Przesłanie z PRZEKĄSEM

Relacja nadesłana jako pozakonkursowa – jednak zamieszczam. Warto przeczytać.
Lupus

Tak naprawdę, nie wiem, co Wam opowiedzieć. Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej to bardzo intymna zabawa. Przeżyć, a przeczytać, to DUŻA różnica. Prawdopodobnie przeciętny czytelnik, co drugi wers, w którym wspominamy o błocie, senności, zmęczeniu, czy deszczu, nazwałby zwykłym pieprzeniem trzy po trzy.

Jeśli jesteś przeciętnym czytelnikiem… Będę pieprzył. Trzy po trzy. Z tą małą różnicą, że w odróżnieniu od relacji sprzed dwóch lat, która decyzją głosujących zyskała miano zwycięskiej, nie będę pisał pod publikę. Tym razem chciałbym trochę posmarować małomiejskim PRZEKĄSEM.

Tu i ówdzie.

***

Program 8 – SYNTETYKI. Pokrętło na 30 stopni Celsjusza. Stoję przed pralką automatyczną rodem z Milanu, Candy Aquamatic 6 T, najlepsza technika dostępna na rynku, zgodnie z wolą producenta. Jest piąty listopada. Wrzuciłem swoją żółtą puchową IGUANĘ do pralki.

„Wash separately”, napisali na metce. Wypełniający wnętrze tej metalowej skrzyni strumień wody obficie zmoczył tkaninę. Wprawiony w obrotowy ruch bęben już po kilku minutach sprawił, że dumna, zgrabna i wypchana iguana stała się zbitą mokrą szmatą. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz, będący wynikiem wspomnień sprzed ponad miesiąca….

***

Założenia były proste. W pamięci utkwiły mi szczególnie dwa – mało w plecaku oraz suchą nogą przez Karkonosze. Pierwsze udało się spełnić w 100%, a co do drugiego… prognoza pogody ­wbrew niemalże zbiorowej modle­ tym razem się sprawdziła. Pierwsze krople złapały nas w niespełna dwie godziny po starcie, w okolicach Łabskiego Szczytu. BOMBA. Cieszę się, że przynajmniej udało mi się pokazać mojemu kompanowi – geodecie Jackowi – świetlistego węża, ciągnącego się karkonoskim grzbietem (czyt. ciąg uczestników Przejścia idących jeden za drugim z włączonymi czołówkami). Lubię tego węża, a na jego widok serce jakoś mocniej obija się o żebra. Później był już tylko deszcz, wiatr i mgła. W Odrodzeniu zatrzymaliśmy się tylko na chwilę. Nie serwowano zupy czosnkowej, a przynajmniej tak przyjąłem, aby szybciej wyjść ze schroniska. Mieliśmy zjeść coś ciepłego w Domu Śląskim… W Domu Śląskim szczęśliwie znaleźliśmy wolne miejsce przy stole, nieszczęśliwie w przeciągu przy drzwiach. Obydwie koszulki miałem już mokre, a dreszcze smagały me plecy raz po raz. Nie pomogły wlane w siebie dwie gorące herbaty, pojawiały się czarne myśli i by nie przedłużać tej pełnej dramaturgii sceny, postanowiliśmy jak najszybciej wyjść. Ubrałem na siebie żółtą puchową IGUANĘ. Co miało odparować – odparowało, co na dole było mokre, na Śnieżce mokre już nie było. Oprócz tego, że na Czarnym Grzbiecie Jacek przysnął podczas maszerowania i wpakował się w kosodrzewinę, nic wartego odnotowania się nie działo. Oczywiście o syfie na Kowarskim Grzbiecie nie ma co wspominać.

W Schronisku na Przełęczy Okraj byliśmy nad ranem. Obiekt już dawno nie przeżywał takiego oblężenia i sprawiał wrażenie, jakby lada moment miał pęknąć w szwach. Nasz postój w schronisku miał trzy punkty kulminacyjne. Po pierwsze, ratowanie stóp, czyli cudokremy i takie tam. Po drugie – ciepły żurek. I po trzecie – rozczarowanie.

