Relacja z XII Przejścia

Relacja z  XII Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej ☺

 

W ubiegłym roku wystartowałam po raz pierwszy, pogoda nie rozpieszczała, ale udało mi się przejść XI Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – był to mój bardzo udany debiut. Tym razem: jeju jeju jeju – jak mi się nie chciało startować to masakra. Od poniedziałku bolał mnie żołądek – momentami ból budził mnie w nocy i nie miałam siły zasnąć. Ale, że obiecałam znajomym, że się pojawię to postanowiłam się pojawić – odebrać pakiet startowy – przejść grzbiet Karkonoszy i podziękować, przy okazji poznać Mateusza z resztą, żeby nie szedł sam i miał towarzystwo. Stawiliśmy się z Mateuszem koło godziny 18:30 w Szklarskiej Porębie, przy Dolnej Stacji wyciągu na Szrenicę. Tam spotkaliśmy się z Asią, Markiem, Piotrkiem, przywitałam się z Robertem. Była chwilka czasu więc zjadłam zupę pomidorową i zrobiła się 19:30, nastąpiła odprawa. O godzinie 20:00 wystartowaliśmy. Szłam z Mateuszem w miarę spokojnym tempem, a z naszej lewej strony szła Asia. I tak powoli w tłumie ludzi podchodziliśmy na Halę Szrenicką – tu zrobiliśmy kilka minut przerwy na łyczek wody i szliśmy dalej. Szło mi się coraz gorzej tak naprawdę. Żołądek bolał, robiło mi się jakoś dziwnie, a przy Śnieżnych Kotłach wręcz słabo. Doszliśmy do Odrodzenia – i tu chwila odpoczynku, zjadłam zupę ogórkową, napiłam się gorącej herbaty i ruszyliśmy dalej we trójkę: ja, Asia i Mateusz. Jakoś tak się męczyłam, droga do Domu Śląskiego ciągnęła mi się niemiłosiernie – w końcu doszliśmy. Chwila przerwy – na kanapkę i herbatę. Tu spotykamy Piotrka i Marka. I ja tak nie wiem co zrobić, w końcu zostaję z chłopakami. Asia i Mateusz idą dalej – a ja rezygnuje. Siedząc w Domu Śląskim czuje się okropnie – nie wiem czy to ból żołądka czy fakt, że nie idę dalej. Myślę sobie jak to jest możliwe, że ja chce, a właściwie to podjęłam decyzję, że rezygnuje i nie idę dalej. Jestem trochę na siebie wściekła. Ale cóż żołądek boli i nie idzie mi się komfortowe, kolano trochę pobolewa. Więc wszystkie ziemskie znaki mówią, że to dobra decyzja. Natomiast niebo jest cudowne gwieździste. Chłopaki po małej drzemce wstają pijemy herbatkę i ruszamy do Okraju. Z Domu Śląskiego schodzimy do Okraju drogą jubileuszową i tu utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze robię nie idąc dalej, bo kolano przy zejściu boli mnie niemiłosiernie. Dochodzimy do Okraju – chłopaki zamawiają śniadanie, a ja popijam herbatkę ze względu na żołądek. Po odpoczynku ruszamy dalej, do I punktu transportowego – nagle słoneczko wychodzi, robi się przepiękny ranek – idzie mi się coraz lepiej i przyjemniej i stwierdzam, że nie chce wracać tak wcześnie do Wrocka. Dochodzimy do I punktu transportowego, który jest jak się nie mylę na Przełęczy Kowarskiej – Marek zostaje, a my z Piotrkiem stwierdzamy, że idziemy jeszcze do Janowic, bo szkoda tak pięknego dnia. Więc ruszamy najpierw na Skalnik, Piotrek nadaje całkiem niezłe tempo i go gonię. Dochodzimy do III punktu kontrolnego, który znajduje się tuż przed Wołkiem i chwilka odpoczynku i idziemy dalej w kierunku Polany Mniszkowskiej – tutaj Piotrek zaczyna zbiegać, a ja truchtam za nim i tak na zmianę, trochę truchtu trochę marszu i znajdujemy się przy ruinach Zamku Bolczów. I jeszcze zielonym w dół troszkę truchtem, a trochę marszem i znajdujemy się w Janowicach, jeszcze trochę idziemy szybkim krokiem i jesteśmy przy sklepie u Mietka, tu czeka na nas Marek. Chwilka przerwy i Piotrek zostaje, a ja postanawiam iść dalej. Szło mi się rewelacyjnie. Dołączam się do dwóch Kaś i spotykam ekipę z tamtego roku na czele ze Zbyszkiem i idziemy na obiad na Różankę. Dochodzimy do Różanki – droga mi się trochę dłuży i jest okropna, a nawet gorsza niż zapamiętałam z ubiegłego roku i tutaj niespodzianka jest Mateusz i Joanna, kurde niesamowite dzięki Piotrowi dogoniłam ich – oni w sumie też nie wierzą, że mnie widzą, a jednak. Śpią do 15. Więc ja na spokojnie jem obiad, dzwonie do mamy i robię półgodzinną drzemkę. Czuje się fantastycznie. O 15:30 planujemy wymarsz dalej. Zbieramy się i idziemy ja, Asia i Mateusz. Zbyszek i reszta ekipy wyrusza o 16:00. Mówię Zbyszkowi, że pójdziemy wolnym tempem i spotkamy