Odnaleźć siebie

Odnaleźć siebie

 

21. września 2014 roku, zapytano mnie, „Czy weźmiesz udział w Przejściu za rok?”. Wówczas odpowiedziałem, że nie wiem, czas pokaże. Po kilku tygodniach sam zadałem sobie to pytanie i odpowiedziałem „tak, czemu nie”. Musiałem ponownie podjąć to wyzwanie, spróbować odzyskać część siebie, która została na trasie a także udowodnić, że ukończenie przeze mnie Przejścia nie było przypadkiem. I tak o to rozpoczął się kolejny rok przygotowań poświęconych w jednym celu, spędzeniu 2 dni, okrążając Kotlinę Jeleniogórską, walcząc z własnymi słabościami i kolejnymi kilometrami a także ku głównej idei Przejścia, uczczeniu dwóch tragicznie zmarłych ratowników GOPR’u, Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. W trakcie XI Przejścia pokonywałem niektóre odcinki w pojedynkę, poznając wielu ludzi. W 2015 roku dogadałem się z Piotrkiem, znajomym, doświadczonym Przejściowcem, mieszkającym pod Szklarską Porębą. Ustaliliśmy, że w dniu startu XII Przejścia przyjadę do Piotrka i z Jego domu podjedziemy na linię startu, do Dolnej stacji wyciągu na Szrenicę. Czas oczekiwań i przygotowań mijał, dzień próby nadchodził nieubłaganie a wyczekiwanie na niego wykańczało. Wtedy ten dzień nadszedł, 18. Września 2015, data rozpoczęcia XII Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej imienia Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza.

Zgodnie z ustalonym planem, na kilka godzin przed startem, przyjechałem do Piotrka. Sprawdziłem jeszcze raz plecak i postanowiłem zebrać szereg myśli, „dlaczego tu jestem, czy dam radę ponownie ukończyć Przejście a jeśli tak to w jakim czasie?”. Na moją korzyść przemawiały zapowiedzi meteorologiczne, były bardziej optymistyczne niż przed rokiem, zdecydowanie bardziej. Nagle zostałem zawołany, Piotrek był już gotów do wyjścia, trzeba była się wybrać na spotkanie z wyzwaniem. Dojechaliśmy na miejsce odprawy i startu, potwierdziliśmy wyposażenie obowiązkowe, odebraliśmy pakiety startowe, przypięliśmy numery do plecaków, ja otrzymałem numer 60, zaczął zapadać mrok, niebo było gwiaździste a powietrze chłodne ale sama atmosfera już nie, była ekscytująca. Tradycyjnie przed startem odbyła się odprawa informacyjna, zaś o 19:59 nastała legendarna Minuta ciszy. Dosłownie przez 60 sekund kilkaset osób zamilkło i stało w milczeniu by następnie usłyszeć „Powodzenia” od organizatorów i wyruszyć w drogę, mając nadzieję, że wrócą tu za 2 dni o własnych siłach. Tak o to rozpoczęło się XII Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej.

Pierwszy etap prowadził przez czarny, zielony a następnie czerwony szlak ku Wodospadowi Kamieńczyka, moje doświadczenie podpowiadało by tutaj być na przedzie peletonu, a przy najmniej w czołówce, Piotrek się ze mną zgodził. Szliśmy jako jedni z pierwszych, dosyć trudną lecz szeroką drogą by podchodzącej ku wodospadowi, po 15 minutach mijaliśmy schronisko, teraz zaczynał się długi i mozolny marsz w górę, ku Hali Szrenickiej, odcinek w trakcie którego można było mieć czas na ponowne przemyślenia, w zeszłym roku nie miałem tam towarzystwa do rozmowy lecz tym razem było z kim zamienić słowo, co jakiś czas wraz z Piotrkiem rozmawialiśmy, próbując jak najszybciej zobaczyć oświetlenie na Hali Szrenickiej. Czas mijał a podejście się nie kończyło, aż nagle zobaczyliśmy światło, teraz następnym trzeba było się kierować ku Szrenicy i dalej, ku Śnieżnym Kotłom.