ROZCZAROWANIE #1 Tu mała retrospekcja. Niespełna rok przed przejściem, popijając kawę opowiadałem nowemu szefostwu, czym jest Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej i jak dobrze byłoby zatrzeć niemiłe wspomnienie po poprzednich gospodarzach. Byłem naprawdę pod dużym wrażeniem, jak obiekt odżył i kibicowałem (nadal to robię!) dzierżawcom, aby wszelkie inicjatywy przez nich podjęte udało się zrealizować. Teraz, siedząc na najniższym stopniu schodów patrzę i nie wierze­ krzyki na śpiących na szerokiej kanapie nieopodal drzwi, że niby brak kultury, że pokojów nie wykupili, a śpią; krzyki na siedzących na schodach, że na górze są pomieszczenia prywatne, a przecież nikt na górę nie wchodził, ludzie siedzieli na schodach, bo to już było jedyne wolne miejsce; krzyki, że ostrzegano szefostwo, że tak będzie, a głupie szefostwo nie wierzyło i dało się namówić. Po porozrzucanych po kątach, przemoczonych i obłoconych Przejściowiczach było widać, że nie wiedzą, jak zareagować. Większość wbiła wzrok w ziemię, bo takie posunięcie dało nadzieję na jeszcze jedną chwilę w suchym i ciepłym miejscu. Podziękowałem ślicznie za gościnę i wyszliśmy, pozostawiając tę farsę za sobą.

***

Mimo, że partie Rudaw Janowickich, którymi się poruszaliśmy, nie należą do ulubionych, szło się naprawdę dobrze. Było już jasno. Było ­bardziej­ sucho. Było śniadanko na Skalniku. Podczas skakania nad rozrzuconymi kamieniami, przy jednym z zejść przypomniało o sobie jackowe kolano. W tym miejscu chciałbym podziękować w imieniu kolegi organizatorom Jesenickiej 60, którzy w tym roku obdarowali startujących rozgrzewającymi i chłodzącymi żelami. Pomogły koledze, a jak się okaże za kilkadziesiąt kilometrów – mi także pomogą. Wszystkim Przechodzącym polecamy poranną kąpiel w Hutniczym Potoku, który znajduje się tuż przed pierwszymi zabudowaniami Janowic Wielkich. To odpowiednie miejsce, by zmyć z siebie trud minionej nocy. Błoto też można zmyć.

Przez Janowice przemknęliśmy dość szybko, tylko na moment zatrzymując się w tutejszym markecie.

***

Opuszczając miejscowość, Jacek chyba nie wierzył, kiedy mówiłem, że podejście na Różankę to taka mała „dzida”. U góry wszystko było już jasne. Całe szczęście, od bufetu na Makaronowej Górze dzielił nas krótki dystans.

Makaronowa Góra, jak to określił na Górskich Wyrypach Przejściowicz Michał (korzystając z okazji pozdrawiam!), już niebawem może stać się ośrodkiem pastafarianizmu. Tu odsyłam w internety, by zrozumieć o czym mowa i z czym zjeść tę pastę. Żeby nie było niejasności – naprawdę jesteśmy wdzięczni, że na trasie znajduje się bufet!

ROZCZAROWANIE #2 Idziesz całą noc, w sumie już od ponad 15 godzin idziesz, sporą część w trasy w deszczu i brodząc w błocie, mając 60 kilometrów w nogach docierasz do bufetu i dostajesz miseczkę makaronu, gdzie dodatkiem jest kilka ziarenek kukurydzy, kilka cząsteczek brokuła… Jacek mówił, że miał jeszcze dwie fasolki, ale nie chciałem się rozczarować jeszcze bardziej, więc mu nie uwierzyłem. Całe szczęście była herbata, bo suchego makaronu nie dałoby się przełknąć. Herbata wygrała. Rozczarowanie tym większe, że kilkadziesiąt kilometrów dalej dogonił nas ktoś z ogonka i opowiedział, jak obsługujący bufet jegomość odkrył przy nim pojemnik z sosem. W to już uwierzyłem…

Po odpoczynku na Różance szło się dziarsko. Trochę motywowały nas już wyraźnie słyszalne grzmoty. Niestety, tym razem to nie były odgłosy dobiegające z pobliskich wojcieszowskich kamieniołomów. W akompaniamencie kolejnych z serii pierwszych kropel deszczu zaliczyliśmy piąty PK, usytuowany na 66 kilometrze trasy. Decyzja była zaskakująco szybka – prześpimy się w pobliskiej wiacie koła łowieckiego. Układając się do snu na przeznaczonej ku temu półce, wyjrzałem przez okno i… dostrzegłem filigranową posturę Piotrka Jochymka, który truchtał bark w bark z jeszcze jednym biegaczem. „Dobre zawody Panowie” ­ pomyślałem i pogrążyłem się we śnie.

ROZCZAROWANIE #3 Nie minął kwadrans, kiedy wybudził nas warkot przejeżdżającego nieopodal samochodu. Dostawczego, jak się okazało. Chwilę później do wiaty wszedł nieznajomy Przejściowicz. Za nim dumnie wkroczyła cała zadowolona gromada. Z wypchanymi torbami podróżnymi na ramionach. Z śpiworami w dłoniach. No i z flaszką, rzecz jasna. Kiedy ów gromadka zorientowała się, że jesteśmy nad nimi i kiedy Jacek doń wystrzelił, że myślał, że oni tak idą całe Przejście, usłyszeliśmy „trzeba sobie jakoś radzić”. Jasne. I pomyśleć, że niektórzy przez pieprzone 145 kilometrów taszczą na plecach śpiwory i karimaty; z tego miejsca zdwojony szacunek dla tych, którzy rozumieją ideę próby, jaką jest Przejście. A może to ja już nic nie rozumiem…?

