Opis Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – relacja konkursowa

Opis Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – relacja konkursowa

Opis Przejścia dookoła kotliny Jeleniogórskiej.

        Start obok wyciągu w Szklarskiej porębie rozpoczął się o godzinie 20-00. Niby przejście, a tu ludzie zaczynają biec. Myślę sobie, pewnie wiedzą co robią, wiec też staram się wyforsować do przodu. Wyszło na to, że dobrze zrobiłem, gdyż po ciemku i w tłumie słabo widać co jest pod nogami, a asfalt to, to raczej nie był ☺. Od samego początku było ostro pod górę, pod Szrenicę. Latarka włączona, kijki w dłoni, kompan u boku, no to rura na pierwszy szczyt. Oczywiście o bieganiu nie ma mowy, aż taki wysportowany to ja nie jestem ☺. Ale już na górze, w stronę łabskiego szczytu i dalej na Śnieżkę, to już inna sprawa. Można było sobie pofolgować. Pogoda miała inne zdanie na ten temat. Gęsta mgła, silny wiatr i mocny deszcz, już w okolicy Śnieżki, zmodyfikowały plan szybkiego biegu, do poziomu truchtu stulatka z zakupami po biedronce! ☺. W Domu Śląskim chwila przerwy na wykręcenie mokrych ubrań i napicie się ledwo ciepłej herbaty. Nie żebym nie miał peleryny przeciwdeszczowej, co to, to nie! Miałem, a jakże, tyle, że w plecaku. Miało przecież nie padać! Po chwili ruszamy dalej na Śnieżkę. Tym razem pelerynę już mam! Trzeba było tylko  mocno trzymać, bo wiatr chciał ją zabrać. Nie wiem po co mu ona by była potrzebna, ale postanowiłem, że nie oddam bez walki! Tę bitwę wygrałem. Trzymając się łańcuchów wdrapaliśmy się na Śnieżkę. Na górze jak to na każdej górze w nocy, we mgle i w deszczu nic ciekawego nie było do oglądania, więc nie zastanawiając się postanowiliśmy zrobić to, co się robi jak się już się tam jest, czyli zleźć z drugiej strony ☺. Na tym etapie schodzenie jeszcze nie wymagało, aż takiej determinacji, jak pod koniec trasy. Dość szybko dotarliśmy najpierw na Przełęcz Okraj, a potem na Przełęcz Kowarską. W tym momencie jako, że nie padało, morale było jeszcze w porządku. Dojście na Skalnik, a następnie na Wołek odbyło się praktycznie bez problemu. Teraz Zamek Bolczów. Było już widno, wiec postanawiamy biec, w nadziei, że w Janowicach będzie otwarty sklep. Był! Zakupiliśmy więc niezbędnik biegacza ( banany ) i coca colę. Hmmm, nie było to raczej dobre rozwiązanie. Nie polecam. W brzuszku zaczęło się bulgotanie, niezbyt sprzyjające bieganiu ☺. W Janowicach dogoniliśmy „zająca”. Był nim inny uczestnik Przejścia – Janusz, który idąc dość szybko, motywował nas do szybszego przebierania nogami. Dobra, teraz Różanka i świadomość, że od ósmej dają tam jeść! Byliśmy tam przed ósmą, po chwili jednak samochód z jedzeniem dotarł na miejsce. Pycha! Ciepłe jedzenie z rana! Niestety, „zepsuł” nam się „zając”. Kolega, który za niego „robił”, bardzo sympatyczny gość, postanowił, że teraz to on nas będzie „gonił”. A było tak fajnie! Były „zając” okazał się szybki. My co chwila podbiegaliśmy, on tylko szedł, a i tak cały czas był tuż za nami, a w końcu nas wyprzedził – mocny gość ☺. Następnym celem, była przełęcz Widok ( Kapela ). Fajne miejsce! Co prawda nie chodziło nam w tym momencie o walory widokowe, niewątpliwie ładne, ale o fakt, iż jest to połowa trasy i dalej będzie już „ z górki”. Następnie dochodzimy do góry Okole, przy której spotkaliśmy sporo osób ciągnionych przez psy. Okazało się, iż mają też jakieś zawody na 25km. Biedne pieski ☺ taki „kawał drogi” z przyczepionymi do szyi właścicielami. Tuż za Okolem, spotykamy bardzo miłego pana z aparatem fotograficznym, który idąc z Góry Szybowcowej, robił po drodze zdjęcia uczestnikom. Dochodzimy do „Szybowcówy”, a  stamtąd do Perły Zachodu. Tu konsternacja! Z obliczeń wyszło mi, że nie zdążę skończyć „Przejścia” w czasie jaki sobie założyłem i zdążyć do pracy na nocną zmianę. W podjęciu decyzji pomógł mi ulewny deszcz. Postanowiłem przerwać  bieg i dokończyć rano po pracy. Jak postanowiłem, tak zrobiłem.

