W suchych skarpetkach przez Kotlinę Jeleniogórską

W suchych skarpetkach przez Kotlinę Jeleniogórską

Douglas Adams pisał, że w podróżach międzygalaktycznych do podstawowego ekwipunku należy ręcznik. Niezbyt duży, ale za to z wydrukowanym dużą i przyjazną czcionką napisem „Nie panikuj”. Podczas przejścia połowy Kotliny Jeleniogórskiej, bo taki dystans w tym roku pokonałam, ekwiwalentem ręcznika okazały się skarpetki. Niekoniecznie z przyjaznymi napisami, ale koniecznie suche. Dodatkowa para (albo trzy, jeśli, jak ja, nie potraficie się powstrzymać przed ich zmianą „co jakiś czas”) suchych skarpet powinna należeć do obowiązkowego wyposażenia piechura ostrzącego sobie zęby na marsz dookoła Kotliny. Obok czołówki, kompasu, folii NRC (która zapewnia takie poczucie bezpieczeństwa jak kocyk Linusa z „Fistaszków”) czy apteczki. Tylko skarpetkom zawdzięczam pokonanie ok. 70 km (+ kilka w gratisie), dlatego to właśnie im postanowiłam oddać głos w tej relacji.

Szare maratońskie, czyli start

„Znowu w coś nas wpakowała” – szare maratońskie skarpetki rozejrzały się we wnętrzu malutkiego 17-litrowego plecaczka. Widoczność utrudniały upchnięte, gdzie się tylko da, opatrunki i plastry, czyli obowiązkowy ekwipunek. Gdzieniegdzie widać było kanapki i batoniki – „No tak, przecież 5 km nie przejdzie bez kanapeczki. A potem, jak zwykle, zacznie marudzić o krwistym steku” – skomentowały. Na szczęście były też znajome: czerwone frotte i jakaś nowa para: czarne w kwiatki, które co prawda już zdążyły się pozbyć metki, ale i tak nieco stremowane zastanawiały się, co je czeka. „Na dodatek jeszcze spakowała te lekkie buty do biegania, a przecież na weekend zapowiadali deszcze…” – szare miały wiele powodów do narzekań.

Szybko wyjaśniła się tajemnica kolejnego (durnowatego – gdyby ktoś zapytał skarpetki o zdanie) pomysłu właścicielki. 21 września o godz. 20.00 na przełęczy Widok zgromadziło się jeszcze wiele innych par skarpet. Część ciekawsko wyglądała zza cholewek butów, ale inne, w ciemnościach wysokich butów z membraną, przeklinały swoich właścicieli. Na szczęście nie padało. Po chwili oczekiwania wszyscy ruszyli… asfaltową drogą. Co jakiś mijały ich samochody, nieco rzadziej któryś z nich zwalniał, by ciekawski tubylec mógł zapytać, co duża grupka świetlików (w tym Ania, Janek, Robert i Mateusz) robi po 20.00 na drodze. I zadumać się nad brakiem rozsądku właścicieli setek skarpet. Monotonia spaceru została przerwana przez pierwsze błoto. Dziarski marszowy krok zamienił się w nieco mniej godne podskoki, które miały uchronić buty (i skarpetki) przed utonięciem w kałuży albo błotnej koleinie. Przez jakiś czas udawało się oszukać przeznaczenie i szare nawet przyłączyły się do ochoczego pogwizdywania Janka – jednego z towarzyszy marszu. Aż nastała podmokła łąka. „Ziiimno…” zwinęły się skarpetki, już nieco zawilgocone i zyskujące nowy, bury, kolor. „Co za…” – kolejne marudzenie skarpetek zostało zagłuszone solidnym chlupnięciem – właścicielka nieopatrznie weszła w dość głęboką kałużę. Potem już większych wpadek nie było, ale i tak aż do samej Góry Szybowcowej (PK 7) teraz już szaro-bure nie miały szansy porządnie wyschnąć. Na Górze Szybowcowej nastąpił popas i wyczerpane szare zostały zastąpione nową parą. Gdyby tylko miały ręce, poklepałyby po pięcie ze współczuciem czerwone frotte. Ale że nie miały, to tylko melancholijnie zwinęły się w kłębek i kiwały się sennie pośród plastrów i opatrunków oraz uszczuplonego już mocno zapasu kanapek.

Czerwone frotte

„Przecież wcale nie jest tak źle” – czerwona para miała bardziej optymistyczne podejście do życia i maratonów pieszych. „Żadnych kałuży, no może buty nie są takie suche, ale jakoś można to przetrwać” – kontynuowały rozmyślania podczas (suchego) zejścia do Jeżowa Sudeckiego.

Z zadumy wyrwał je dopiero szum wody – piechurzy dotarli do EW Bobrowice, gdzie nawet kilkoro (w tym właścicielka czerwonych) uczestników skoczyło z radości na widok ciastek (marząc o ciepłej herbacie). Posiliwszy się, ruszyli w kierunku „Perły Północy” skąd już dobiegały odgłosy wesela. „Ach, a może by tak urwać się z tej imprezy i pójść na tańce” – rozmarzyły się czerwone. Stanowczy krok właścicielki przerwał ich marzenia – pozostałe im tylko tęskne wyzieranie zza cholewek butów.