się pewnie na trasie. Idziemy przez Przełęcz Radomierską, Dudziarza, Leszczyniec i dochodzimy do Przełęczy Komarnickiej, przy której znajduje się punkt kontrolny nr 6 – tutaj chwilka przerwy na wodę i coś słodkiego i ruszamy dalej. Po przejściu kilku minut spotykamy dopingującego nas Marcina Świerca, i idziemy dalej. Maszerujemy sobie leśnymi drogami i jakoś tak strasznie one mi się dłużą. Jakoś miałam wrażenie, że kilometry na Grzbiecie Karkonoszy szybko mijały, a tu na płaskim wręcz przeciwnie. Ale słoneczko świeci, wietrzyk wieje i idzie się przyjemnie. Widoczki niesamowite. Dochodzimy do Przełęczy Widok (Kapella) i tu robimy chwilę przerwy. Jest tu nawet toaleta – co dla dziewczynek niesamowita wygoda. Siadamy na chwilkę, ściągamy buty i jemy małe co nieco. Po krótkiej przerwie trzeba wstać i iść dalej kierunek punkt kontrolny nr 6 przed Okolem. Na punkcie kontrolnym znów chwila przerwy, przy okazji ubrudziłam się żywicą. I trzeba ruszać, najpierw wchodzimy na Okole, później idziemy przez Chrośnicę i powoli na Górę Szybowcową (punkt kontrolny nr 7) – tutaj dochodzimy koło godziny 23:30. I postanawiamy tu trochę odpocząć. Mateusz zasypia na ławce, Asia również. Ja pije herbatkę, a następnie próbuje kimać – udało mi się całe 10 minut, aż do momentu, gdy Pani zbierała naczynia i mnie szturchnęła niechcący i po spaniu. Nie przepadam za tą Górą Szybowcową – idzie się tam i idzie i końca nie widać. Spotykam tu Marka i za chwilę przychodzi reszta ekipy ze Zbyszkiem na czele i postanawiamy iść razem – wymarsz ustalmy na 1:00, jeszcze zdjęcie i idziemy dalej. Najpierw trochę asfaltem się idzie i tu na przystanku w Jeżowie Sudeckim rezygnuje Kasia (kolano ją boli), a my idziemy dalej kierunek Perła Zachodu, czyli punkt kontrolny nr 8. I idziemy dalej na Lotosie znów robimy przerwę na kawę, i tam ja się kładę na całe pięć minut, na kartonie, przykryta folią NRC. Ale nic Zbyszek mówi, że trza się ruszać to wstaje i się zbieram, szczerze to brakuje mi sił, ale nic ruszamy. W Goduszynie meldujemy się przy punkcie 9 i dalej ruszamy w kierunku Zimnej Przełęczy. Przed Zimną Przełęczą robimy przerwę – ja się kładę na ławce przykrywam folią NRC i kimam całe 10 minut – dobrze mi to robi. Bo miałam wrażenie, że szłam i zasypiałam idąc. A ta kilkuminutowa drzemka jakoś postawiła mnie na nogi. I idziemy dalej. Mijamy punkt kontrolny 10 na Zimnej Przełęczy – tu przerwa na drożdżówkę i wodę i ruszamy dalej. Następnie mijamy Bobrowe Skały, Górzyniec i kierujemy się w stronę Zbójeckich Skał. Znów chwilka przerwy na małe co nieco i podchodzimy do Zakrętu Śmierci, a później na Wysoki Kamień (punkt kontrolny 11) – tutaj zmiana pogody zaczyna intensywnie rosić. Przychodzimy do Schroniska na Wysokim Kamieniu – chwila przerwy i relaksu przy okazji się suszymy i zostaje nam do przejścia jedynie 18 km. W sumie nastroje dopisują, ale 9 km do Polany Jakuszyckiej strasznie się na ciągnie, idziemy i idziemy i końca nie widać. W końcu wychodzimy na Polanie Jakuszyckiej przy punkcie kontrolnym numer 12. Tu chwilka przerwy mają fistaszki i michałki i chętnie nas częstują oraz przepyszne ciastka z cukrem. Po małej przerwie idziemy dalej. Zostało nam ostatnie 9 km. Myślałam, że ten szlak trochę inaczej wygląda – ale nie. Mijamy leśniczówkę i idziemy zielonym do góry w kierunku Przedziału. Idziemy i idziemy – jakoś inaczej te bagna zapamiętałam z zeszłego roku, teraz było dosyć sucho. Mijamy Przedział – zielony szlak jest ewidentny i dobrze się idzie. Następnie dochodzimy do Rozdroża pod Kamieńczykiem – a tu biegło mi się rewelacyjnie. Tak sobie truchtałam powoli byłym torem saneczkowym, nawet zaraziłam Joannę do truchtania. A że obiecałam Piotrowi to słowa dotrzymałam. Od Kamieńczyka schodzimy dosyć sprawnie – energia mnie rozpiera, zmęczenie odchodzi na dalszy plan i o 17:23 meldujemy się z Joanną na mecie. Za jakieś 20 minut dochodzi do nas reszta towarzystwa. Wszyscy szczęśliwi i zadowoleni. Yupii – nie wierzę, że to przeszłam – założenie było takie, żeby zrezygnować. A tu proszę jestem.

Dziękuję wszystkim towarzyszom tej niesamowitej wędrówki – gdyby nie wy nie dałabym rady oraz specjalne podziękowania dla Piotrka, który dodał mi skrzydeł w odpowiednim momencie.

Kasia Tomsia