41 godzin

41 godzin

41 godzin
Przejście godzina po godzinie, możliwe do odtworzenia dzięki uprzejmości gps-a.
Wewnętrzny dialog uczestnika nr 251.
Piątek
19:55
Spróbujmy ustalić, co ja tutaj właściwie robię i dlaczego. Przejście 145 kilometrów jednym ciągiem nie jest raczej ani mądre ani specjalnie zdrowe. W moim wieku powinienem szanować się trochę bardziej. Niestety, za dużo ludzi już wie, że się wybrałem na Przejście. Raczej trudno będzie się wywinąć. Jedyny ratunek w tym, że w ostatniej chwili organizatorzy pojmą, jakie to szaleństwo i odwołają imprezę. Ale nic z tego. Żegnam się z Magdą, która za chwilę pogrąży się w ciepłej pościeli w pewnej miłej agroturystyce w Michałowicach. Ona też nie do końca to czuje. Bo co to jest za wyjaśnienie: ja po prostu muszę iść, kochanie. Tak, to jest podejrzane.
21:05.
Hala Szrenicka. Tymbark jabłkowo-miętowy. Realizuję chytrą taktykę: pić na trasie gdzie się da, żeby nie nosić ze sobą za wiele. Dwa lata temu w dole ryczały jelenie. Teraz nie ryczą. Dziwne.
22:00
Za chwilę Wielki Szyszak. Myślę o dwóch parach gumowych rękawiczek, które zgodnie z regulaminem zapakowałem do apteczki. Dlaczego dwie?
23:00
Śląskie Kamienie. W dole Kotlina Jeleniogórska. Morze migocących światełek rozbija się o karkonoski klif. Mam szczęście do pogody.
Sobota
00:01
Nudno trochę. Dalej nie wiem, dlaczego dwie pary tych rękawiczek.
01:00
Ostatnia prosta przed Śląskim Domem. Planuję, żeby przy żurku przyjrzeć się na spokojnie ludziom, z którymi idę.
02:10
Śnieżka. W budynku ciemno i głucho. Udają, że śpią.
02:55
Przed schroniskiem Jelenka zdezorientowana grupa młodzieży niewtajemniczonej próbuje ustalić, o co chodzi? Jelenie ryczą po czeskiej stronie. Ciekawe, czy to te spod Szrenicy?
04:00
Ogólnie rzecz biorąc, Karkonosze są piękne. Jedyne miejsce pozbawione wszelkiej urody to zejście na Okraj. Przesypanie tutaj kamieni z całej okolicy naprawdę nie było dobrym pomysłem.
05:05
Przełęcz Kowarska. Karkonosze z głowy. Na wschodzie niebo rozjaśnia światło przedświtu. Piękny moment. Za chwilę wstanie nowy dzień. Sobota. Żadnego odkurzania, sprzątania, zakupów. Jedynie maszerowanie. Wspaniale!
06:18
Rozdroże pod Bobrzakiem. Słońce powoli wychodzi zza Wielkiej Kopy. Czuję się tak, jakbym dopiero co wystartował. Świeżo i rześko. Od biedy mógłbym zacząć nawet podśpiewywać, ale boję się, że mnie za to zdyskwalifikują i wyproszą z Przejścia. Wiem, o czym mówię…
07:00
Skalnik. Po Śnieżce, Korona Przejścia wzbogaca się o najwyższy szczyt Rudaw Janowickich. Długa prosta przez szczytową kopułę. W sam raz na małą drzemkę. Można by podejść na skałki Małej Ostrej i popatrzeć na Kotlinę. Tak, z pewnością można by…
08:02
Wołek jest zupełnie nieciekawy, dopóki nie odkryje się miejsca tuż pod szczytem, kilka metrów na lewo od szlaku. Pod skałką jest przytulny zakątek z bujną, miękką, zieloną trawą. W dole widoki na Kotlinę.
09:06
Zamek Bolczów. Mój ulubiony sudecki zamek. Tak jest od czasu, kiedy tutaj nocowałem a szalony marcowy kot biegał dookoła przez całą noc imitując odgłosy, które według niego miały być zapewne zalotnym pomrukiem. Na zamku było nas dwóch, ja i kot. Do dziś nie rozumiem, o co mu chodziło.
09:44
Człowiek wynalazł koło, a zaraz potem sklep w Janowicach Wielkich. Te rozkoszne góry drożdżówek i połyskujące kolorami tęczy hektolitry Powerada!
10:28
Różanka vel Góra Makaronowa. Dojście do tego miejsca to już jest pewna nobilitacja. Dwa lata temu zabrało mi to trochę czasu, wybrałem za Janowicami wariant świadczący o kompletnym braku jakiegokolwiek rozsądku, nie wspominając o zdrowym. Ale teraz jest w porządku. Jem makaron, patrzę na Kaczawy i myślę o sobie: taki młody i wspaniały, a do tego inteligentny. Odbudowuję ego na ciąg dalszy.
12:00
Zagubiony wśród kaczawskich łąk. Tutaj, gdzieś pod Barańcem, mógłbym osiąść na stałe. Starość w bujanym fotelu na werandzie z widokiem na Karkonosze. Dla tego miejsca mógłbym zdradzić Beskidy.
13:00
Właściciel posesji położonej tuż przy szlaku spontanicznie funduje doskonałą wodę. Nie wiem, co bardziej lubię: te góry czy ich mieszkańców.
14:00
Kapella. Jakieś dwa kilometry asfaltowego zgrzytu przecinającego kaczawską sielankę. Trzeba zacisnąć zęby i przejść to jak najszybciej.
15:19
Okole. Dach Gór Kaczawskich. Szczyt numer trzy w Koronie Przejścia. Pamiętałem z tego miejsca jakieś straszne chaszcze. Teraz jest całkiem miło. A ciastka na punkcie po Okolem podają na eleganckiej tacy.