Czerwone powoli zasypiały, kiedy ok. 3.00 w nocy obudził je gwar dochodzący ze stacji benzynowej przed Goduszynem. Ta mała stacja tuż obok ruchliwej nawet w środku nocy drogi przyciągała wszystkich uczestników przejścia pysznymi (po 30 lub 100 km) hot-dogami i obłędną (po 30 lub 100 km) kawą. Tak posileni niektórzy piechurzy układali się na podłodze zawinięci w złotą folię i łapali chwilę snu przed dalszą drogą. Entuzjazm skarpetkowej pani wzbudziła łazienka. Skarpetki też były zachwycone rytuałem hamam. Tzn. obmywaniem wdzięcznych stóp i szczegółowym ich przeglądem w poszukiwaniu odcisków (nie znaleziono). Czerwone już miały się wsunąć na nieco czystsze stopy, kiedy zauważyły ich interesującą siność. Popędzane przez właścicielkę w końcu wylądowały w butach i z żalem opuściły gościnną stację. Po drodze nieco przytemperowały swój przedwczesny zachwyt trasą – na przeszkodzie do punktu stanęła kolejna podmokła łąka. Po krótkim postoju („A gdzie masaż?” – wzdychały stopy) wszystkie nogi ruszyły śladem czerwonego ludzika wymalowanego na drzewach. Wypatrując niecierpliwie tego nieco kapryśnego przewodnika (czasem szlak się gubił), dotarły do Komorzycy, gdzie leżało trochę przewróconych przez burzę drzew. Właścicielka zamiast godnie i uważnie stawiać kroki, pozwoliła sobie na rącze przeskakiwanie między zwalonymi pniami, co pozwoliło jej zwiększyć dystans do reszty towarzystwa. Czerwone zaniepokoiły się – między drzewami nie widać było nawet czołówek grupy, która ich wyprzedziła. Na szczęścia po chwili w nawiedzonym lesie właścicielka zdecydowała się poczekać na kolegów (i ich skarpetki) i dalej raźno maszerować z nimi.

Świt powitał ich w sennych Wojcieszycach (dla niektórych był to 35, a dla jeszcze odważniejszych 105 km marszu). Przystanek autobusowy koło kościoła i kukieł reklamujących tegoroczne dożynki zapraszał do zwinięcia się w kłębek i owinięcia w folię, ale i tę pokusę szybko przezwyciężono. Droga znów wypadała przez jakieś pole, znów jakieś podmokłe, na dodatek zamieszkałe przez groźnie pomrukujące krowy. “Muuuu” – zaryczały – czerwone przysięgłyby, że właśnie na ich widok. W końcu znaleźli samochód zaparkowany przy jakiejś bocznej dróżce, czyli PK 10. Jednak i ten postój nie trwał długo. Na dodatek zaczął siąpić deszcz. Przytomna właścicielka okryła się foliową peleryną, która chroniła plecak i przyległości przed zmoknięciem. Czerwone nie miały już tyle szczęścia. “Gul, gul…” – skarpetki co chwilę dławiły się nową porcją wody wpadającą do butów. Poznały się też z błotem, które szybko sprawił, że przestały się wyróżniać kolorystycznie. Dochodziła 9.00, kiedy dotarli do namiotu niespodzianki, tuż przed Górzyńcem. W niespodziance była miła pani, ale i drożdżówki, herbata, kawa oraz zblazowany i zmoknięty pies pod jedną z ławek. I ognisko z kiełbaskami! Zaaferowana właścicielka zaczęła pochłaniać bułkę z kiełbasą z ogniska (zapasy kanapek były na wyczerpaniu), a czerwone oddały się rozmyślaniom – „Co ona sobie myśli, jesteśmy już całkiem przemoczone, a ta nawet nie pomyśli o wymianie. Niech te czarne nówki zobaczą w końcu, co je czeka…” Ciche apele skarpetek nie zostały jednak wysłuchane. One same szybko zapomniały o swoich pretensjach w obliczu nowego zagrożenia. Ostre zejście do wsi sprawiło, że zaczęły się obawiać, czy po tej wycieczce czeka je nie tylko wyrzynanie, ale i cerowanie dziur na palcach. Tuptanie z górki jednak wkrótce zamieniło się w sapanie – zaczęło się podejście. Czerwone usłyszały coś tylko o Zakręcie Śmierci. Sapanie trwało jakieś dwie godziny, po czym zwiększyło intensywność – z nogawki odpadła łata błota, więc czerwone mogły zobaczyć ostre podejście do schroniska na Wysokim Kamieniu. Jednak na podziwianie lesistych widoków nie było czasu – czerwone zeszły z posterunku, a ich miejsce zajęły

