Pasożyt

Pasożyt

 

Piątkowy poranek należał do tych z gruntu nieudanych. Dźwięk dzwonka wyrwał go później niż zwykle. Urlop ma w końcu swoje przywileje i godzina więcej snu należała mu się jak psu mięso. Mięso bardzo potrzebne zważywszy, że na wieczór planował coś nietuzinkowego, zdecydowanie odbiegającego od kilku piw na mieście lub bezsensownej tułaczki po okolicy w nadziei, że z każdym nabitym stopami kilometrem wrócą atrybuty młodości. Cóż, poranek z gruntu nieudany bo od kilku dni trzymały go przy zdrowiu wyłącznie tabletki i siła woli. W każdy inny piątek wyruszyłby na wizytę do swojego pierwszego kontaktu na zasadach L-4, ale ten piątek, TEN piątek miał być przecież wyjątkowy. Dni po TYM piątku miały być także niezwykłe. Po chwili jego ręka mieniła się już kalejdoskopem kolorów: czerwone przeciwzapalne i gorączkę zmniejszające, białe na głowy mniejsze bolenie, duże białe i małe żółte w świetnym tandemie C witaminy i wapna. Jakby dokładniej rzucił okiem, coś tam by znalazł jeszcze, ale poprzestańmy na stwierdzeniu: czuł się fatalnie. Ponad pół roku przygotowań ważyło się teraz w jego ręce. Przełknął. Wiedział, że zadziała, musi zadziałać. Przed oczami miał setki kilometrów przemarudzone w te i nazad po karkonoskich bezdrożach. W śniegu, mrozie, deszczu, mgle, spiekocie, wichurze. Wszelkie kombinacje powyższych, takie to już dziwne te nasze Karkonosze. Pamiętał czasy kiedy chodził w Towarzystwie, ale ostatnio jakoś szlaki przemierzał w samotności. Dysonans między możliwościami marszowymi Towarzystwa i jego stawał się z miesiąca na miesiąc coraz większy. Rozwijał się, brnął, ból przestawał istnieć, dawne całodniowe wyprawy odbywał teraz w trzy godziny, w zasadzie nie traktował ich już jak wyprawy. Ból ? Kiedyś był. Kolana, ścięgna, kości. Nie znał się dobrze na anatomii, ale był pewien że bolało już wszystko i na wszystkie sposoby. Ból nagły, ból pulsujący, jednostajny, pojedynczy, mnogi teraz nie miał w zasadzie dużego znaczenia. Ból można okiełznać i zaprząc w ryzy wyczynu. To pewne. Chociaż ból makaronu z twarogiem zaprząc było ciężko. Makaronu z twarogiem nie cierpiał, ale wyczytał żeby jeść takie pyszności kilka dni przed maratonami to się glikogen podładuje. Glikogen ? Glikogen kojarzył raczej z płynem do chłodnicy, ale widocznie tak musiało być.

Śniadanie zjadł lekkie, niespiesznie. Kawa, jego miłość i nałóg, popijał ją cały dzień przeglądając co chwilę plecak. Czytał, dużo czytał. Radzili. „Weź śpiwór”, „Nie bierz śpiwora”, „Ja biorę namiot bo taki mam pomysł na Przejście”, „Zgłupiałeś ? Namiot?”, „Ja biorę karimatę”, „Ja nie biorę karimaty”, „Ja…”. Czuł, że musi być w tym haczyk. Przy ostatnim przejrzeniu plecaka wyrzucił kupkę klamotów. Stwierdził, że stawia wszystko na jedna kartę. Odciążamy ! W razie czego będą ratować ! O słuszności tej decyzji przekonał się później nie raz. Czuł podziw do ludzi z pękatymi plecakami, grzejących na palnikach wodę, zmieniających buty na zapasowe. Niezła forma – myślał życzliwie. Sam się dziwił, że był taki życzliwy, widać duch imprezy udzielił się i jemu. I tak bijąc się ze swoimi myślami powoli doczekał do piętnastej, kiedy to ponownie jego ręka stała się kolorową od farmaceutycznych specyfików, a niepokój osiągnął zenit.

