Przejście 2014

Przejście 2014

Pomysł na wzięcie udziału w PRZEJŚCIU zrodził się równie nagle, jak nagle pojawiła się pasja do gór. Przypadkiem trafiłem na stronę PRZEJŚCIA i już wtedy wiedziałem, że muszę wziąć udział w tym wydarzeniu – dla siebie, dla Chłopaków – po prostu;-)Z niecierpliwością wyczekiwałem nocy szybkich palców.01.06 punktualnie o północy postanowiłem spróbować zarejestrować się na PRZEJŚĆIE. Na dzień dobry błąd serwera. Czytałem, że rejestracja to trudna sprawa – kto pierwszy ten lepszy. Po chwili klikania w opcję „odśwież” udało się wczytać formularz rejestracyjny. Jeszcze tylko kilka chwil dzieli mnie od zapisania się – pomyślałem. Wciskam enter – poszło! Następnego dnia otrzymałem maila od LUPUSA teraz już na mur beton biorę udział we wrześniowym wydarzeniu. Wpłaciłem wpisowe, znalazłem się na liście startujących, teraz pozostało tylko czekać na wrzesień. W międzyczasie zdarzyło się kilka wypadów w góry. Trzeba było podszlifować formę. Dodatkowo zacząłem jeździć do pracy rowerem – nie zaszkodzi a nóż pomoże ;-)Na kilka dni przed startem ostatnie zakupy. Pojawiły się też pierwsze nerwy i wątpliwości. Po co?, na co?, dlaczego?, jak?, gdzie?, kiedy? – o mamo!!! Może w nogach forma już była ale głowa wymagała jeszcze przygotowania. Pierwszy start to ogromne emocje porównywalne dla mnie do dnia matury bądź egzaminu na prawo jazdy. Nastał 19 wrzesień. Po godzinie 18 dojechałem do Szklarskiej Poręby i od razu udałem się do punktu startowego. Kilka formalności, pakiet startowy i oto jestem;-)Dopiero zaczęło do mnie docierać na co się porywam. Ostatnie sprawdzenie ekwipunku, chwila relaksu i tuż przed 19.30 ponownie pojawiam się w miejscu startu na odprawie. Ile tu ludzi!!! Wyczuwa się pozytywną energię i mnogość emocji różnego formatu. Po odprawie nastaje minuta ciszy – jakże wymowna w swej „cichości”. Jeszcze nigdy nie słyszałem takiej ciszy. Wybija 20 –ruszamy!!! Zwarta grupa rusza w kierunku podejścia pod Wodospad Kamieńczyka. Sznur ludzi z magicznie wyglądającymi lampkami na czołach powoli przemierza metr po metrze. A ja z nimi – co za emocje!!! Radość, szczęście a przecież nikogo tu nie znam. Choć tego akurat w ogóle się nie czuje. Masz wrażenie jakbyś szedł w gronie przyjaciół, znajomych. Byle dalej, byle wyżej, byle do przodu. Po dłuższej chwili docieramy do wodospadu. Pierwsza zmiana garderoby – jest za ciepło więc pozbywam się kurtki i już mknę dalej ku Hali Szrenickiej. Idzie się dobrze, pogoda nie jest najgorsza, atmosfera wręcz kosmiczna. Tuż przy schronisku pojawiają się pierwsze problemy. Ból brzucha znacząco utrudnia marsz i nie wróży nic dobrego. Nie wiem – emocje, stres. Czuję, że muszę skorzystać w trybie pilnym z wc. Ale gdzie? Wszędzie ludzie, ciemno, głucho, góry – halo!!! – to nie dom. Trudno. Idę dalej z myślą w głowie – byle do Przełęczy Karkonoskiej. O zgrozo w okolicy Twarożnika zaczyna mocno wiać i kropić więc zanosi się na kolejna zmianę garderoby. Szybko zakładam kurtkę i zmierzam dalej do przodu.. Daleko jednak nie udaje mi się dojść – znów problem! Tym razem czołówka daje o sobie znać. Okazała się być potworem energetycznym i wymagała częstych