W tym momencie podchodzenie pod Szrenicę nie stanowiło większego problemu i przebiegło szybko, od tego momentu przez dłuższy czas trasa będzie w miarę prowadziła po płaskim i łatwy terenie. Od czasu do czasu człowiek odwracał głowę by spojrzeć na sznur świateł z czołówek za nami, z przodu zaś pojawiały się pojedyncze poświaty tych którzy narzucili sobie mocniejsze od nas tempo. Widok na z Karkonoszy na Kotlinę Jeleniogórską zapierał dech, co jakiś czas widać było czerwone oświetlenie naszego następnego celu, Czarciej Ambony, przy Śnieżnych Kotłach. Stopniowo temperatura zaczęła się obniżać lecz nie było przeraźliwie zimno. Około 21:45 minęliśmy Czarcią Ambonę i skierowaliśmy się wzdłuż grani Śnieżnych Kotłów ku Odrodzeniu, pierwszemu punktowi kontrolnemu, który na nas czekał.

Teraz trasa prowadziła nieco bardziej uważną ścieżką, gdzie kijki stanowiły bardziej utrudnienie a niżeli ułatwienie, trzeba było uważać by nie utknęły w szczelinach między ułożonymi na płasko kamieniami. W ubiegłym roku w tym miejscu dopadł mnie znany wszystkim zeszłorocznym Przejściowcom, deszcz, teraz zaś pogoda rozpieszczała przyjemną chłodną aurą i gwiaździstym niebem. Pokonawszy ten fragment droga prowadziła w górę, wśród wystających kamieni i kojącej ciszy natury. Przemierzenie tego odcinka w deszczu stanowiło by problem lecz w tych okolicznościach nie stanowiło większego problemu, co nie znaczy jednak że nie należało być ostrożnym, góry jeśli się ich nie potraktuje z rozwagą zemszczą się, lecz tu były łaskawe. Po jakimś czasie i stopniowemu schodzeniu w dół, dotarliśmy z Piotrkiem ku fundamentom starego schroniska a w oddali ujrzeliśmy światła na Przełęczy Karkonoskiej. Drogę zaczął pokrywać asfalt, przekleństwo dla obuwia trekkingowego, lecz na tak wczesnym etapie nie stanowiła jeszcze przeszkody, po kilku minutach rozpoczęło się podchodzenie pod górę. Ten fragment nie stanowił problemu, należało na nim się przygotować na późniejsze podchodzenie. W końcu dotarliśmy na Punkt kontrolny, zameldowaliśmy się i ruszyliśmy dalej. Z Piotrkiem ustaliliśmy, że nie ma sensu tracić czasu na postój w Schronisku Odrodzenie, w końcu obaj chcieliśmy jak najszybciej pokonać całą trasę, więc bezzwłocznie skierowaliśmy się ku Tępemu Szczytowi i dalej ku Domu Śląskiemu.

Ponownie rozpoczęło się wspinanie pod górę, co jakiś czas sprawdzaliśmy czy jeden drugiego nie zgubił, na przemian będąc z przodu. Co jakiś czas organizm prosił o nawodnienie, korzystając z możliwości człowiek korzystał z bukłaka, wypełnionego wodą i izotonikiem w proszku. Tutaj odcinek był długi i mozolny, na pocieszenie była piękna pogoda i dobre towarzystwo. Czas mijał, powoli mijaliśmy od góry Mały Staw i samotnię, świecącą nieco niżej, od czasu do czasu zamiast prowadzić po kamieniach, Główny Szlak Sudecki prowadził po kładkach drewniany. Następnie pojawiła się kostka brukowa, tak, stąd to już niedaleko do schroniska, gdzie planowaliśmy drobny odpoczynek na zebranie sił.