Cierpliwie czekał. Mielił nerwowo w ręce 15zł. Wystające z plecaka kijki jak zwykle budziły ciekawość. Ciemny naród, ciemny – myślał, chodź rok temu sam nart szukał u ludzi z kijkami. Miał obawy czy się zmieści w autobusie, w końcu pół Polski miało zamiar oszaleć w ten weekend. Obawy się rozwiały. Autobus prawie pusty straszył podartą dermą starych foteli oraz posmrodkiem niedotrawionego piwka. Toczył się powolutku przez Kapelę. Że co – myślał sobie – ja tędy mam iść ? Przecież stąd to nawet panie gór nie widać ?! Pocieszał się, że może już ma ten glikogen naładowany to dojdzie, na dodatek gorączka przeszła i walczył już tylko z bólem głowy i własnymi obawami… Pamiętał jak wyprawy z Towarzystwem na Śnieżkę z Karpacza kończyły się na Polanie. Uśmiechał się na wspomnienie karkołomnej wyprawy z Białego Jaru pod dolną stację wyciągu na Kopę i taktycznego odwrotu z powodu mgły i braku sił. Autobus doturlał się do Jeleniej Góry. Z przyjemnością przywitał oczyma postaci z kijkami i plecakami, rozprawiających po chwili żywo o okolicy. Był spokojniejszy. Sądził, że na tej imprezie spotka tylko nadludzi, a Ci o, patrz pan, wyglądali jakoś normalnie. Zwyczajnie. Studenci może.

W końcu pod górę. Zadanie pierwsze wydaje się proste. Dotrzeć do namiotu organizatorów, poddać się apteczkowym oględzinom i odebrać pakiet startowy. Zadanie wydawało się proste i takie było. Pani z obsługi bardziej zestresowana niż on. Może też jej pierwszy raz – pomyślał. Siedział teraz niedaleko namiotu i przeglądał ciekawie pakiecik. Chłód zaczynał być z minuty na minutę coraz bardziej przenikliwy. Górskie, rześkie, wieczorne powietrze. Czuł, że ma skrzydła i jest gotów do lotu. Dookoła niespiesznie zaczęli się zbierać jego towarzysze niedoli na najbliższe godziny. Tłum powoli gęstniał i narastał szmer torebek foliowych w których organizatorzy umieścili pakieciki startowe. Z dumą wyjął numer 230 i przytroczył do plecaka. Zrobił zdjęcie i wysłał do Towarzystwa, które już raczyło się niskoprocentowymi izotonikami na tzw. mieście. Przejrzał resztę gadżetów. Koszulkę pieczołowicie schował na samo dno w celach kolekcjonerskich. Mapę w kieszeń, resztę gadżetów nie w kieszeń bo jakoś dziwnie tam, po niemiecku do niego napisali. Popijając bezprocentowy izotonik rozpoczął obserwację gęstniejącego tłumu. Eeee…. – pomyślał – normalni ludzie. Turyści, nie nadludzie. Niektórzy poubierani jakoś dziwnie, w jakieś obcisłe ciuszki. Dziwił się. Nie widywał takich do tej pory. Stwierdził, że to ci mityczni biegacze wyczynowcy muszą być. Z minuty na minutę poprawiał mu się humor. Obok niego przeszło dwoje ludzi prowadząc swoją córkę. Cienko to widzę – powiedziała kobieta do córki, spoglądając na obcisłe ciuszki umięśnionego mężczyzny obok – ale jak chcesz. Oj mamo, mówię ci że będzie spoko – odpowiedziała zniecierpliwiona dziewczyna.

Z mikrofonu dobiegała końcówka szkolenia. Takie niezwykłe szkolenie, coś jak bhp dla wariatów. Na koniec minuta ciszy. Pełna minuta. 60 sekund. Uczczenie ofiar lawiny ku pamięci których wszyscy się tu zbierają od kilku lat. Zdziwiło go, że cisza była niemal doskonała. Szczeknięcie psa, tylko szczeknięcie dało się słyszeć przez te 60 sekund. Coś niezwykłego. Wiedział już, że ludzie go otaczający nie są przypadkową turystyczną zbieraniną lecz ludźmi poważnymi, których łączy jakiś cel i którzy wiedzą czego chcą. Stanowiącymi swoistą jedność. Przez 60 sekund jedność absolutną. Z mikrofonu padła komenda startu. Ruszył dziarsko za tłumem. Zaskoczony był tempem. Ujrzał ludzi biegnących pod górę. Ujrzał ludzi bardzo szybko idących pod górę. Za sobą już niewielu ujrzał. No ładnie. „Cienko to widzę” – powtórzył w myślach za zatroskaną matką dziewczyny. – ale dobra, powiedziało się A trzeba dać z siebie B.