        Pojechałem więc do pracy, a rano około szóstej wróciłem na miejsce gdzie przerwałem dnia poprzedniego i z mocnym postanowieniem biegu ruszyłem ponownie na trasę. Zostało mi stamtąd około 40km. Było by tyle, gdyby nie jeden fakt. Poprzednie 100km, przebyłem wraz z kolegą, weteranem „Przejścia”. Teraz musiałem dokończyć trasę w pojedynkę. Kolega nie musiał do pracy, więc poszedł dalej sam. Na mapach to ja się znam, jak na fizyce cząstek elementarnych! Wiem, że istnieją, ale jak z nich korzystać?! Wychodzi na jaw, uzależnienie od technologii. ( nawigacja GPS ). No, ale ja nie dam rady?! Pewnie, że dam. I jak na końcu wyszło, z 40km które zostały, zrobiłem 50km ☺ Miało to o tyle dobre strony, że po drodze udało mi się niektórych uczestników mijać kilkukrotnie ☺.  Goduszyn przebiegłem bez problemu i dotarłszy do Wojcieszyc …. Totalnie się zgubiłem. Oczywiście w myślach zwaliłem wszystko na mapę i złe oznaczenie trasy. Za to na „Zakręt Śmierci” i „Wysoki Kamień” dotarłem bez problemu. Tam niespodzianka ze strony mojego organizmu. Zostało około 20km, a u mnie jakby jakiś przełącznik przeskoczył. W jednej chwili zmęczenie ustąpiło. Sił miałem tyle, jakbym dopiero co ruszył na trasę, a nie biegł kilkadziesiąt godzin i jeszcze zaliczył  po drodze  pracę na nocnej zmianie. Najpierw się wystraszyłem, bo normalne to, to chyba nie jest, żeby tak nagle się wszystko przestawiło. Ale, jak już nogi nie bolą, to szkoda by było tego faktu nie wykorzystać. Uzbrajając się w szeroki „rogal” na facjacie, zacząłem przyśpieszać. Po kilku kilometrach nadal nic. Oddech w normie, nogi nie bolą, więc przyśpieszam jeszcze bardziej. Kurde, dalej nic. Przyśpieszam więc do prędkości jaką stosuję przy biegach na 20km. ( w granicach 5min/km ). Będzie co ma być. Od kopalni kwarcu „Stanisław” pędzę już przez cały czas dość szybko, zwalniając tylko na chwilę, na „pogaduszki” z innymi uczestnikami przejścia. Spowolniło mnie tylko na „Przedziale”. Znowu się rozpadało, a zielony szlak zamienił się w błotnisty strumień. Docieram w końcu do „Kamieńczyka”. Sił dalej mam jakbym dopiero co zaczął. Pędzę w dół na „złamanie karku”.  Ślizgając się na błocie, faktycznie o mało tego nie robie, ale co tam! Rogal na gębie dalej widnieje. Może i dobrze, że padało, bo nie było much. Inaczej musiał bym je co chwile wyciągać z pomiędzy zębów ☺. A nie wiem czy połykanie much nie zostało by potraktowane jako doping ☺. Po chwili widzę już czarny szlak prowadzący do dolnej stacji wyciągu. W śród oklasków wbiegam szczęśliwy na metę. Udało się! jest około 15-00, czas Brutto wynosi  43 godziny. I jeszcze mam trochę czasu, żeby odpocząć przed pójściem znowu do pracy na kolejną nockę.

           Podsumowując; wysiłek ogromny, ale i satysfakcja z ukończenia również ogromna! Szczególnie podobało mi się na punktach kontrolnych. Bardzo miła obsługa – Dziękuje z całego serca wszystkim obsługującym. Dodatkowo atmosfera na trasie – super. Wszyscy mili. Można było z każdym chwilę porozmawiać. Szczególny szacunek należy się tym, którzy pomimo odmokniętych stóp, okropnych odcisków i skrajnego wyczerpania, często kulejąc, dążyli do celu. Pogoda nie dopisała, ale w sumie …..śnieg nie padał! W przyszłym roku, na pewno spróbuje jeszcze raz!