zmian baterii. Szybki serwis i idziemy dalej. Jest czas na przemyślenia a noc temu sprzyja. Niestety już w strugach ulewnego deszczu docieram do schroniska Odrodzenie. Chwile wcześniej melduję się na pierwszym punkcie kontrolnym. Czas jest dobry ale ta pogoda – horror;-/ W schronisku pierwsze kroki kieruję do toalety – jaka ulga;-) Czeka tu na nas uczestników darmowa herbata – po tym krótkim wysiłku smakuje wybornie. Jak się później okaże herbata będzie czekała na nas wszędzie – drobna rzecz ale to był dla mnie bardzo miły gest ze strony tych, którzy mimo późnej pory czekali na nasze nadejście. Sprawdzam poziom przemoczenia – szału nie ma. Poprawiam sprzęt i ruszam dalej ku Przełęczy pod Śnieżką. Deszcz nieco odpuszcza ale buty zdążyły już przemoknąć. Podejście pod Pielgrzymy wydaje się nie mieć końca ale w pewnym momencie kompletnie przestaję o tym myśleć. Napawam się widokiem śpiących na dole miast. Mokry ale nadal szczęśliwy posuwam się do przodu. W okolicy Kotła Małego Stawu na moment przystaję. Mijają mnie inni uczestnicy, ja jednak postanawiam zostać tu chwilę dłużej i pomyśleć. O tych dla których, i poniekąd dzięki którym teraz tu stoję. I znów cisza. Cisza wokół i we mnie. Czas jednak iść dalej. Droga staje się już przyjemniejsza do marszu więc kolejne kilometry idą gładko. W oddali widzę już światła Domu Śląskiego skąpanego w gęstej mgle. W środku gwar i wrzawa. Tłum ludzi suszy przemoczoną odzież, buty, konserwuje stopy, posila się. Ja pierwsze kroki kieruję ku herbacie – i znów miłe zaskoczenie – ciepła, pyszna i darmowa;-). Potem przychodzi czas na ciepły posiłek. Jak miło wreszcie usiąść i odetchnąć zwłaszcza, że za chwil kilka czeka mnie mordercze podejście pod Śnieżkę. Posilam się, smaruję stopu CUDOWNYM kremem, którego reklamować tu nie trzeba i zbieram się do wymarszu. Nie pada ale gęsta mgła skutecznie ogranicza widoczność. Światło czołówki wydaje się w niej kompletnie zatapiać. Dwójka sędziów kieruje nas na właściwą drogę. Zaczynam długą, mozolną – dla mnie morderczą wspinaczkę i wciąż zmagam się z bólem brzucha.. Co róż przystaję by złapać oddech, którego ciągle mi brakuje. Dzięki Ci Boże za kijki trekingowe – gdyby nie one chyba bym tam nie wszedł.. Zakosami, we mgle, w końcu staję na szczycie. Światła obserwatorium nieco oświetlają otoczenie. Kieruję się ku zejściu ale pojawia się problem – we mgle kompletnie go nie widać. Okazuje się , że nie tylko ja mam podobny problem. Przyłączam się więc do napotkanej grupy i razem szukamy zejścia na Czarny Grzbiet. Chwilę błądzimy ale wreszcie widzimy drogę. Idziemy tak razem dłuższą chwilę zamieniając kilka zdań. Potem każdy już swoim tempem rusza dalej sam. Idę wśród gęstej kosodrzewiny, co róż ktoś mnie mija lub ja kogoś. Następny cel – Skalny Stół. Przy Sowiej Przełęczy miły pan w namiocie dba o to byśmy nie zboczyli przypadkiem na czeska stronę;-)Zaczynam wspinaczkę. W oddali widać migoczące światełka czołówek tych którzy są już daleko z przodu. Naprawdę niesamowity widok. Ciężko się idzie w przemoczonych butach ale to dopiero początek jak się później okaże. Docieram na Skalny Stół ale nie zatrzymuje się tylko zmierzam