Miarowy stukot kijków i ciężkich butów. Początek drogi odbył w niezwykłym ścisku. Noga za nogą. Z przodu człowiek, z tyłu człowiek, z boku człowiek. Jacyś mijani młodzi ludzie idący naprzeciw zaczęli się śmiać. Rozejrzał się i tez zaczął się śmiać. Nie mógł się powstrzymać. Kilka setek lampek na głowach, miarowy stukot i wszechobecne dyszenie, a na dodatek na większości twarzy wyraz zaciętości. Zwłaszcza ta zaciętość go rozbroiła i poza tym całkowity brak rozmów. Śmiał się w duchu do głębi, ale pozytywnie. Wariaci nadchodzą !

Szybki marsz pozwolił błyskawicznie znaleźć się pod Kamieńczykiem. Po drodze widział sikających ludzi. Sprytne – stwierdził – po co wnosić to na górę. On też nie wnosił. Z niemałym zdumieniem stwierdził, że zaczyna powoli wyprzedzać kolumnę idących ludzi w drodze na Halę. Z jednej strony był zadowolony, bo jego główną obawą było: zostanę ostatni, połamię nogi i padnę tam bo kto mnie znajdzie, a z drugiej strony wiedział, że jak na początku nakręci tempo to może szybko spłonąć w blokach, światło odetną. Schronisko na Hali obszedł błyskawicznie, zero zmęczenia, zero sapania, zapocił się niemiłosiernie więc postanowił, mimo chłodu, wędrować bez kurtki. Membrany psia krew – splunął przez zęby. Kurtka w plecak i heja dalej. Pod Szrenicą obejrzał się za siebie i od tej pory robił to bardzo często. Widok był cudowny, księżyc w pełni,widok po horyzont, sznur świateł powoli ciągnący się bez końca i początku. Niesamowite,zjawiskowe. Zgasił latarkę i wędrował tak dłuższy czas przy blasku księżyca. „Co on te kije wziął żeby ponosić?” – usłyszał z tyłu. A ponosić, a co, a se postukam jak mnie najdzie ochota – wdał się w myślach w polemikę. Tak polemizując dotarł do Kotłów Śnieżnych. Przywitał go tam niesamowity ziąb. Jeden z ludzi ubranych w obcisłe ciuszki wyczynowca powiedział „Brrr…” gdy go ujrzał. Odpowiedział mu tym samym, podejmując polemikę w myślach – A brrr… cholera kurtkę ubiorę bo nie wydolę, może i membrana spoko jest, palce sztywne, lecz widoki piękne.

Minął Wielki Szyszak, szałas oczywiście zajęty więc napierał dalej. Pierwszy kryzys. Zdrowotny. Typowo. Pieczenie oczu, gardło, głowa, nawrót gorączki. To tylko ból, póki nogi niosą to przemy – zapolemizował w duchu. Lubił wychodzić zwycięsko z każdej sytuacji. Z resztą czy ktoś lubi być przegranym ? Postawił sobie mini-plany do realizacji. Czy ja to przejdę z gorączką ? – myślał – W życiu. Zrobimy tak: jak przejdę w nocy ze Szklarskiej na Okraj to będzie git. Całe góry nocą, tego jeszcze nie było. Dalej: Dojdę do Janowic – wow, ale super, to przecież Rudawy będą zaliczone. Jeszcze dalej: złamię dystans 100km, to przecież już wyczyn sam w sobie. Przecież nie dam rady raczej przejść tych Przejść.

I tak szedłszy doszedł w okolice Odrodzenia. Jezus Maria ! Łapią ! Samochód i ludzie kontrolujący Przejściowców. Poczuł się głupio. Obracać się i pokazać numer, czy powiedzieć numer i się nie obracać. Sprawdzić czy dobrze wpisali, czy nie sprawdzać. Cholera jasna –pomyślał pokazując numer i sprawdzając czy dobrze odnotowano. Czuł się nieswojo. To byli mili ludzie i wypadało im zaufać. No nic, w końcu chodzi o bezpieczeństwo. Zaraz za punktem kontrolnym przysiadł z grupką ludzi pod wielogwiazdkowym czeskim hotelem, skąd wyszli wielogwiazdkowi zdumieni Czesi zadający pytania i zabawnie powtarzający każdą odpowiedź w formie pytającej:

–Co to macie za pochoood ?

–Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej.

–Przejście dookoła Kotliny macieee ?

–A ile kilometrooow ?

–140 kilometrów.

–140 kilometrooow ?

–A ilu idzieee ?

–350 idzie.

–350 idzieee ?

Mimo, że rozmowa zaczynała nabierać tempa postanowił się pożegnać i iść dalej. Czas,czas, czas, nie chcę być ostatni bo złamię nogi i mnie nie znajdą..

W oddali za plecami majaczył Słonecznik, gorączka trochę minęła, oczy przestały piec. Wlókł teraz nogę za nogą. Senność. Dotarł do Domu Śląskiego. Krok za krokiem, krok za krokiem. Miarowo. W Domu przywitał go tłok i gwar większy niż w okresie pielgrzymkowym na Jasnej. Tłumek spiesznie pochłaniał kolejne porcje żurków i innych specjałów. Dopadł do herbaty. O! Zadarmoszkę! Tak można wędrować – stwierdził nalewając trzeci kubek. Na ziemię sprowadził go dopiero brak darmoszkowego cukru, sama herbata już nie była dla niego ambrozją. Nie chciało mu się wychodzić. Nie chciało. Długo się zbierał lecz w końcu wizja zamarzania z połamanymi nogami wygnała go na zewnątrz. Podejście na Śnieżkę okazało się dla niego próbą charakteru walczącego z sennością. Obiecał sobie, że jak przeżyje i wróci to zacznie biegać. Zadyszka aż wstyd mu było,a przecież nie mógł udawać że się zatrzymuje co chwilę żeby zdjęcia robić bo ani pora ku temu niebyła, ani on aparatu nie miał. No, w końcu, wczłapał. Wgramolił wręcz. Ciekawie spojrzał na majestatyczne talerze, ponoć tam teraz w środku kelnerzy na biało mykają, a cenki skoczyły do góry. Skrzywił się na samą myśl, senność odeszła precz, a on spiesznie pognał w kierunku Jelenki zostawiając za sobą ten obelisk komercji.

W końcu zaczął sobie dziarsko popukiwać kijkami. Na płaskim jakoś nie lubił, pod górkę jak wyszło lub nie wyszło, ale zejście bez kijków to od pewnego czasu dla niego zejście niewyobrażalne, przywołujące przed oczy obraz strzaskanych rzepek, pozrywanych przyczepów i pękających łąkotek. A zejście do Jelenki i później na Okraj budziło w nim niepokój. Kolumna Przejściowców w tym momencie była już bardzo rozproszona. Jeszcze ze Skalnego Stołu widział światełka na Słonecznikach, ale też i ze Śnieżki widział już światełka na Stole. Oszaleć idzie z tymi światełkami, byle do świtu. Złapał się na tym, że zaczyna iść mechanicznie patrząc ślepo w nogi osoby przed sobą. Rozmyślał, a im bardziej popadał w zadumę tym bardziej oddzielał się duchem od ciała. Kilometry były gdzieś obok, walczyło z nimi ciało, duch rozmyślań unosił się wysoko nad tym wszystkim, przywoływany tylko czasem co mocniejszym potknięciem lub kopnięciem bolesnym w co większy kamień.

