, ale co tam do ostatniego PK było już niedaleko.

30 godzin i 32 minuty i ostatni PK osiągnięty, troszkę ustał deszcz. Obsługa punktu mówiła że jeszcze7 km na metę, nie wiem którędy ale po trasie jest prawie 10.

Zmęczenie i zimno już dawało się we znaki, przystanęliśmy przy Bombaju pod parasolem na chwilkę, kijki trza było wyjąć, Machneli my kije i od razu lepiej się szło.

Powoli robiła się szarówa za polaną ze zbiornikami deszcz znowu zaczęło lać. Na podejściu przed Owczymi skałkami włączyłem latarkę, czołówka przeszkadzała – podświetlała mgłę przed oczami.

A lampą podświetlało się elegancko podłoże. Po drodze – jeszcze na podejściu wyłonił się z mgły jeden uczestnik – nie wiem jak miał na imię, pewnie mówił lecz nie pamiętam- nie był pewny trasy i czekał na kogoś. Tyle wody to ja tam jeszcze nie widziałem – wiadomo zawsze jest tam wilgotno- ale woda wszędzie stała, po zejściu z kładek, które i tak po deszczu były śliskie to schodziło się w parę centymetrów stojącej wody a miejscami błota.

Po zejściu ze szlaku na tor saneczkowy to woda dopiero się zaczęła- puki było płasko to wszędzie wielkie kałuże, a gdy tor prowadził po spadku, płynął po nim potok. Tak długo to nim nigdy nie schodziłem , woda, błoto, śliskie gałęzie i korzenie plus dewastacja przez zrywkę zrobiły swoje. Szliśmy tam może tempem 2 na godzinę, nogi szło połamać. Na końcu bonus w postaci rumowiska i łoskot lejącej się wody i jesteśmy na Kamieńczyku – ot niedawno tu żeśmy przechodzili 🙂

Na zejściu z wodospadu został w tyle kolega napotkany przed Owczymi. Wszędzie woda. Przy budach “oscypkaży” strumień na całą szerokość szlaku. Już blisko. Na ostatniej prostej – łącznik szlaków już myślałem że zeszliśmy za nisko – ale nie, przecież ten szlak wychodzi koło wyciągu.

Po 33 godzinach wraz z Dariuszem odbiliśmy się na mecie.

I na tym nasze Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej się zakończyło, ale to nie koniec imprezy.

Po chwili Darek pojechał do domu a ja jako że nie miałem noclegu zostałem w Szałasie Żywieckim.

Obaliło się kilka herbat, schaboszczaka i piwo. Ulokowałem się w rogu przy stoliku. Czekałem teraz na Roberta z ekipą.

W sztabie organizacyjnym trwała akcja zwożenie uczestników – posypały się rezygnacje, ciągle telefony, co chwilę ktoś wchodził i wychodził. Zwiezieni i kończący uczestnicy lokowali się na ławkach i glebie na nocleg. Co chwila ktoś też szeleścił folią NRC, więc spać się nie dało, piwo lepiej było wypić i czekać na ekipę. Przez noc kilka osób przysiadało się do mojego stolika, między innymi chopy z Kowar z którymi gadałem na Okraju, dokończyliśmy opowieści regionalne a i kije prawie całe zniszczyli.

W końcu dotarł Robert – nie wiem która to była godzina. Dostał kijki, powiedział że zaraz ucieka do auta, i do zakończenia nie zostaje. Nie ma co, z nieba lało się na niego dłużej.

I tak to nocka zleciała,otwarto bufet, można było wreszcie zakupić kawę i piwo. Koło 11 do stolika przybył Marek Glińsi, Bycykl, Mariola z Jeleniej i ich koledzy z Gdańska, kijki definitywnie trzeba było schować.  I tak to w miłym towarzystwie dyskutowaliśmy o trasie, Przejściu i wyprawach w regionie.

Zbliżała się 12, ostatnie minuty, ostatni uczestnicy wkraczają na metę.

No i tegoroczne XIII Przejście oficjalnie się zakończyło, zostało krótkie podsumowanie i losowanie. Spokojnie rozmawialiśmy i popijaliśmy żywca a tu nagle 283! Fuksło mi się z nagrodą, nocleg w Loli, wejściówka do Term Cieplickich a wszystko włożone w książkę wydaną przez KPN. Nagroda mnie zaskoczyła że i długopisu mało co nie podprowadziłem.

Nastało nieoficjalne zakończenie, Szałas Żywiecki powoli pustoszał, zostałem jeszcze trochę.

Przed 14 powoli już się zbierałem.

Dla mnie jeszcze dzień się nie zakończył, o 15 jeszcze autobusem do Jeleniej Góry D.A. I przesiadka fuksem na opóźniony Gorzów i o 17.30 byłem w Bolesławcu.

Padłem koło 21 po 63 godzinach bez snu – w sztabie spać jakoś nie mogłem.

Szkoda że następna edycja dopiero za rok, zostaje mi krążenie po górkach trasą…

Errata.

Godzina startu jak dla mnie mogła by zostać, jedyne co bym zmienił w przyszłym roku to koszulki na lepsze – tak jak w ubiegłych edycjach.

Wiele osób przewinęło się przysiadało się do mnie w Szałasie Żywieckim, tych których nie uwzględniłem w relacji przepraszam – mam słabą pamięć do imion.   

Amadeusz Mark[iewicz]