Relacja z Przejścia 2012

Relacja z Przejścia 2012

Relacja z Przejścia 2012

 

Zanim przejdę do samej relacji przejścia warto najpierw przedstawić Wam kilka wydarzeń, które ową imprezę poprzedziły. O jej istnieniu dowiedziałem się ładnych parę lat temu. Wiedziałem tylko, iż jest to próba, której rok rocznie podejmują się najwytrwalsi. I tak było do pewnego kwietniowego wieczoru, gdy trafiłem na nią w internecie.

A zatem posłuchajcie…

 

Hej, popatrz, to jest strona tej imprezy, o której kiedyś mi mówiłeś.

-Tak, to ta, w której brał udział Robert.

-Hmm, może wziąłbym w niej udział, mam jeszcze kilka miesięcy i masę wolnego czasu.

-Jeśli chcesz iść to droga wolna, tylko pamiętaj to jest kilka dni marszu, we dnie i w nocy w górach.

Jesteś pewien że dasz radę?

Zobaczymy.

 

W tym miejscu decyzja zapadła, po niej nastąpiło kilka miesięcy solidnych treningów, rekonesansów oraz stopniowego kolekcjonowania sprzętu.

Przejdźmy więc do tego co najbardziej Was interesuje czyli opisu samej próby. Dzień ten zaczął się normalnie, jak każdy inny na przestrzeni ostatnich pięciu miesięcy: toaleta, śniadanko jakieś sprzątanie i czas wolny. Plecak został spakowany poprzedniego wieczora, pozostało tylko włożyć do niego suchy prowiant, więc reszta dnia minęła na analizowaniu wykresów z pogodą.

W okolicach godziny 18 zwarty i gotowy pożegnałem się z rodziną i wyszedłem z domu. Podróż samochodem do Szklarskiej Poręby trwała pół godziny, na miejscu rzuciłem z uśmiechem do ojca widzimy się w niedzielę i ruszyłem w kierunku namiotu organizatorów, znalazłem kolegę z rekonesansów- Phisiol’a, przestudiowałem zawartość torby z gratisami i pozostało tylko czekać na rozpoczęcie. Temperatura w tym czasie przypomniała sobie że to już wrzesień i zaczęła stopniowo spadać. Nadszedł czas odprawy, omówienie zasad bezpieczeństwa, życzenia od organizatorów i minuta ciszy.

 

Tutaj powinniśmy się na chwilę zatrzymać. Jak wiemy (lub nie wiemy, to teraz się dowiemy) impreza ta ma charakter całkowicie odmienny od innych ekstremalnych marszów. Tutaj nie liczą się wyniki, lecz uczczenie pamięci Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Zginęli oni w lawinie w Kotle Małego Stawu 8 lutego 2005 roku. Przyznam szczerze, że jest to jedyna prawdziwa minuta ciszy w jakiej naprawdę dane mi było uczestniczyć. Nie 15, nie 30 sec, lecz twarde 60 sec czyli to co minutą jest nazwane.

Jest to magiczna chwila zadumy, mając przed oczami ścianę z gór i lasu oraz kilkuset osób w różnym wieku, których połączył jeden wspólny cel- uczcić pamięć chłopaków i powalczyć z własną słabością.

 

..: Wybiła godzina 20 :..

 

Organizatorzy dali znak do startu i świecąca mocą tysięcy diod masa ludzi ruszyła w ciemny las. Tłok był na początku spory, szliśmy kijek obok kijka, a światło czołówek tworzyło iluzję dnia. Plan był prosty- trzymać się Pit’a, Phisiol’a i znajomych Rascal’a, nie zostać w tyle i nie połamać sobie nóg. Wszystko szło gładko aż do Kamieńczyka. Później przy podejściu na Halę Szrenicką spostrzegłem że zrobiło się jakoś pusto. Okazało się, że w ferworze walki zostawiłem ekipę z tyłu. Teraz miałem do wyboru dwie drogi, albo na nich poczekać i świecić każdemu czołówką w oczy i patrzeć czy to znajomi, lub przeć samotnie do przodu. Prawdę powiedziawszy szkoda było mi czekać na nich, bo zawsze też była szansa, że to oni jednak mnie wyprzedzili. Rozpoczęła się więc samotna wędrówka przerywana zapierającymi dech w piersiach widokami świateł w ciemnościach. Ci którzy tam byli pewnie przyznają mi rację, gdy widzisz za sobą kilkaset czołówek w spowitym mrokiem lesie jest to widok cudowny. Po szczęśliwym dotarciu na Halę Szrenicką spotkałem człowieka bez którego pewnie nie ukończyłbym przejścia. Był nim Pan Jerzy, niepozorny, w polarze i z małym plecakiem ( z forum wiedziałem że skąpy ekwipunek biorą zawodowcy, którzy chcą pokonać trasę w tempie ekspresowym ). Jako że dobrze mu z oczu patrzyło postanowiłem iść obok niego, później dopiero zapytałem czy mogę mu towarzyszyć. A to wszystko działo się na tle bajecznie oświetlonej kotliny, niczym polskie Las Vegas.