Czuł dumę. Pierwszy mini-plan wykonany – stwierdził z przyjemnością – witając się z obsadą punktu kontrolnego na Okraju i od niechcenia przegryzając ciastka i wafelki. Zwłaszcza wafelki. Jakoś tak mu przypadły do gustu. I obsługa sympatyczna, życzliwa, aż mu żal pożegnać się było, ale obowiązek był przecież, nie przyszedł tu dla wafelków. Zajrzał z ciekawością do schroniska. Z ciekawością, bo wiele się naczytał negatywnych opinii o nim. W środku tłok, śpiący ludzie, jedzący ludzie, rozmyślający ludzie, śmiejący się ludzie, smutni, weseli, zmęczeni. Ogólnie dużo ludzi. Na chwilkę przysiadł przy stole i wysłuchał od młodego człowieka jedzącego pierogi historii pana z dopiero co odwiedzonego punktu kontrolnego. Bogatszy o wiedzę jakie interesy pan robi i czy się zajmuje reszta jego rodziny dziarsko ruszył ku nieznanemu – ku Rudawom. Wiedział,że do tej pory było łatwo. Znał trasę wszerz i wzdłuż, ale za Kowary się nigdy nie zapuszczał. Wiedział, że teraz już żarty się skończyły i nie pora na słabości, że idzie ku nieznanemu. Tylko tyle i aż tyle, ale miał chytry plan. Wystarczyło przecież znaleźć grupę znającą szlak, przekonać ją że jest się miłym i pogodnym człowiekiem i dopasować się z tempem. Łatwizna. Później przerabiał to kilkakrotnie. „E. Znacie trasę?” – pytał. „Znamy” – padała z reguły odpowiedź. „No to idziemy razem” – odpowiadał z finezją. Na późniejszym etapie już nie stać było go na finezje i wersale. Wkomponowywał się w grupki Przejściowców drepcząc niczym oprawca swojej ofierze po piętach. Czuł się jak Bond, James Bond. Ewentualnie jak niegroźna forma pasożyta, która czerpie soki wiedzy z ludzi robiących uprzednio przed startem wielokilometrowe rekonesanse.

Na początku Rudaw miał takie dziwne uczucie płynięcia. Przypominał sobie, że zawsze gdy jedzie samochodem jako pasażer w nocy, nagle pojawia się nieprzeparta chęć przyśnięcia. Ciężka głowa opada. Nie do zwalczenia, ale teraz przecież szedł i było rano. Przysiadł i oparł głowę na kijkach. Głowa obsunęła się nagle podrywając go gwałtownie z myślą: spałem na stojąco, cholerna choroba dała się we znaki. Jednak ta mili, mikrosekunda snu zregenerowała go i poszedł dalej już z lekką głową. Zaczął czuć, że żyje. Skalnik, Wołek, jakiś punkt kontrolny, dłuższa rozmowa z poznanymi osobami. Pamięta zwłaszcza z Rudaw Przejściowca przywracającego równowagę biochemiczną organizmu przy pomocy papierosa. Pamięta też z późniejszej drogi ekipę zmilitaryzowaną. Widział, że twarde chłopaki.

Nastroje poprawne, butelki pełne wody, batony pełne węglowodanów, buty dopiero raz zdjęte, zero odcisków, zero bólu kolan, a tu już sklep w Janowicach. Drugi mini-plan zrealizowany!!! Kilku Przejściowców rozłożonych leniwie z bosymi stopami przed sklepem, trochę os krążących wkoło śmietnika, leniwie snujący się miejscowi. Słoneczko na niebie niwelowało skutki chłodu, który czuł jeszcze z Kotłów Śnieżnych. Postanowił zaszaleć. Kupił Chipsy. Ludzie z jego Towarzystwa często to kupowali. Mieli przez to obfite brzuchy, tak podejrzewał, że przez to. Ze sklepu co jakiś czas wyglądał poirytowany właściciel. Przynajmniej odniósł takie wrażenie,chociaż stopień poirytowania nie był znaczny. Człowieku – podjął ponownie, pierwszy raz od Karkonoszy, polemikę w myślach – Obroty masz dzisiaj jak market w niedzielę, wyluzuj.

Podejście na Różankę było dziwne. Upał, zadyszka, upał, zadyszka. Był zły. Czuł narastające rozdrażnienie. Wiedział, że to wynik zmęczenia i reakcji chemicznych w organizmie,nic więcej, ale przecież biochemii papierosem nie uzupełni. Uzupełniał kiedyś, teraz już raczej woli zakląć. I zaklął ku zdumieniu towarzyszy: „K. Mać. Tej góry to już k. nie mogli stromiej pier…ć” -niby głupie, ale powtórzone kilka razy spowodowało, że góra zamieniła się w cudowny sposób w malowniczą, pachnącą świeżą trawą i makaronem polanę. Tam zasnął. Błogo. Tylko przymknął oczy, ale jego imię wykrzyczane gdzieś z boku zmobilizowało do natychmiastowego działania. Ruszył. Ruszyli w zasadzie. Dzielni Przejściowcy uzbrojeni w wiedzę wyniesioną z rekonesansów i on, pasożyt, turystyczna pijawka. Po drodze życzliwi gospodarze zaoferowali mu wodę. Podziękował, odmówił, miał zapas.