16:00
Łąki nad Chrośnicą. Lubię to miejsce. Kiedy już wiadomo którędy iść, można rozkoszować się w pełni ciepłym popołudniem. I starać się nie myśleć o ciągu dalszym, czyli o Górze Szybowcowej.
17:00
Dłuższy popas pod kościołem w Chrośnicy robi swoje. Ciężko się rozruszać.
18:00
Patrzę w zdumieniu, jak z lotniska na Szybowcowej z mozołem startuje rozklekotany samolot. Upewniam się w przekonaniu, że lotnictwo to jest dziedzina ze wszech miar podejrzana i niebezpieczna. Kawałek dalej przeciskam się między spadochroniarzami. Patrzymy na siebie bez cienia wzajemnego zrozumienia.
19:00
Udało mi się odnaleźć prawie doskonałe zejście do Jeżowa Sudeckiego. Byłoby idealnie, gdyby w którymś momencie nie rzucił się na mnie znienacka elektryczny pastuch. Udawał niepodłączonego.
20:00
Schodzę do Perły Zachodu studiując po drodze z wielką podejrzliwością każde rozstaje i zakręt. Odcinek miał być krytyczny. Nie był.
21:00
Gdzie jest ta stacja?
21:46
Dwa hot-dogi na stacji w Goduszynie. W ogóle pojęcie stacji benzynowej dla uczestników Przejścia nabiera innego znaczenia i to jest chyba dość powszechna opinia. Nie wydaje mi się, aby ktoś, kto nie szedł, zrozumiał błysk w oku i drżenie w głosie człowieka po Przejściu, który wypowiada z namaszczeniem słowa: „stacja w Goduszynie”. Uważam, że należy zupełnie poważnie rozważyć możliwość złożenia się na mały pomnik tuż przed budynkiem stacji. Zarys projektu plastycznego: sponiewierany uczestnik Przejścia, upadły na ciele, raczej na czworakach, ostatnim wysiłkiem woli wyciąga przed siebie rękę (te rozcapierzone palce!). Pochyla się nad nim po ojcowsku pracownik stacji (ten z długimi, spiętymi włosami) i podaje wspaniałego, chrupiącego, pachnącego hot-doga. To byłoby coś!
23:17
Nie nachodziłem się wiele. W Goduszynie rozkładam śpiwór i matę na jakimś zacisznym trawniku.
Niedziela
01:27
Niewiele zmądrzałem po tej drzemce. Zginąłbym marnie w bezkresie pól, gdyby sędzina z punktu numer 9 nie wybiegła bohatersko w głuchą, ciemną noc, wymachując rozpaczliwie rękami. Byłem tak bardzo pewien tego, że dobrze idę, że przez chwilę myślałem, że to chyba punkt jest źle rozstawiony.
02:00
Zagłębiam się w otchłań mitycznej Komorzycy. Kilka śmiałych decyzji nawigacyjnych i Komorzyca kapituluje. Nie ze mną takie numery! O rany, jaki ja jestem wspaniały!
03:00
Wojcieszyce. W polach powyżej miejscowości zachowuję czujność. Dwa lata temu wykonałem tutaj manewr nawigacyjny, którego szczegóły na zawsze pozostaną wyłącznie moją tajemnicą.
04:00
Przełęcz Zimna, punkt numer 10. Z samochodu bliżej nieokreślonej marki wybiega zaspana sędzina. Z zamkniętymi oczami i głosem półprzytomnym rzuca w ciemność bezcenne i niezapomniane: „Tu jest trochę wody i ciastka, no i w zasadzie tyle możemy Wam zaoferować”.
05:14
Górzyniec. Może z tymi rękawiczkami gumowymi chodzi o to, że jedna para może okazać się  dziurawa?
06:23
Zakręt Śmierci. Przytulna wiata sama wchodzi mi w drogę, nie byłoby mądrze nie skorzystać.
07:00
Przesypiam zmianę pór roku w Izerach. Nie kalendarzową, ale rzeczywistą. Po małym spaniu ruszyłem w stronę Wysokiego Kamienia, a wokół jakoś inaczej zawiało i zapachniało, i zrobiło się całkiem jesiennie. Pomyśleć, że to wszystko w niecałą godzinę.
08:00
Wysoki Kamień. Nie mam siły wdrapywać się na sam szczyt. Załóżmy, że dobrze pamiętam widoki sprzed dwóch lat i to musi mi wystarczyć.
09:00
Sam środek asfaltu pomiędzy kopalnią `Stanisław` a Cichą Równią. Czyste otępienie nie zakłócone bodaj najprostszą myślą.
10:08
Kilka metrów przed punktem numer 12 budzę się ze świadomością dojmującej potrzeby. Bez słowa wyjaśnienia odwracam się na pięcie i ruszam biegiem w las. To rzeczywiście mogło wyglądać dziwnie.
11:00
W drodze na Przedział zwalniam, żeby pobyć jeszcze trochę na trasie. Jeżeli na drewnianych kładkach zaczęła ogarniać mnie fala błogiej euforii…
12:00
…to zejście torem saneczkowym szybko ściągnęło mnie z powrotem na ziemię. Poczułem się, jakbym znowu schodził na Okraj.
12:45
Ale Okraj to już historia. Tajemnica dwóch par gumowych rękawiczek nadal nierozwiązana. Za to przede mną ostatni, najmilszy punkt kontrolny. Dwa małe słoneczka w oczach Magdy, czekającej na mecie na swojego bohatera. 41 godzin żeby dojść dokładnie w to samo miejsce. Hmm, faktycznie ani mądrze, ani specjalnie zdrowo. W moim wieku powinienem szanować się trochę bardziej.  Ciekawe, czy za rok uda mi się zapisać?

41 godzin

Przejście godzina po godzinie, możliwe do odtworzenia dzięki uprzejmości gps-a.

Wewnętrzny dialog uczestnika nr 251.

 

Piątek

19:55

Spróbujmy ustalić, co ja tutaj właściwie robię i dlaczego. Przejście 145 kilometrów jednym ciągiem nie jest raczej ani mądre ani specjalnie zdrowe. W moim wieku powinienem szanować się trochę bardziej. Niestety, za dużo ludzi już wie, że się wybrałem na Przejście. Raczej trudno będzie się wywinąć. Jedyny ratunek w tym, że w ostatniej chwili organizatorzy pojmą, jakie to szaleństwo i odwołają imprezę. Ale nic z tego. Żegnam się z Magdą, która za chwilę pogrąży się w ciepłej pościeli w pewnej miłej agroturystyce w Michałowicach. Ona też nie do końca to czuje. Bo co to jest za wyjaśnienie: ja po prostu muszę iść, kochanie. Tak, to jest podejrzane.

 

21:05.

Hala Szrenicka. Tymbark jabłkowo-miętowy. Realizuję chytrą taktykę: pić na trasie gdzie się da, żeby nie nosić ze sobą za wiele. Dwa lata temu w dole ryczały jelenie. Teraz nie ryczą. Dziwne.

 

22:00

Za chwilę Wielki Szyszak. Myślę o dwóch parach gumowych rękawiczek, które zgodnie z regulaminem zapakowałem do apteczki. Dlaczego dwie?

 

23:00

Śląskie Kamienie. W dole Kotlina Jeleniogórska. Morze migocących światełek rozbija się o karkonoski klif. Mam szczęście do pogody.

 

Sobota

00:01

Nudno trochę. Dalej nie wiem, dlaczego dwie pary tych rękawiczek.

 

01:00

Ostatnia prosta przed Śląskim Domem. Planuję, żeby przy żurku przyjrzeć się na spokojnie ludziom, z którymi idę.

 

02:10

Śnieżka. W budynku ciemno i głucho. Udają, że śpią.

 

02:55

Przed schroniskiem Jelenka zdezorientowana grupa młodzieży niewtajemniczonej próbuje ustalić, o co chodzi? Jelenie ryczą po czeskiej stronie. Ciekawe, czy to te spod Szrenicy?

 

04:00

Ogólnie rzecz biorąc, Karkonosze są piękne. Jedyne miejsce pozbawione wszelkiej urody to zejście na Okraj. Przesypanie tutaj kamieni z całej okolicy naprawdę nie było dobrym pomysłem.