Domu Śląskim, znane turystom schronisko pod Śnieżką, dla Przejściowców stanowi miejsce można powiedzieć wręcz kultowe, oferujące schronienie, odpłatną strawę a także i co ważniejsze, darmową a zarazem dobrą herbatę. Samemu, korzystając okazji wypiłem z 3 kubki, w międzyczasie zajadając kabanosy i czekoladę, tutaj też uznałem że należy zmienić skarpety co zapobiegnie zeszłorocznym komplikacjom. W schronisku w tym roku, było spokojnie, to ktoś się pojawiał to ktoś wychodził, lecz tym razem nikt nie miał zmęczenie na twarzy. Piotrek w tym czasie zamówił sobie zupę, wspólnie zdecydowaliśmy, że jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to niedługo wyruszymy dalej, przez Sowią Przełęcz i Kowarski Grzbiet, aż do Punktu kontrolnego na Przełęczy Okraj.

Było około kwadrans po pierwszej w nocy, kiedy opuściliśmy przytulne schronisko. W tym roku trasa Przejścia przebiegała przez Drogę Jubileuszową, tak więc z żalem nie doświadczyła nas okazja na kolejne, wejście na szczyt Śnieżki, lecz oznaczało to również szybsze pokonanie tego odcinka, co w pewien sposób nam to wynagrodziło. Na wysokości Czarnego Grzbietu Piotrek starał się uważać przy schodzeniu aby nie doznać żadnej kontuzji, ja co jakiś czas szedłem lekko z przodu i robiąc przerwy aby nie zgubić towarzysza. Nawet w suchych warunkach trzeba było się tu mieć na baczności, kamienne stopnie prowadziły stromo w dół, ku czeskiemu schronisku Jelenka. Ostatni raz tu byłem w lipcu na ultramaratonie 3xŚnieżka – 1xMont Blanck, wówczas panował tu 40. Stopniowy upał a teraz przyjemny chłód, co stanowiło miłą odmianę. Po jakimś czasie pojawiło się schronisko i ku naszemu zdziwieniu było o tej porze otwarte, lecz nie było czasu na kolejny odpoczynek, trzeba było ruszać dalej, Sowia Przełęcz już blisko a za nią podejście na Skalny Stół. Teraz trzeba było się postarać szybko zdobyć szczyt by móc następnie rozkoszować się spokojną trasą. W tym momencie zaczęło się robić na trasie gęściej, to ktoś na doganiał to my kogoś, ale raczej wszyscy teraz szliśmy gęsiego przez Kowarski Grzbiet, w tym roku nie było przy najmniej dużych kałuż do wymijania, kolejne metry pokonywaliśmy bez trudu. W międzyczasie wszyscy rozmawialiśmy o trasie i o wspomnieniach z poprzedniego Przejścia, przypominaliśmy sobie słynną koparkę na zejściu do Okraju. W pewnym momencie jedna osoba narzucająca nam tempo zwolniła, ustaliłem z Piotrkiem, że zaczekam na Niego tuż przy Punkcie kontrolnym, teraz to ja byłem na przedzie naszej małej grupki, jako, że to jeden z moich ulubionych odcinków przyspieszyłem aby czym prędzej dojść do przełęczy, która była już dość niedaleko. Na miejscu, około godziny 03:00 podałem sędziom mój numer aby być odhaczonym na liście, Piotrek, przyszedł 2 minuty po mnie, poczęstowaliśmy się ciastkami od organizatorów, popiliśmy wodą, dokupiliśmy jedną butelkę w schronisku i wypadało iść dalej, na Przełęcz Kowarską i tym samym pożegnać Karkonosze.

Po uzupełnieniu zapasu płynów, rozpoczęliśmy schodzenie w dół, w między czasie dołączyło do nas kilka nowych osób. Żółty szlak początkowo prowadził asfaltem by następnie przenieść się na leśną ścieżkę, lecz nie stanowiło to dla nas problemu. Zejście było przyjemne i szybkie. Nagle trafiliśmy na Przełęcz Kowarską, gdzie czekali Panowie, zajmujący się Punktem transportowym dla tych, którzy postanowiliby na tym etapie zakończyć udział w Przejściu i chcieliby dostać się na linię mety. Po krótkiej chwili na złapanie oddechu wyruszyliśmy na spotkanie z Rudawami Janowickimi, mając za plecami Karkonosze.