Okole pojawiło się za morzem asfaltu jak bezludna wyspa na morzu. Oględziny stóp,uzupełnianie wody to główne czynności które zaobserwował u Przejściowców. Rozmowy raczej się nie toczyły. Przeważało zmęczenie. Dalej droga, droga, skała, kamień, kolejne kroki na drodze ku zwycięstwu. Szedł mężnie, czuł kolana ale nie było to nic co by go zaniepokoiło. Dzisiaj ból,a leczyć się będziemy w poniedziałek. Teraz łamiemy 100km!!!

No i złamaliśmy stówę !– krzyknął w okolicach Perły. Noc. Dyskoteka. Łupanka. Balanga na całego! Nie, nie. Nie na Perle, na Perle cicho i zimno. Jawił mu się zaś obraz Szybowcowej,z której właśnie dotarł. Piękne miejsce na imprezę. Ktoś tam tańczył, ktoś tam krzyczał, ktoś tam zwracał z siebie resztki godności, ech… młodość. Tylko po nocy ciężko trafić, ale byli ludzie z wiedzą, ludzie go poprowadzili. Na Perle zaś cicho i zimno, bardzo zimno, za zimno na sen. Zazdrościł Przejściowcom, którym kierowca zaoferował nocleg w tirze dopóki się nie wyszaleje na Szybowcowej. Wiedział, że na Perle za zimno dla niego i spania nie będzie, z radością więc podniósł swoją pasożytniczą głowę gdy mocna grupa ruszyła w kierunku dalszej wędrówki. Stacja benzynowa. Wiedział, że jak jest stacja jest dobrze i przyjął tą wiadomość ad acta. Poczekał aż ktoś się wyłoni ze stacji i pozwoli przyssać. Pozwolił. Poszedł dalej. Przyssał się bezszelestnie w ciemności. Gdzieś w międzyczasie gruchnęła echem wieść, że 250 osób się wycofało, że ktoś już dobiegł do mety dawno. Noooo…. ale jak dobiegł ? Już dobiegł ?! A tylu się wycofało ?! Ciężko mu było dać wiarę.

Szli. Łąka, las, ścieżki, las. Nie jest w stanie odpowiedzieć dokładnie na pytanie gdzie był. Dopiero przed Komorzycą przyszła chwila refleksji, do której skłoniła go obsada punktu kontrolnego. A cóż te dziewuchy same po nocy robią w ciemnym lesie? Ponoć jedna bała się pająka. Tak twierdziła. Jest tego pewien. Nie śnił!

Zaczęło się. Tak. Bezsprzecznie. Wielki kryzys nadszedł niespodzianie i raził jak grom. Był pewien, że wyczerpał właśnie cały płyn do chłodnic, glikogen, czy jak mu tam. Wiedział, że to już niedaleko Zakrętu Śmierci, jeszcze ostro pod górę tylko. Kilka kroków, zadyszka, zawroty głowy –powtarzał jak mantrę te szalone czynności. Widział jak dwoje Przejściowców polemizowało gdzieś obok na temat kalorii. Zjadł chałwę. Ostatnia deska ratunku – pomyślał, chociaż nawet myślenie już mu nie szło. Szczęśliwy był. Zrealizował trzy mini-plany. Tego chciał, a Przejścia przecież i tak by nie dał rady. Szedł zatem. Na Zakręcie ostatni punkt zwózki dla takich jak on – chwilowo niedomagających. Do Zakrętu i trudno, do zobaczenia za rok – myślał. Krok do góry, zadyszka,postój, od nowa. Dziwne spojrzenia rzucane przez grupę kolonistów. Stwierdził, że musiał wyglądać tak jak się czuł. Krok do góry, zadyszka, postój, od nowa. Krok do góry, zadyszka, postój,od nowa, puk stuk kijkami, zadyszka…

Zakręt objawił mu się jakoś optymistycznie. Pierwsze dwa małe odciski. Sam był zdziwiony. Przecież buty z membraną. Jakbym worki foliowe ubrał – zawsze twierdził. – Pewnie to przez ten cudowny krem cudo-krem. Stoliki pozajmowane więc rozsiadł się wygodnie z gracją indyjskiego fakira przy pomocy półdupka na małym pniaczku i rozpoczął dziwny taniec próbując doprowadzić nogi do porządku i jednocześnie nie nałapać igliwia do garderoby. Do tego zaciął ostro deszcz, ale wtedy poczuł nagle przypływ energii. Chyba o to chodziło. Właśnie się dowiedział jak ważne jest odżywianie na trasie. Chałwa zaczęła działać i ten, no, glikogen. Na Wysoki Kamień ruszył tempem wykończonego maratończyka po trzech ścianach. Cały czas dopingowała go myśl,że wlókł się tak, że teraz to na pewno jest już ostatni i tylko kwestia czasu jak złamie tu nogi i zamarznie bo go nikt nie znajdzie. Wraz z energią przypłynął do niego irracjonalizm. Solidna jego dawka.

Wysoki Kamień. Punkt kontrolny odnotował jego nadejście, pies sowicie obszczekał. Zaliczony. Następny do golenia. Dłuższy postój na Kamieniu i rozmowa z przypadkowym turystą,jeśli dać mu wiarę – byłym długodystansowcem – naładowały go optymistycznie mentalnie i fizycznie. Wiedział, że czasu jest sporo, ale wiedział też, że zły czuwa, a zły może sprowadzić kontuzję w najmniej spodziewanym momencie. Teraz zaniechał maniery pasożytnictwa. Te rejony już znał, a i tempo mu spadło znacząco. Nie był pewien jeszcze „owianego złą sławą Przedziału”. Nigdy tam nie był. Nie raz wprawdzie drapał się po przedziale, ale intuicja mu podpowiadała, że tonie to.

Rozdroże pod Cichą Równią przywitało go optymistycznie. Grupka wylegujących ludzi niedaleko których także zaległ. Prawa noga absolutnie mu odmówiła współpracy. Ścięgno czy coś tam. Bez znaczenia raczej bo kolano też i to mocniej. Tłumaczył swojej nodze, że na nic jej fochy bo ma jeszcze drugą nogę. Noga wysłuchała. Naszedł go jeszcze większy irracjonalizm. Dialog wewnętrzny urastał do miana kłótni. Wewnętrzna walka, wojna! Obok przewinęło się kilku ludzi ubranych jakby pod ziemię schodzili. A może ich tam nie było ? Chyba byli bo coś gadali między sobą. W każdym razie jednego był pewien – tego kota za Wysokim Kamieniem to sobie zmyślił.

Przedział, ponoć buty wciąga, pisali tak. I tor niby jakiś jest z saneczkami. – powiedział do grupki siedzących. Znacie trasę ? – dodał zaraz swoim pasożytniczym zwyczajem. Znamy –odpowiedzieli z krewkim przekonaniem Przejściowcy. Poprosił jeszcze, aby wolno szli i ruszyli. I szli, i szli i szli. Ponoć jeszcze 2 godziny. Tak mówili. Uwierzył. I słusznie, dobrze mówili. Z każdym krokiem rosła w nim energia, rozpierała. Żywa dyskusja na trasie trwała. Przyspieszał. Zaczynał widzieć RZECZY i LUDZI, których chyba tam nie było na tym Przedziale. Na pewno pokończył mu się na dobre glikogen z chałwy, ale adrenalina robiła swoje. Z Kamieńczyka prawie biegł. Tam też pożegnał się ze swoim współtowarzyszem Przejściowcem z Przedziału, na powitanie którego wyszła rodzina i poleciał przed siebie. Z oddali widział już szutrową alejkę, w tym momencie…

Czy dotarł do mety ? Byłoby to zbyt piękne, a życie układa swoje scenariusze. Może kiedyś wam o tym opowie sam, osobiście…

 

 

 

Dziękuję wszystkim, a zwłaszcza Przejściowcom na których pasożytowałem, dzielnym obsadom PK i Robertowi za odwózkę do domu choć tanio nie było 😉

Nie zapominajmy także przede wszystkim o tych, dla których pamięci co roku się ta impreza odbywa.

Pozdrawiam, 230-sty