Podczas gdy biesiada się rozkręcała, zawinięty w folię NRC myślałem o tym, by czymkolwiek zatkać sobie uszy. W zasięgu ręki znalazłem tylko suszące się skarpetki…

Cały proces zasypiania, spania, odbierania telefonów od potrafiących wyczuć odpowiednią chwilę znajomych i wybudzania, zajął nam ponad 1,5 godziny. To, co miało spaść z nieba, właśnie spadać skończyło, a my mogliśmy kontynuować swoją wędrówkę. Od Przełęczy Komarnickiej do PK pod Okolem nie mijaliśmy nikogo, prócz tych, którzy zrezygnowali z Próby i koczowali przy punkcie transportowym. Zbliżała się godzina 20, czyli start Połowy Przejścia. Mijając jego miejsce, zapadła niezręczna cisza. Kontakt z pachnącą, świecącą, świeżą hordą był nieunikniony. Dopadli nas na 75 kilometrze, kiedy leniwie popijaliśmy kawkę na kolejnym PK. Do teraz śmiać mi się chce z jegomościa, który stwierdził, że mamy zły czas i bardzo się przy tym upierał. Szanowny Panie, powtórzę raz jeszcze – gdybyśmy się chcieli napinać, pojechalibyśmy na HARPAGANA. Lubimy iść, czerpiąc przyjemność z samego faktu, że idziemy. Ot, taki spacerek bez zobowiązań, podczas którego składowe otaczającej nas rzeczywistości, w tym czas, schodzą na dalsze plany. Dziękuję.

Po pysznej kawie ufundowanej ponoć przez Nadleśnictwo, podgoniliśmy Połówkowiczów, aby wspólnie potaplać się w błocie. Wiadomo, że byliśmy już troszkę „styrani”, dlatego wkomponowanie się w wesołą gromadę było jedynym sposobem na utrzymanie mocniejszego tempa. Górę Szybowcową, otagowaną jako kolejny punkt kontrolny, osiągnęliśmy naprawdę szybko.

***

Będąc w Jeżowie Sudeckim Jacek znów poczuł, że ma kolano. Całe szczęście, typ człowieka „geodeta”, to osoba, która wszystko wie, ale także, jak to się mawia „ma jaja”. Dalszy marsz poprzedził telefon na Szybowcówkę, gdzie Jacek miał wtykę na punkcie kontrolnym. Jak się okazało, od momentu kiedy pożegnaliśmy się z ciasteczkami, u Pań sędzin nikt jeszcze się nie zameldował. Co więcej, z trójki Przejściowiczów, która szła jakieś cztery godziny przed nami, dwie nadal błąkały się w masywie Gapy, a jedna skręciła kostkę (jak widać, nazwa zupełnie nieprzypadkowa [jak się później okazało, w różnych momentach z krzaków dołączył do nas z tuzin tułających się wędrowców]). Idealna motywacja i impuls, by przemknąć przez ciemny bór osnuty mgłą w jednym kawałku i we właściwym kierunku. Dalsze sceny nazwałbym typowymi dla amerykańskich horrorowatych gniotów. Gdzieś nad nami trzaski łamanych gałęzi, gdzieś za nami krzyki. Właśnie w tym momencie, kiedy wypadało patrzeć praktycznie na każdy kamień i każde drzewo, zadzwoniła do mnie moja Kasia. Relaksowała się po uroczystej gali w Krakowie, gdzie miała zaszczyt przy pełnej auli wygłosić prezentację na temat swojej pracy magisterskiej. Pewnie do teraz nie rozumie, czemu zamiast trwać u Jej boku, postanowiłem taplać się w błocie. W środku lasu. W nocy. Suma sumarum, być może pamiętacie, jak dwa lata temu dałem sobie pstryczka w nos, komentując, aby docenić wagę słowa „rekonesans”? Odrobiłem zadanie domowe i do 94 kilometra, tj. do PK 8 przy elektrowni wodnej Bobrowice I, dotarliśmy bez niespodzianek.

***

Stacja LOTOS w Goduszynie po raz kolejny przyjęła nas z otwartymi dystrybutorami. To już była noc, więc ciepła kawa rozgrzewała od środka, łechcąc po drodze podniebienie. Tu przygarnęliśmy pod swoje ramiona chłopaków (Szczecin iii… Rumia?), na których udało mi się wymusić, by szli z nami na własną odpowiedzialność. Człowiek zmęczony, to i w maliny łatwiej wleźć.