Czarne w kwiatuszki

Kiedy właścicielka jadła najlepszy żurek w swoim życiu (bo po 50 km marszu), czarne krytycznie przyjrzały się jej stopom – „Ten siny miejscami chyba przechodzi w zielony”. Wyglądało na to, że stopy próbowały się dostosować do deszczowego otoczenia. „Ciekawe, ile czasu trzeba na wykształcenie błony międzypalczastej” – kontynuowały czarne skarpetki już po wyjściu ze schroniska. Mogły sobie na to pozwolić, droga wcale nie przypominała forsownego podejścia. Od czasu do czasu na ścieżce pojawiały się jakieś wystające korzenie, ale powoli docierali do zabetonowanych Gór Izerskich. Szklarska Droga wiła się między drzewami. Nie padało, ale nie było też słońca. Żadnych strumyków. Czarne uznały, że został im przydzielony najłatwiejszy kawałek, drogi, żeby nie powiedzieć najnudniejszy. Szybko dotarli do Polany Jakuszyckiej. Czarne były bliskie uśnięcia. Ocknęły się znowu na dźwięk klaksonów – szli wzdłuż ruchliwej drogi. Asfalt jednak szybko się skończył, a droga wiodła przez las. Czarne znów przymierzały się do drzemki, kiedy ich uwagę przyciągnął coraz intensywniejszy szmer. Mający wyraźne cechy małego strumyczka. „Co tam strumyczek, przeskoczy się i tyle” – czarne zlekceważyły dźwięk. Jednak po chwili do szmeru dołączyło bulgotanie, a zamiast miarowych kroków słychać było pluskanie. Droga rozdzielała się. Z lewej strony była niepewna ścieżka. Zdecydowali się iść szlakiem. A ten przypominał błotnisty wąwóz, który na dodatek piął się w górę. Trudno było dostrzec jakiś stabilny fragment gruntu, a chodzenie zamieniło się w chwiejne balansowanie między koleinami. Szum zlekceważonego przez czarne strumyczka nasilał się. Nie było wiadomo, czy właścicielka wraz z kolegą wybrali dobrą drogę – z mapy wynikało, że szlak się kończy i trzeba zejść na którąś ze ścieżek. A tych było bez liku. W końcu doszli do, jak przypuszczali, właściwego rozwidlenia. Czarne nie zwróciły na to uwagi, zajęte rozważaniem, jak zachęcić właścicielkę do reklamacji. Chciały wrócić do suchego sklepu, do metki, a w ostateczności trafić do nowego, bardziej odpowiedzialnego, właściciela. Do rzeczywistości przywróciła je kolejna głęboka kałuża, a w zasadzie mini staw, w którym o małe włókienko by się nie utopiły. A właścicielka nie zostawiła przynajmniej jednego buta. Zresztą wyglądało na to, że i ona miała dość. Nawet do skarpetek dochodziły jej pomrukiwania i sarknięcia (skarpetki przysięgłyby, że słyszały też pociąganie nosem), które dość wyraźnie wskazywały, że dobry humor został za którymś z wcześniejszych zakrętów. Pojawienie się kamieni wcale nie polepszyło sytuacji. Na śliskich kamieniach układających się w stromą drogę w dół ślizgały się buty. Znowu też siąpiło. I znów tylko buty oraz skarpetki były mokre, bo całą resztę udało się schować pod kurtką przeciwdeszczową i foliowym płaszczem (tym samym, który jest ratunkiem niedzielnych turystów w górach). Określenie „mokre” nie oddawało w pełni stanu skarpetek, które niemal pływały w czarnych butach. Czarne czuły się jak na statku i nawet zaczynały u siebie dostrzegać pierwsze objawy choroby morskiej.

Właścicielka i skarpetki odliczali drogę do końca. Gdzieś po drodze zabłądzili i dotarli do Wodospadu Kamieńczyka, który, na szczęście, był już blisko mety. Koszmarne kamienie, czarny szlak, ale w końcu zza drzew zaczęły wyłaniać się budynki i dolna stacja wyciągu na Szrenicę. I meta. Z późniejszych relacji wynikało, że właścicielka ponoć się lekko uśmiechnęła, kiedy któryś z organizatorów pogratulował jej przejścia. Czarnym udzieliłaby się radość z osiągnięcia, gdyby nie to, że mokre wciąż tkwiły na stopach. A zmiany nie było. W budynku do którego weszli, rozdawano bułki i pamiątkowe dyplomy, ale nie dodatkowe skarpety. A tak przydałby się zmiennik. Czarne pamiętały jedynie, że gdzieś po drodze zdrzemnęły się na twardej drewnianej ławce (na szczęście, szczelnie owinięte złotą folią NRC). Potem na chwilę ocknęły się w pociągu do Wrocławia. W przedziale pociągu leżały trzy złote zawiniątka. Nawet wnikliwy obserwator nie dostrzegłby ani czubka nosa zza złotych papilotów. „Ta folia NRC to jednak wspaniały wynalazek” – oceniły czarne.

Wyglądało na to, że ich przygoda dobiegła końca. Wyprane, wysuszone i nieco udobruchane skarpetki zaległy spokojnie szafie. Do czasu, kiedy całe dwa dni po zakończeniu przejścia usłyszały, że w kolejnym roku ich właścicielka chce się zapisać na CAŁE Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej…