Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”

Wisława Szymborska.

 

16 września 2011r. dowiedzieć się o sobie czegoś nowego, rozszerzyć wcześniej zdobyte informacje lub upewnić się, co do już posiadanej wiedzy na swój temat postanowiło niespełna 400 osób. W jaki sposób? Wędrując dookoła Kotliny Jeleniogórskiej przez maksymalnie 48 godzin. Mając do pokonania cztery pasma górskie na ok 140 kilometrowej trasie. Wśród tych różnorodnych, barwnych i odważnych postaci byłem także ja.

 

Rozpoczęcie sprawdzianu własnej osobowości miało miejsce przy Szałasie Żywca w pobliżu dolnej stacji wyciągu w Szklarskiej Porębie. Pół godzinki wcześniej odprawa i ostatnie przygotowania do wymarszu. Miło wspominam 19:57. Wtedy to z głośników dobiegł głos „three minutes to start, drei minuten zum start”. Z racji tego, że w Przejściu uczestniczył kolega z Czeskiej Republiki to razem z żoną i szwagierką (uczestniczką próby) głośno pomyśleliśmy- „tri minutki do zaczątku” :). Minęło 120 sekund i kolejny komunikat- minuta ciszy. Dotychczas gwarne, roześmiane towarzystwo w jednej chwili zamilkło i usłyszeć można było bardzo „głośną” ciszę…

 

Start punktualnie o 20:00. Błyskają flesze. Tłum napiera do przodu w stronę Szrenicy. Początkowo spokojnie, tłocząc się w ciasnych przejściach i ścieżkach. Od Kamieńczyka można poczuć trochę przestrzeni. Niemal 400 osób rozciągniętych na kilkuset metrach trudnego podejścia. O 21:00 wraz z siostrą mojej żony docieramy do Hali Szrenickiej. Część uczestników zatrzymuje się tu na dłuższą chwilę, my natomiast ruszamy dalej czerwonym szlakiem. Wędrówka do Śnieżnych kociołków mija bardzo przyjemnie. Górskie powietrze, rozgwieżdżone niebo, brak wiatru… Światła w dole- w Kotlinie- oraz te z mnóstwa czołówek za i przed nami tworzą niezwykle piękny obraz. To wszystko tworzy niesamowitą, wręcz metafizyczną atmosferę. Do Śnieżnych Kotłów docieramy o 22. Posilamy się batonikami i napojami. Po 15 minutach ruszamy dalej. Na PK1 stawiamy się o północy. Krótka pogawędka z GOPRowcami na temat nr startowego i ciśniemy na dłuższe posiedzenie pod Śnieżkę. Nigdy nie myślałem, że przejście nocą przez Karkonosze może dać tyle frajdy. Warto wybrać się na taki nocny spacer grzbietem gór tylko dla samego widoku Samotni i Strzechy w pogodą noc. Do Domu Śląskiego dochodzimy przed 2:00. Przywitała nas miła niespodzianka- ciepła herbatka za „dziękuję”. Szacunek i słowa uznania dla gospodarzy schroniska za taką ofiarną inicjatywę! Po godzinnym odpoczynku wyruszamy zdobywać najwyższy szczyt Sudetów, a dalej przez Sowią Przełęcz i Skalny Stół w stronę Okraju. Ze względu na paskudne zejścia na tym odcinku zakładam opaski uciskowe na kolana. Fragment szlaku ze Skalnego na Przełęcz pozostawię bez komentarza. Dlaczego? Proszę wystartować o 20:00 ze Szklarskiej Poręby i przekonać się osobiście 🙂

W schronisku na Prz. Okraj krótki odpoczynek. Ciepła herbata, śniadanie- w końcu już ranek 17-stego września – poranek przepiękny. Słoneczko, ciepełko. Momentalnie odechciewa się spać. Spinamy się i ciśniemy na Przełęcz Kowarską. Dowiadujemy się, że z tego punktu transportowego chwilę przed naszym przybyciem odjechał bus… My jeszcze chcemy i co ważne- możemy iść dalej. Gdy ruszamy w Rudawki jest kilkanaście minut po 8. Idziemy równym, wydaje mi się mocnym tempem ale w głowie pojawia się myśl – „nie zdążycie na Górę Makaronową!” Przed Skalnikiem spotykamy kilka osób, które mają podobne obawy ale ktoś z tłumu zapewnia, że na 14 będziemy na Różance. Staram się w to uwierzyć. Pod presją utraty szans na ciepły, energetyczny posiłek przyśpieszamy i co sił idziemy w stronę Wołka, potem Zamku Bolczów, aż ok. 13:00 docieramy do Janowic Wielkich. Tutaj Ewa postanawia zakończyć swoją przygodę z tegorocznym Przejściem. Wiem, że sił, charakteru i mobilizacji miała na jeszcze co najmniej 100 km ale przeciążone, opuchnięte kolana tym razem wygrały. Wielki szacun za dotarcie aż tutaj!

Tymczasem ja ruszam dalej. Ciężkie podejście na Różankę po ponad 50-ciu kilometrach w nogach wydaje się mordercze. Zmęczony docieram do PŻ. Ciepła herbata, smaczne jedzonko, bezchmurne niebo… Klimat sprzyja drzemaniu. Rozkładam NRC na trawie i próbuję zasnąć. Udaje się to tylko na kilkanaście minut. Po dwóch godzinach wylegiwania się w słońcu zbieram się do dalszej drogi. Fizycznie czuję się dobrze. Nogi nie bolą, układ oddechowy także sobie radzi. Jedyny problem to stopy – oprócz kilku otarć pojawiają się także pęcherze na piętach, które później będą główną przyczyną wycofania się z próby. Do Radomierza schodzę w towarzystwie 3 osób, z którymi aż do PK pod Okolem będę szedł w zasięgu wzroku. Po zejściu z Dudziarza spotykam słynnego Pana Michała, który pstryka kilka fotek. Wdajemy się w krótką pogawędkę. Wymieniamy zachęty i uwagi po czym udajemy się w przeciwnych kierunkach – on w stronę Radomierza, a ja w kierunku Komarna. Idzie się fajnie. Początkowo osłabione moralne zaczyna wzrastać, gdy stwierdzam, że ze stopami nie jest aż tak źle – trzeba tylko rozchodzić. Jeszcze nie wiem, jak bardzo się mylę. Gdy opuszczam Komarno jest już zmrok. Idąc do Prz. Widok nocą przez lasy i łąki jest wiele czasu na rozmyślania i wewnętrzne dialogi. Kapella – godzina nie wiem która. Kilka osób czeka na busa do Szklarskiej. Rozmawiamy. Mam wątpliwości, czy iść dalej. Na metę i tak nie ma szans. Po co się męczyć? Dlaczego forsować organizm? Bus odjeżdża beze mnie. Razem z trójka wspomnianą wcześniej schodzimy w kierunku Okola. Na tym asfalcie dotkliwie czuje zniszczone stopy. Już wiem, że cel maksimum to PT Góra Szybowcowa. Pod Okolem rozstajemy się z towarzyszami zejścia. Dziękuje Wam za ten niemal wspólny odcinek kaczawski. Ciemna noc, gęsty las – sam wspinam się na Okole, a następnie schodzę do Chrośnicy. Myślę o sytuacji, w jakiej się znalazłem. Jestem zdziwiony tym, jak dobrze mi się idzie. Czyżby okoliczności dodały mi werwy i animuszu do pokonywania kolejnych kaemów? We wsi odpoczywam na przystanku. Wygodna ławeczka 🙂 Rozpoczynam wspinaczkę na Szybowcową. To ten odcinek zweryfikuje moje odzyskane, jakże płonne nadzieje na przejście całego dystansu. Każdy krok sprawia mi trudność. To stopy, zmasakrowane stopy mszczą się za nie skorzystanie z busika z Kapelli. Idę bardzo wolno, a mimo to dochodzę dwie osoby. Wiem, że musiało się coś stać ponieważ niemożliwe jest bym w moim stanie doścignął kogokolwiek. Obawy się potwierdzają – kontuzja kolana. W trójkę docieramy do PK7, będącego jednocześnie PT4. Jest 2:00. Korzystam z wolnego krzesełka, ubieram się we wszystko co mam- potwornie wieje- przykrywam folią NRC i zasypiam. Po chwili budzę się i znów zasypiam – ta zmienność sytuacji trwa do 6:00. Dlaczego jeszcze się nie wycofałem? Dlaczego nie zadzwoniłem po transport do Szklarskiej? Nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Od 2:00 do 7:00 byłem przekonany, że to koniec. Ale o 7:00 wydarzyło się coś, czego nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Nagle, jakby wewnętrzny głos nakazał mi podjąć jeszcze jedną próbę ruszenia w do przodu. Dziwie się sobie, z jaką łatwością uległem. I tak o to po 5 godzinach spędzonych na Szybowcowej, po kilku „zabiegach” na stopach stawiam krok za krokiem w kierunku Jeżowa. Jest ciężko, ale z każdym krokiem lżej. Może wystarczy rozchodzić stopy i jakoś to będzie… „Kto jest najbardziej w błędzie? Ten kto mówi – jakoś to będzie”. O prawdziwości tego przysłowia przekonuję się za Perłą Zachodu. Zejście do Lotosu to najgorszy moment od 2 dni. Już na pewno wiem, że to koniec. Bez dyskusji. Cel jest jeden – dostać się do PT w Goduszynie. Kilka tygodni wcześniej przejście ze stacji Lotos do Goduszyna zajęło mi 45 minut. 18 września trwało półtorej godziny… Gdy doszedłem do PT czekało na mnie autko. Dziękuje organizatorom, że sprawie zadbali o transport. Przed 12:00 byłem w Szklarskiej.

 

W tym czasie wielu z uczestników dotarło już do mety, ten i ów docierał, a kolejni mieli dotrzeć. Wszystkim tym 128 osobom gratuluję! Jednak słowa uznania należą się wszystkim startującym. Każdy miał swoje powody dla których zdecydował się wyruszyć. Niezależnie od motywów, jakimi się kierowaliśmy podjęliśmy się czegoś, co dla wielu ludzi jest niezrozumiałe, szalone, a czasem po prostu głupie. My jednak wiele się o sobie dowiedzieliśmy bo w końcu – „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Za rok poszerzymy tą wiedzę.

 

 

Marek Gęga