Z tego miejsca chciałbym podziękować młodej Pani z PK w Goduszynie, po rozmowie z którą zrobiło się jakoś raźniej. Dołączył do nas jeszcze jeden jegomość Przejściowiec. KOMORZYCA i spółka. O tym, czego nie otrzymała dwa lata temu, a o co upomniała się w zeszył roku ­i to z nawiązką w moim skromnym mniemaniu­ w tegorocznej edycji mogła tylko pomarzyć. Po raz kolejny sięgam po magiczne słowo „rekonesans”, dzięki któremu w Wojcieszycach znaleźliśmy się luźną nogą, a ja mogłem się cieszyć, że nie zawiodłem tych, którzy mi zaufali.

***

Niebieski szlak porozrzucany na polach za Wojcieszycami, Zimna Przełęcz, Bobrowe Skały i oto zasiadamy w namiocie w Górzyńcu. Tu ciasteczka, kawka, kiełbaska, papryczka, ogóreczek, ognisko – raj na ziemi. Było bosko. Wysoki Kamień i przedostatni punkt kontrolny na 119 kilometrze osiągnęliśmy w rewelacyjnym, trochę nierozsądnie rwanym tempie. Tu już zaczęło się udzielać głowie, której wydawało się, że jesteśmy rzut kamieniem od mety. De facto, tych rzutów pozostało jeszcze trochę.

ROZCZAROWANIE #4 Wchodzimy do „schroniska” na Wysokim Kamieniu, widzimy innych Przejściowiczów z numerkami na plecakach. Wychodzimy, by odsapnąć na świeżym powietrzu, by po kilku chwilach ruszyć w dalszą drogę. Znów widzimy tych samych Przejściowiczów. Bez numerków, schodzących w kierunku Szklarskiej Poręby czerwonym szlakiem. Było to dla nas dziwne, ale to nie nasza sprawa. Jak wytłumaczyć ponowne pojawienie się przed nami numerków na plecaku i w kilka godzin później przy Wodospadzie Kamieńczyka?

***

Z tym Kamieńczykiem wybiegłem trochę za daleko. Najpierw były bardzo nużące Góry Izerskie. Tam właśnie zmęczenie dało nam się we znaki, do tego stopnia, że mijany jegomość Przejściowiec, w kurtce i slipach, w ogóle nie był dziwnym widokiem. Już mocno rozluźnieni dopuściliśmy się kilku żartów na PK w Jakuszycach. Nikt z nas ­a było nas trzech­ nie zdawał sobie sprawy z faktu, że to, co przeszliśmy, to był zaledwie czyściec. Prawdziwe piekło miało się dopiero zacząć. Przekonaliśmy się o tym dość szybko. Jacek otrzymał sms’em komunikat z UM w Jeleniej Górze. Coś o burzy i deszczu. Faktycznie, chmury się trochę zakłębiły. Już po zejściu z szosy rozpoczęła się fatalna passa, zapoczątkowana deszczem. Założyliśmy pałatki, by szybkim krokiem dotrzeć do miejsca, w którym rozpoczynało się obejście szlaku wytyczone przez nadleśnictwo Śnieżka. Zaczęło lać. Nie wiem, czy dobrze kojarzę, ale z mapy wynikało, że obejście szlaku poprowadzono potokiem. Czyżby Kamienna? W mgnieniu oka zrobiło się dużo wody. Podłoże w postaci mchu przygotowało nam wyszukaną zabawę – co krok, to w wodzie niemal po kostki. W pewnym momencie straciło to znaczenie, bo chyba już każdy z nas zapomniał, że ma na stopach buty. W ścianie deszczu dogoniliśmy większą grupę, z którą w niewyjaśnionych okolicznościach dotarliśmy do miejsca starego przebiegu zielonego szlaku. Brodzenie w bagnach i zwiedzanie ­jak się genialnie okazało­ Owczych Skał, a następnie powrót do zielonego szlaku, zajęło nam jakieś 1,5 godziny. Krew mnie zalała. 

Później był już tylko stary tor saneczkowy i meta. Oczywiście radość i satysfakcja. Ale i duży niesmak, wynikający z tego, że zakręciliśmy się przy sławnym Przedziale niczym mopsy. Trasę blisko 145 kilometrową pokonaliśmy w 42h i 25 minut. Na pewno cieszy fakt, że byliśmy w gronie 150 uczestników, którzy dotarli do mety, spośród około 450 startujących.

Wszystkim Przejściowcom z głębi serca chciałbym życzyć, aby przyszłoroczna Próba została pozbawiona jednego ­chyba przyznacie, że kluczowego­ elementu. DESZCZU.