Krocząc w jeszcze mocnych ciemnościach zmierzaliśmy naprzód, to kogoś się wyprzedzało to przez kogoś innego było się wyprzedzanym. Powoli, lecz do przodu szliśmy na spotkanie w Rozdrożem pod Bobrzakiem i ze Skalnikiem. Tutaj w niektórych miejscach deszczowa pogoda z ostatnich kilku dni pozostawiła drobne kałuże i błoto, ale nic z tego nie robiliśmy, parliśmy na przód. Kiedy w dalszym stopniu panował mrok, wspięliśmy się trudnym podejściem na zbocza najwyższego szczytu Rudaw. Trasa przebiegała sprawnie ale z Piotrkiem zaczęliśmy odczuwać pierwsze efekty całonocnego marszu, planowaliśmy na trasie znaleźć jakieś dobre miejsce na kilka minut odsapnięcia lecz tutaj ciężko było o takie udogodnienia. Niebieski szlak ze Skalnika w kierunku Wołka prowadził wąską ścieżką w dół, gdzie należało mieć się na baczności, schodząc po śliskich kamieniach, pośród drzew. Po tym trasa prowadziła leśną drogą, aż do Punktu kontrolnego nr. 3. Szybko się zameldowaliśmy i spytaliśmy jak wiele osób się do tej pory wycofało z dalszego udziału. Okazało się, że niewiele, lecz trudno było powiedzieć dokładnie. Następnie wyruszyliśmy na Wołek i tu zobaczyliśmy pierwsze promienie słońca. Przy ławce na szczycie drugiej najwyższej góry Rudaw zrobiliśmy drobny odpoczynek na pozbieranie myśli i zaplanowanie dalszych posunięć. Stąd już było niedaleko do Skalnych Bram i Zamku Bolczów. Po przejściu tego odcinka dynamicznie, mijając ruiny zamku, zeszliśmy w dół do Janowic Wielkich, na uzupełnienie prowiantu, drobne odsapnięcie i naładowanie akumulatorów przed wymagającym wejściem na Różankę.

Zdobywszy Różankę, czekało nas krótkie zejście w dół i zorganizowany posiłek. Do Punktu żywieniowego dotarliśmy około godziny 8:30, w zeszłym roku o późniejszej porze było to o wiele mniej spokojnie, co świadczy o sprzyjających warunkach w tym roku. W trakcie odpoczynku nadeszła pora na kolejną zmianę skarpet i zapełnienie żołądka, słodką bułką i czekoladą. Po dłuższym, półgodzinnym postoju, obraliśmy kurs na Góry Kaczawskie, Baraniec, Kapelle.

Podczas wspinania się na Dudziarza, pogoda zaczęła dawać się we znaki, przyjemne promienie słońca już po godzinie 9:00 zaczynały przygrzewać, zwłaszcza mnie, biorąc pod uwagę, grubsze, ocieplane spodnie, ale nie wolno było marudzić. Z Piotrkiem pokonywaliśmy kolejne kilometry świadomi, że póki co nasze tempo jest dla nas zadowalające i że nie wolno spocząć na laurach. Nieustępujące słońce nie dawało za wygraną, próbując nas przełamać. Wkrótce minęliśmy kilka osób, które przed nami wyruszyły z Różanki, co jakiś czas się kogoś mijało. Przed godziną 12:00 naszym oczom ukazała się Kapella, miejsce startu Połowy Przejścia. Stąd trasa prowadziła asfaltem aż do samego Punktu kontrolnego u podnóży góry Okole.