dalej ku kolejnemu punktowi wyprawy – przede mną Czoło. Szlak jest w tragicznym stanie – ulewa zrobiła swoje – mokro, błoto. A i sporo nóg już tędy przeszło. Kilka razy prawie witam się z matką ziemią ale cudem unikam upadku. I zaczyna się dla mnie chyba najgorsze patrząc z perspektywy odcinka trasy, który dany będzie mi przejść – zejście na Okraj. Powinienem to przemilczeć bo na usta cisną mi się tylko niecenzuralne słowa. Tu się nie szło – płynąłem wraz ze spływającym błotnym potokiem. Kijki ratują mnie przed całkowitym poddaniem się nurtowi. Buty przestają mieć dla mnie w tym momencie znaczenie – mam wrażenie jakbym już ich nie miał. Warunki są naprawdę ekstremalne – o wypadek nie trudno dlatego wzmagam czujność i ostrożnie stawiam kolejne kroki. W oddali widać już światła Przełęczy ale nagle na środku szlaku pojawia się niespodzianka. Koparka! Takiej atrakcji chyba nikt się nie spodziewał bo jej ominięcie było mało przyjemnym urozmaiceniem zejścia. Udaje się i mknę już prosto do punktu kontrolnego. Chwila rozmowy i melduję się w schronisku. A tam piekło – gorąco niemiłosiernie. Właściciele zadbali o to byśmy mieli ciepło i mogli wysuszyć przemoczoną odzież i buty. Chwała im za to jak i za kolejna porcje herbaty. Odpoczywam a jednocześnie daje o sobie znać mój brzuch. Wyrywam się więc z zapytaniem czy poratuje mnie ktoś stoperanem. Dziękuję Panu, który bez żadnych obiekcji wyciągnął swój ekwipunek i tym samym uratował mi życie. Jest 5.30 rano – czas więc ruszać dalej ku przygodzie. Czeka na mnie Przełęcz Kowarska. Idę sam miłym na tą chwilę asfaltem po czym nagle szlak ucieka w las. O ku…a!!!! Błoto jakby stado dzików tędy przebiegło. Myślałem, że już gorzej niż przed kilkoma chwilami podczas zejścia na Okraj nie będzie. Jakże się myliłem. Leśny odcinek nie jest na szczęście długi i po chwili znów wita mnie asfalt i trójka napotkanych uczestników z którymi udaje się w dalszą drogę. Przyjemna rozmowa skierowana jest rzecz jasna na temat przejścia i ilości prób. Sympatyczni ludzie a wśród nich Marysia. Z nią zmierzam dalej . Wymieniamy się przemyśleniami a jednocześnie Marysia jest taką moją późniejszą bohaterką. To ona motywowała mnie by nie zakładać idę dotąd czy dotąd. Idziesz do końca. Ułożyła mi trochę w głowie. Miłe towarzystwo uprzyjemnia mi drogę jednak nagle opuszczają mnie siły i pojawia się niekontrolowany ból w lewej stopie. Idę ale wiem, że muszę się prędzej czy później zatrzymać by sprawdzić co jest grane. Żegnam więc Marysie i przysiadam na pobliskim kamieniu. Jest już jasno i dość przyjemnie. Rozkładam się na trawie ściągam obuwie i widzę mocno spuchniętą stopę. Nie znam przyczyny tego stanu rzeczy ale domyślam się, że to pierwsze objawy zmęczenia materiału. Tylko dlaczego tak szybko. Wyciągam więc wszelakie maści i środki magiczne by stanąć na nogi co dość szybko mi się udaje. Nie czuję bólu więc serwis udany. Ruszam dalej. Idę sam a w głowie jedna myśl – dokąd? Mapa rozmokła podczas nocnej ulewy i muszę iść na pamięć. Na Przełęczy Kowarskiej mijam kierowcę busa który zachęca do rezygnacji ale nie poddaję się, o nie! Pora wspiąć się na Wołek. Karkonosze jakoś przeżyłem teraz witają mnie Rudawy. Brak mapy bardzo szybko się mści. O ile wcześniej mijałem kogoś na trasie o tyle nagle cisza. Z przodu brak żywego ducha, z tyłu też i już wiem że kicha – zgubiłem się. Nie wiem co robić więc szybko staram się zebrać myśli. Decyduję się wrócić do miejsca gdzie ostatni raz kogoś spotkałem. Po drodze spotykam kolejnego delikwenta bez mapy, który postanawia znaleźć właściwą drogę w odmienny od mojego sposób. Ja idę sam. Długo nie muszę czekać by napotkać kolejnych uczestników którzy z powodzeniem kierują mnie już na właściwą drogę. Mijam też drogowskaz ,który wcześniej mi umknął. Jestem na siebie wściekły. Po co Ci język w gębie skoro go nie używasz! Ech…Trudno, godzina w plecy więc się sprężam choć czas nie jest zły. Szybko i sprawnie docieram na punkt kontrolny pod Wołkiem. Pierwszy za dnia i jakże odmienny – miło, głośno, wesoło. Na chwilę się zatrzymuję, korzystam z zapasu wody po czym ruszam dalej kuszony myślą , że na Różance czeka już ciepły posiłek. I wszystko byłoby fajnie gdyby nie kolejna skucha – znowu błądzę! I nagle dosłownie spod ziemi pojawia się wycieczka szkolna. Opiekunka grupy sama z siebie jakby widząc, że nie wiem co ja tu robię pyta jak mi pomóc i użycza mi swej mapy. Chwila rozmowy i wszystko wiem. Ona również i postanawia to wykorzystać – prosi bym jej podopiecznym opowiedział o tym co tu robię itp. Dzieciaki słuchają z uwagą i podziwem. Tego się nie spodziewałem bo w programie tego nie było. Bogaty w nowe doświadczenie wyruszam odnaleźć zagubiony szlak co po chwili mi się udaje. Pytam jeszcze ku przestrodze napotkanych tam uczestników czy dobrze idę i zdecydowanym krokiem zmierzam już na Zamek Bolczów. Mijam go zresztą dość szybko i teraz już szybko marsz do Janowic. Zapomniałem w tym wszystkim dodać , że w drodze na Wołek konieczna była druga przerwa techniczna – stopa dawała o sobie znać więc kolejna dawka maści ale i bandaże elastyczne poszły w ruch. Janowice przywitały mnie przyjemną, słoneczną pogodą. Celem było dotrzeć do sklepu. I się udało stanąć w mega kolejce;-) Małe zakupy i ległem na trawniku. Przyjemnie, o jak przyjemnie. Z tego chwilowego letargu wyrywa mnie myśl ile drogi jeszcze przede mną. No i zbieram swe cielsko nieco już zmęczone ku dalszej drodze. Idę za innymi bo drogi na tym odcinku nie znam w ogóle. Rozpoczynamy podróż w kierunku Różanki, w powietrzu czuć już jakby zapach czekającego nań makaronu. Jeszcze chwila, jeszcze jeden zakręt, podejście i zejście i oto jest. Sławny makaron i punkt kontrolny. Melduję się najpierw na punkcie a potem mknę już zająć miejsce przy stole. Makaron smakuje wybornie – zaczynam doceniać proste rzeczy. Taka restauracja pod gołym niebem w doborowym towarzystwie. Trochę tu zabawię, zjem odpocznę, zakonserwuję się. Ale robi się późno i jeśli chcę utrzymać tempo musze ruszać. Tym razem już boli mocno mimo chemii na nogach. Bolą nogi, ramiona od przeciążonego plecaka – wszystko mnie boli. Odpycham od siebie złe myśli i nastawiam się na wkroczenie w kolejne pasmo górskie- Kaczawy;-) Przy podejściu na Dudziarza towarzyszą mi już poznane podczas posiłku dwie osoby. Dzięki rozmowie nie skupiam się na bólu i zmęczeniu. Wędrujemy w pięknych okolicznościach przyrody w jakże odmiennych warunkach niż w nocy. Niestety jak się za chwilę okaże jest to mój ostatni odcinek i pasmo górskie. Ból stopy nasila się, zmęczenie już mocno daje o sobie znać w końcu idę bez snu tyle godzin. Jeden zły krok i ból przeszywa mnie na wskroś. O mamo – nie mogę iść dalej. Czarny scenariusz zaczyna się sprawdzać. Nie jestem w stanie normalnie maszerować. Moi towarzysze już dawno z przodu a ja tu walczę o każdy centymetr trasy. Staram się jakoś iść ale to bardziej czołganie niż marsz. Kaczawy w pewnym momencie pokazują swoje oblicze i trudno mi znaleźć oznaczenia szlaku. Kryzys jest już gigantyczny. W głowie mnogość myśli. Czy iść mimo bólu, czy dam radę, co dalej? W uszach dźwięczą mi słowa organizatorów by pamiętać że zdrowie i własne bezpieczeństwo są najważniejsze. Wiem, że musze podjąć trudna decyzje choć bronie się ze wszystkich sił. Jakoś docieram na szczyt Barańca choć to już trudna walka. Nieco niżej widzę już punkt kontrolny. I zaczyna lać. O nie – tego dla mnie już za wiele. Dosłownie pięć metrów od auta sędziów staję, kulę się i stoję w bezruchu. Czuję ich wzrok na sobie. Czuje jak mijają mnie inni a ja stoję i czekam nie wiem na co. Po chwili melduje się na punkcie ale już wiem, że do końca nie dojdę. Moje tempo drastycznie zwolniło, zbliżała się kolejna noc. Postanawiam jakimś cudem dotrzeć do punktu transportowego na Kapeli. Nie wiem co i jak ale udaje mi się tam dotrzeć jakoś w okolicach 18.30. Spora grupa ludzi czeka już na transport. Raz jeszcze analizuję sytuację ale wiem , że zdrowie jest teraz ważniejsze. Piszę więc do Orgów że numer 346 rezygnuje z dalszej drogi i prosi o transport. To koniec przygody. Żal jest ogromny, przez chwilę płyną łzy. Ale zbieram się w sobie i dołączam do reszty. W okolicy 22 docieramy do SZKLARSKIEJ na punkt mety. Ledwo wysiadam z busa targany dreszczami, zimnem i gorączką. Spoglądam raz ostatni na linię mety i wracam do auta po czym udaję się do domu. Później to już historia. 3 tygodnie walki z zapaleniem oskrzeli, kontuzja stopy.

Po tym wszystkim patrzę na to inaczej. Nie czuje się przegrany. Wręcz przeciwnie – przeszedłem połowę co planowałem już wcześniej. Więc plan minimum spełniłem. To co przeżyłem, widziałem, przeszedłem, to moje i tylko moje i tego nikt nigdy mi nie odbierze. Atmosfera na trasie, ludzie, organizacja zasługują na najwyższe uznanie. Próba była pierwsza ale nie ostatnia – wiem, że za rok znów postaram się ruszyć ku przygodzie z nowymi doświadczeniami , mądrzejszy o to czego nauczyła mnie ta pierwsza próba. Dziękuję wszystkim osobom, dzięki którym szło się lżej, tym którzy na trasie nie zapomnieli zapytać czy wszystko ok. czy potrzebna pomoc, tym którzy zagrzewali do walki, wszystkim którzy czekali na nas by choć na chwilę ulżyć nam w drodze. I tym którzy kontynuują pomysł CHŁOPAKÓW. Za wszystko co robią;-) Do zobaczenia za rok – a wszystkich, którzy jeszcze się zastanawiają namawiam gorąco- próbujcie swoich sił. Przejście uczy, daje energię, siłę, pozwala wiele zrozumieć. To po prostu trzeba przeżyć;-)

GRZEGORZ, LEGNICA, NR. 346