Mówią, że po 20 minutach marszu lub biegu organizm człowieka zaczyna pracować jak mała elektrownia i z powodzeniem ogrzewa sam siebie. Tyle teorii, a w praktyce potrzebna była mi czapka i kurtka. Wiem że przejście to nie leżenie pod palmami skąpanymi w karaibskim słońcu, ale umartwiać się też nie mam zamiaru.

 

Jako że życie przynosi różne niespodzianki okazało się, że mój towarzysz lubi sobie pobiegać w nocy po Karkonoszach. Tak jak solennie sobie przysięgałem, że nie będę biegł, a już na pewno nie w nocy i nie w górach, bo głupio zakończyć już zabawę na starcie. To jak on wystartował to i ja pobiegłem za nim. Poziom koncentracji wzrósł maksymalnie, głowa na dół, żeby czołówka świeciła dokładnie pod nogi i do przodu.

Taktyka okazała się prosta- z górki zbiegamy, resztę maszerujemy. Pierwszy postój nastąpił w Domu Śląskim, kanapki z schabowym świetnie uzupełniały braki energii i zapychały żołądek. Przerwa w miłym i ciepłym miejscu, gdzie na dodatek serwują herbatę, a na zewnątrz wieje wiatr rozleniwia człowieka.

Dlatego szybko ruszyliśmy dalej Śnieżka → Sowia Przełęcz → Kowarski Grzbiet → Okraj minęły szybko.

(słowa uznania dla sędziego, który koczował przy rozwidleniu dróg na Śnieżkę).

 

Na Okraju punkt kontrolny, piciu, coś na ząb i w drogę. Pamiętam, że stacjonowali tam GOPR-owcy z fajnym psiakiem. Rudawy Janowickie minęły na podążaniu za stopami mojego przewodnika. Ranek spotkał nas gdzieś pomiędzy Wołkiem a Zamkiem Bolczów. W nocy grupa się zwiększała lub zmniejszała, co było urozmaiceniem nocnej wędrówki. Obowiązkowy postój przy sklepie w Janowicach Wielkich wyglądał następująco: kanapka, pół litra izotonika duszkiem, chwila odpoczynku i w drogę.

 

Na makaron dotarliśmy przed czasem, więc odpuściliśmy go sobie. Ku mojemu zdziwieniu nie odczuwałem wcale efektów nie przespanej nocy i trasa szła jak po maśle. Kolejne punkty kontrolne, kolejne miłe twarze, oferujące coś do picia lub przegryzienia. Z czasem z nudów- tak, wędrówka w dwie osoby przez kilkadziesiąt kilometrów po wyczerpaniu tematów do rozmowy robi się nużąca, więc czekałem tylko aż na horyzoncie pojawią się nowi uczestnicy lub punkt kontrolny. Aktywuje to w człowieku nowe siły i daje chęć do parcia dalej.

 

Jeżów Sudecki kilka tygodniu wcześniej wyznaczał miejsce początku mojego rekonesansu, teraz stanowił dopiero połowę trasy. Od tego momentu pamięć zaczęła mi się stopniowo wyłączać, więc mogą być pewne luki w opisie trasy. Dobrze pamiętam, że na syto zastawionym punkcie gdzieś przed Komorzycą dołączyli do naszej grupy nowi uczestnicy. Tylu izotoników ile wypiłem w tamte dniu, nie wypiłem chyba przez całe moje dotychczasowe życie. Teraz gdy to piszę mam pewnie jeszcze w organizmie jego pozostałości.