Mała chwila na łyk wody na Punkcie kontrolnym i trzeba było wracać do gry. Podejście pod Okole mimo że wydaje się być trudne, wcale takie nie jest, krok po kroku i do przodu. Na szczycie góry spotkaliśmy małą grupkę turystów a także stanęliśmy oko w oko z naszym dawnym celem, daleko w oddali, na południu ponad pagórkami królowały Karkonosze. Widok ten dodał nam sił ale i uświadomił, że teraz trzeba będzie jeszcze wrócić na południowy zachód, więc nie można tracić czasu, naprzód. Zejście z góry Okole w odróżnieniu do podejścia nie należy do przyjemności, jest strome i trudne, tutaj łatwo było o zakończenie dalszej wędrówki. Po jakimś czasie trafiliśmy na wiatę leśną, w której postanowiliśmy zrobić dłuższą chwilę na odpoczynek. Spotkaliśmy tam uczestnika Przejścia, który w ciszy i spokoju leżąc na ławce, czekał na działanie środków przeciwbólowych. Obaj z Piotrkiem zaczynaliśmy też już odczuwać przebyte kilometry, musieliśmy podjąć decyzję co do dalszej strategii. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie teraz złapać oddech by następnie iść aż do góry Szybowcowej i zobaczyć jak będziemy się czuć. Tak jak powiedzieliśmy tak wdrażaliśmy plan w życie. Żwawym tempem zeszliśmy do Chrośnicy, w porównaniu z ubiegłoroczną edycją, nie było większych komplikacji. Teraz kolejne podejście do pokonania, od Szybowcowej dzieliła nas godzina drogi. Niebieski szlak skręcał w prawo ku Zaporze Pilchowice, lecz my musieliśmy iść na prosto, na południe przez zwykłe ścieżki leśne. Na trasie ni żywego ducha, dopiero przed przekroczenie drogi asfaltowej natknęliśmy się na Przejściowców. Stąd do Szybowcowej już było dosyć nie daleko, lekkie podejście pod górę i prosto ścieżką, by na końcu granicy drzew skierować się w prawo ku hangarowi szybowiska. Teraz temperatura ponownie zaczynała mi doskwierać, po za tym pojawił się dokuczliwy i przeszywający ból w okolicach kostek. Mimo tego nie można było się poddać, nie było o tym nawet mowy. Teraz już liczyło się czym prędzej dojść za hangar, zameldować się na Punkcie kontrolnym, zmienić skarpety, opatrzeć mikro-odciski, napić się izotonika, poczęstować ciastkami i spróbować zniwelować ucisk w butach. Okazało się, że sznurowanie butów po same kostki spowodowało zbyt mocny ucisk, rozwiązanie: zasznurować obuwie trochę niżej. Kolejny etap zakładał dostanie się do Lotosu przed zmierzchem. Teraz polegaliśmy na mojej znajomości trasy. Szybko pokonaliśmy zejście i przejście Jeżowa Sudeckiego. Na wysokości przystanku autobusowego skręciliśmy w prawo, na drogę w kierunku Siedlęcina. Po kilku minutach trasa Przejścia skręcała w lewo, w las, to tak zwane ”obejście Gapy”, dla mniej zapoznanych z trasą mogło stanowić przeszkodę lecz nam poszło dosyć łatwo. Po jakimś czasie dojrzeliśmy rzekę Bóbr, a po jej drugiej stronie Perłę Zachodu. Szybko przeszliśmy przez kładkę, wspięliśmy się pod schodach, zameldowaliśmy w punkcie kontrolnym, dzięki uprzejmości organizatorów uzupełniliśmy zapas wody na kolejne kilometry, poznaliśmy dwóch uczestników Przejścia, wraz z którymi postanowiliśmy wyruszyć w dalszą drogę, następny cel, Stacja Lotos.

Droga początkowo prowadziła zielonym i żółtym szlakiem, wzdłuż brzegu Bobru. Po krótkim czasie żółty szlak prowadził dalej na wprost, my zaś podążaliśmy zielonym szlakiem w prawo, by następnie opuści i ten szlak, kierując się pod lekką górę, skąd, na szczycie w prawo i następnie w lewo w dół. Po dojściu do małej ławeczki należało skręcić w lewo i dalej prostą ścieżką ku drodze krajowej nr. 30, wzdłuż której kilka metrów  w prawo i człowiek był na Lotosie. W ubiegłym roku, kiedy tu byłem, była już noc i pełno ludzi śpiących na podłodze w ramach przyspieszonej regeneracji. Tym razem jednak, atmosfera była nieco inna, był jeszcze dość mocno widno, nie było wielu Przejściowców, zamiast nich byli irytujący turyści z wycieczki autokarowej. Pod czas rozmowy z obsługą dowiedziałem się, że są przygotowani na późniejszych uczestników Przejścia. W trakcie postoju zamówiło się hot dogi, by mieć energię na resztę trasy. Nasza czwórka w niedługim czasie podjęła wyzwanie dostania się do Punktu kontrolnego w Goduszynie, przed nastaniem egipskich ciemności i ruszyła na przód.

Tutaj trasa nie stanowiła problemu, tym bardziej, że każdy z nas nie po raz pierwszy na przejściu. Początkowo wzdłuż zabudować by następnie iść przez ścieżkę wzdłuż łąk, koło niewielkiego strumienia trasa skręcała pod górę w las. Podejście przebiegało sprawnie a przede wszystkim, szybko a to za sprawą licznych i wesołych rozmów na niezliczone i różnie tematy. Przez, krótki czas mieliśmy piątego kompana, lecz prędko pospieszył na przód, jak poparzony, pewnie dzięki Red Bullom ze stacji. Kiedy wyszliśmy z lasku i wyszliśmy na polanę w dół, nastawał już zmierzch. W kilka minut, znaleźliśmy się na skraju Goduszyna, przez który teraz trzeba było przejść. Bez żadnych problemów dotarliśmy do organizatorów, podaliśmy numery startowe, uaktualniliśmy informację na temat dalszej liczby uczestników i skorzystaliśmy z możliwości napicia się izotonika. Teraz nadchodził czas na owianą złą sławą Komorzycę, to tu wielu potrafiło stracić czas, próbując odnaleźć prawidłową drogę, nie można było dłużej tego odkładać, należało się z tym zmierzyć.

W kilka minut od opuszczenia Goduszyna, nastała ciemność, sprawność czołówek, orientacja w terenie, intuicja w tym momencie stanowiły najwyższe wartości. Początek szedł nam sprawnie, lecz niedługo zaczęliśmy powątpiewać w słuszność naszych decyzji. Uznaliśmy, że warto skorzystać z udogodnień cywilizacji i sprawdzić nasze położenie za pomocą GPS’a. Po krótkiej chwili odnaleźliśmy słuszną drogę. Kiedy dotarliśmy do tartaku, i ruszyliśmy pod górę ja wyszedłem o kilka metrów na przód by znaleźć kolejne rozwidlenie, na którym według mojej pamięci należało skręcić w lewo. Szybko dotarliśmy do ów rozwidlenia, stąd droga prowadziła już dosyć prosto do Wojcieszowa.

Pod kościołem w Wojcieszowie, mieliśmy dwie opcje, albo odsapnąć chwilę na przystanku albo ruszać na Zimną przełęcz. Wybór był prosty, Przełęcz. I tak o to czterech Przejściowców ruszyło na nowo ustalony niebieski szlak, na którym tylko ja jeden byłem przed Przejściem, pozostali towarzysze musieli zaufać mojej pamięci, i orientacji w terenie. W zaistniałej sytuacji byłem nieco z przodu aby móc z wyprzedzeniem próbować rozpoznać i zlokalizować kierunek pośród, łąk, drzew i pól. Na szczęście pamięć nie zawodziła w tej chwili, ciężko sobie wyobrazić jakby zareagowali koledzy, gdybym źle nas pokierował. Po przejściu przez pole, starając się wypatrzeć dla pewności ślady po wcześniejszych uczestnikach, dotarliśmy w drobne zarośla, z których już było niedaleko do dawnego przebiegu szlaku pośród pól. Tym o to sposobem, dotarliśmy na Punkt kontrolny na Zimnej Przełęczy, szybki zameldowanie, łyk wody i dalej na Bobrowe Skały, i do Górzyńca.