Spójrzmy na chwilę na mój prowiant- składały się na niego opisane już wcześniej kanapki, dwa litry wody i dwa izotoniki zakupione w JW. Przy ludziach wyposażonych w batony i żele energetyczne oraz inne cuda technologii wyglądałem co najmniej śmiesznie.

 

Druga noc zastała nas za Zimną Przełęczą, tam też rozpoczął się mój jedyny problem na całej trasie a mianowicie ból w łydce prawej nogi. Kolejnym ciekawym i jakże budującym miejscem, był punkt kontrolny z ogniskiem i poczęstunkiem. Miło było widzieć że tyle osób pokłada w nas nadzieję, i szczerze gratuluje nam wytrwałości. Podczas podejścia pod Zakręt Śmierci rozpoczął się wewnętrzny dialog z samym sobą- Co ja robię tu? Chcąc nie chcąc, na Wysokim Kamieniu musiałem wziąć tabletkę przeciwbólową.

 

Z czasem nieprzespane noce zaczęły dawać znać o sobie. Na forum pisano o różnych halucynacjach, od różowych słoni po chodzące drzewa. W moim przypadku falowała tylko trawa, co było dla mnie lekkim rozczarowaniem. Na szczęście wędrówka chyliła się już ku końcowi, do pokonania pozostała już tylko wisienka na torcie- Przedział. I jak się później okazało była to robaczywa wiśnia. Przedział odwiedziłem tydzień przed przejściem, ale to co maszyny budowlane potrafią zrobić przez tydzień przeszło moje oczekiwania. Nic tam nie było takie same, w miejscu gdzie rosły drzewa teraz leżały pnie lub w ogóle nic nie było poza kępą trawy. Nawet wiedza naszej chodzącej encyklopedii- Pana Jerzego zdała się na nic, zgubiliśmy się.

Przeanalizujmy naszą sytuację: jest druga noc bez snu, w nogach 140 km a grupa 5 chłopa gubi się pośród podmokłych (lekko mówiąc) terenów przedziału. Powrót tą samą drogą nie wchodził w grę ponieważ za bardzo krążyliśmy, mapy Google też nie mówiły zbyt wiele. Było nam czekać na cud, i cud się zdarzył. Nagle ktoś z krzaków jakieś 200 metrów od nas zaczyna krzyczeć -Widzę ścieżkę na wschód!

Zdumienie zmieszało się z radością, okazało się że nie tylko my się zgubiliśmy i szukamy właściwej drogi. Na szczęście owa ścieżka na wschód okazała się poprawna i bez większych przeszkód zeszliśmy do Kamieńczyka a później na metę.

 

 

 

I tak oto udało mi się ukończyć Przejście, po 31h walki z samym sobą, choć kilka miesięcy wcześniej było to tylko marzenie. Gdy weszliśmy do szałasu organizatorów noga przestała boleć, spać się nie chciało- czułem się jednym z najszczęśliwszych ludzi na Ziemi.

Oczywiście nie sposób pominąć ludzi bez których przejście nie byłoby tym czym było, pomijając organizatorów którzy odwalili kawał dobrej roboty, na szczególne wspomnienie zasługują:

Pit78- za cenne wskazówki i rekony

Phisjol- za wspólne rekony

Chłopakowi który krzyczał: Widzę ścieżkę na wschód!

Grupie która dołączyła do nas przed Komorzycą

I oczywiście Panu Jerzemu za to, że niańczył mnie przez 145 km. Mam nadzieję, że byłem dobrym kompanem. Pewnie wiele osób pominąłem, część zapomniałem, ale wy wszyscy razem i każdy z osobna sprawiliście że nie mogę doczekać się już kolejnej edycji.

 

[396] Topol

 

Ps.

Niedziela 14.00, wstaję po zasłużonym odpoczynku, patrzę, a tu prawa łydka trzy razy wieksza od lewej.

Szybka kuracja: masaż, zimny okład, masaż i wieczorem już mogę kuśtykać na zakończenie. Mam nadzieję że Daniel i Mateusz widzieli nas z góry i cieszyli się razem z nami.