Początek prowadził asfaltem w dół, by przy następnie pośród zabudowań mieszkalnych skręcić w prawo, pod górę, w ciemny las. Wspinaczka nie była trudna ale wymagała uwagi, za Bobrowymi skałami trasa systematycznie prowadziła w dół do Górzyńca, jakieś 45 minut drogi od nas. Na ostatnich 15 minutach trasa prowadziła pośród zdradliwych, po raz kolejny trasa wymagała od nas ostrożności i rozwagi. Kiedy już zbliżaliśmy się ku Górzyńcowi, zaczynaliśmy mieć nadzieję, że wzorem poprzedniego Przejścia, zachwilię zobaczymy płonące ognisko i namiot, przygotowany dla strudzonych wędrowców. Lecz okazały się to tylko złudne nadzieje, jedyne co mogliśmy ujrzeć, poczuć i usłyszeć to przenikająca cisza na pół godziny do północy przy blasku latarni. W tym momencie, nie uśmiechało nam się od razu ruszać na Zakręt Śmierci. Zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca by móc przysiąść na trochę, początkowo mieliśmy trudności, lecz po zejściu w głąb osiedla mieszkalnego, znaleźliśmy przystanek autobusowy, dla niektórych nic specjalnego, lecz nie dla nas. Usiedliśmy na i spróbowaliśmy choć na chwilę pozbierać myśli. Przejście i brak snu zaczynały zbierać swoje żniwa. Kiedy już udało mi się przysnąć dosłownie na 10 minut, usłyszałem głos Piotrka, który zarządził wymarsz w dalszą wędrówkę. W tym momencie, umysł mój doznał gwałtownej przemiany, zacząłem odczuwać mdłości, osłabienie, myślenie a tym bardziej skupienie się stanowiły wielki problem a ciało zaczynało się wydawać ciężkie. To był mój pierwszy w tym roku poważny moment zwątpienia we własne siły. Lecz zrozumiałem, że obiecałem udowodnić, że umysł kontroluje ciało a nie odwrotnie, że muszę odnaleźć siebie i swoją siłę, że wola potrafi być silniejsza od bólu i zmęczenia. Tak o to, w momencie chwili słabości i zbierania się w dalszą drogę postanowiłem skupić na wyłączeniu zbędnych bodźców oraz na zakodowaniu sobie by skupić się wyłącznie na dotrzymywaniu tempa pozostałym druhom, aż do Zakrętu Śmierci i Schronisku Wysoki Kamień.

Już niepoliczalny raz zaczęliśmy wspinaczkę, główne tempo narzucał Piotrek a ja podążałem za odrobinę oddalonym światłem z Jego czołówki. Żółty szlak okazał się być całkiem łaskawy i pod względem nachylenia dość przyjemny w podchodzeniu. Po trudnym do sprecyzowania czasie przeszliśmy przez asfaltową drogę na Zakręcie Śmierci, teraz jeszcze mozolna i powolna wędrówka na Wysoki Kamień, do którego dotarliśmy około godziny 01:00. U podnóży schroniska znajdował się Punkt Kontrolny gdzie organizatorzy w swej uprzejmości dali nam kawałek plandeki, na której ochoczo położyliśmy chociaż plecy i głowy. Samo schronisko niestety było nieczynne, lecz nie miało to już większego znaczenia, od teraz liczyło się jak najszybciej ukończyć Przejście. W tym momencie dobiegł do nas pierwszy uczestnik Biegu dookoła Kotliny Jeleniogórskiej, przez chwilę z nami porozmawiał i ruszył dalej, na nas też już była pora by ruszyć dalej w przygodę. Powstawaliśmy na nogi i od razu wstąpił w nas nowy duch walki, teraz był dosyć łatwy i nieuciążliwy odcinek ku Kopalni Kwarcu Stanisław i dalej niestety nieprzyjemnie przeze mnie wspominany asfalt do Jakuszyc.

W trakcie marszu na Kopalnie, ponownie mieliśmy kilka tematów do rozmów, sama trasa tutaj prowadziła pośród urokliwych Gór Izerskich i przebiegała sprawnie. Koło Kopalni, na drobnym płaskowyżu sceneria była nie do opisania, ciemność, pusta przestrzeń, skalne podłoże i światło naszych czołówek. Teraz przed nami było długie i nużące zejście do Jakuszyc, głównie po drodze asfaltowej. Kiedy maszerowaliśmy po monotonnym asfalcie, wszyscy zaczęliśmy odczuwać niedobór snu, zasypialiśmy w trakcie chodu by natychmiastowo się obudzić i ponownie usnąć, każdy z nas zaczął chodzić slalomem. Była to straszna tortura, której skutkiem jest fakt iż niewiele pamiętam z tej  godziny zejścia, przez muszę teraz ten moment pominąć i przeprosić Was za to. Do Punktu kontrolnego w Jakuszycach dotarliśmy około godziny 03:00, to ostatni punkt na trasie przed metą, stąd już było prowizorycznie blisko i równocześnie daleko. Piotrek był zdania, że powinniśmy ruszać czym prędzej, lecz drogą demokratyczną ustaliliśmy, że w tym stanie nie poradzilibyśmy sobie z tak zwanym Przedziałem. Zameldowawszy się, zeszliśmy nieco niżej, gdzie natrafiliśmy na otwarty hotel, w którym poprosiliśmy o możliwość by usiąść w ciepłym holu. Okazał się to być prawdziwy luksus. Kiedy usiedliśmy, pod niskim parapetem w holu, na przysłowiowe piętnaście minut, nieoczekiwanie przysnęliśmy na około 40 minut. Kiedy się obudziliśmy, z jednej strony było nam szkoda tego straconego czasu ale z drugiej strony ten sen dodał nam niespożytą porcję sił.

Teraz wypoczęci i zregenerowani, rozpoczęliśmy ostatni etap, przed nami był legendarny Przedział. W tym roku trasa została przeorganizowana i poprawiona, także było zdecydowanie łatwiej niż przed rokiem. Zielony szlak, nie stanowił większego problemu, w czasie około 70 minut dotarliśmy na Owcze skały z których już było niedaleko ku zejściu w stronę Kamieńczyka. Kiedy rozpoczęło się schodzenie, zacząłem przypominać sobie wcześniejsze momenty na trasie, od mety dzieliło nas 40 minutowe zejście, po stromych skałkach, pośród drzew i w ciszy gór. Od tego momentu już nic się nie liczyło oprócz zejścia na dół i zakończenia tej wędrówki. Za Kamieńczykiem zejście nie należało do szczególnie przyjemnych, lecz wszyscy czterej zmierzaliśmy dzielnie, czym prędzej do końca naszej wędrówki, w tle rozpościerał się szum wody z wodospadu. Niedługo skręciliśmy w prawo na czarny szlak a następnie w lewo w dół w leśną ścieżkę, po korzeniach. Tutaj odczuliśmy niewiarygodną chęć na przyspieszenie tempa, nagle zaczęliśmy się uśmiechać od ucha do ucha, żartować, że skoro już tu jesteśmy to może powinniśmy od razu ponownie pójść na trasę. Moi trzej towarzysze, stwierdzili, że prawdopodobnie to ich ostatnie Przejście. Po krótkiej chwili, naszym oczom ukazało się oświetlenie Szklarskiej Poręby. Parę kroków nas oddzielało od zakończenie tej wyprawy. Przy zegarze odmierzającym czas, na 5 minut przed godziną 6:00 rano, po niecałych 34 godzinach od startu, po raz ostatni podałem numer 60. Jeszcze tylko wejście po schodach na piętro, uścisk dłoni głównym organizatorem i odebranie dyplomu. Tym samym zakończyło się mój udział XII Przejściu dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza.

Dziękuję za wysłuchanie moich wspomnień z tego wyzwania, dzięki któremu odnalazłem siebie na nowo i zrozumiałem co dla mnie się w życiu liczy, a właściwie, nie co ale kto, a dokładnie to ludzie się w życiu liczą, zwłaszcza Ci, dla których można być gotowym poświęcić wszystko i zapłacić najwyższą cenę. Teraz rodzi się pytanie, ”czy wezmę udział w Przejściu za rok?”. No cóż na to pytanie odpowiedzi nie znam nawet ja, dziękuję.