 

05:05

Przełęcz Kowarska. Karkonosze z głowy. Na wschodzie niebo rozjaśnia światło przedświtu. Piękny moment. Za chwilę wstanie nowy dzień. Sobota. Żadnego odkurzania, sprzątania, zakupów. Jedynie maszerowanie. Wspaniale!

 

06:18

Rozdroże pod Bobrzakiem. Słońce powoli wychodzi zza Wielkiej Kopy. Czuję się tak, jakbym dopiero co wystartował. Świeżo i rześko. Od biedy mógłbym zacząć nawet podśpiewywać, ale boję się, że mnie za to zdyskwalifikują i wyproszą z Przejścia. Wiem, o czym mówię…

 

07:00

Skalnik. Po Śnieżce, Korona Przejścia wzbogaca się o najwyższy szczyt Rudaw Janowickich. Długa prosta przez szczytową kopułę. W sam raz na małą drzemkę. Można by podejść na skałki Małej Ostrej i popatrzeć na Kotlinę. Tak, z pewnością można by…

 

08:02

Wołek jest zupełnie nieciekawy, dopóki nie odkryje się miejsca tuż pod szczytem, kilka metrów na lewo od szlaku. Pod skałką jest przytulny zakątek z bujną, miękką, zieloną trawą. W dole widoki na Kotlinę.

 

09:06

Zamek Bolczów. Mój ulubiony sudecki zamek. Tak jest od czasu, kiedy tutaj nocowałem a szalony marcowy kot biegał dookoła przez całą noc imitując odgłosy, które według niego miały być zapewne zalotnym pomrukiem. Na zamku było nas dwóch, ja i kot. Do dziś nie rozumiem, o co mu chodziło.

 

09:44

Człowiek wynalazł koło, a zaraz potem sklep w Janowicach Wielkich. Te rozkoszne góry drożdżówek i połyskujące kolorami tęczy hektolitry Powerada!

 

10:28

Różanka vel Góra Makaronowa. Dojście do tego miejsca to już jest pewna nobilitacja. Dwa lata temu zabrało mi to trochę czasu, wybrałem za Janowicami wariant świadczący o kompletnym braku jakiegokolwiek rozsądku, nie wspominając o zdrowym. Ale teraz jest w porządku. Jem makaron, patrzę na Kaczawy i myślę o sobie: taki młody i wspaniały, a do tego inteligentny. Odbudowuję ego na ciąg dalszy.

 

12:00

Zagubiony wśród kaczawskich łąk. Tutaj, gdzieś pod Barańcem, mógłbym osiąść na stałe. Starość w bujanym fotelu na werandzie z widokiem na Karkonosze. Dla tego miejsca mógłbym zdradzić Beskidy.

 

13:00

Właściciel posesji położonej tuż przy szlaku spontanicznie funduje doskonałą wodę. Nie wiem, co bardziej lubię: te góry czy ich mieszkańców.

 

14:00

Kapella. Jakieś dwa kilometry asfaltowego zgrzytu przecinającego kaczawską sielankę. Trzeba zacisnąć zęby i przejść to jak najszybciej.

 

15:19

Okole. Dach Gór Kaczawskich. Szczyt numer trzy w Koronie Przejścia. Pamiętałem z tego miejsca jakieś straszne chaszcze. Teraz jest całkiem miło. A ciastka na punkcie po Okolem podają na eleganckiej tacy.

 

16:00

Łąki nad Chrośnicą. Lubię to miejsce. Kiedy już wiadomo którędy iść, można rozkoszować się w pełni ciepłym popołudniem. I starać się nie myśleć o ciągu dalszym, czyli o Górze Szybowcowej.

 

17:00

Dłuższy popas pod kościołem w Chrośnicy robi swoje. Ciężko się rozruszać.

 

18:00

Patrzę w zdumieniu, jak z lotniska na Szybowcowej z mozołem startuje rozklekotany samolot. Upewniam się w przekonaniu, że lotnictwo to jest dziedzina ze wszech miar podejrzana i niebezpieczna. Kawałek dalej przeciskam się między spadochroniarzami. Patrzymy na siebie bez cienia wzajemnego zrozumienia.

 

19:00

Udało mi się odnaleźć prawie doskonałe zejście do Jeżowa Sudeckiego. Byłoby idealnie, gdyby w którymś momencie nie rzucił się na mnie znienacka elektryczny pastuch. Udawał niepodłączonego.

 

20:00

Schodzę do Perły Zachodu studiując po drodze z wielką podejrzliwością każde rozstaje i zakręt. Odcinek miał być krytyczny. Nie był.

 

21:00

Gdzie jest ta stacja?

 

21:46

Dwa hot-dogi na stacji w Goduszynie. W ogóle pojęcie stacji benzynowej dla uczestników Przejścia nabiera innego znaczenia i to jest chyba dość powszechna opinia. Nie wydaje mi się, aby ktoś, kto nie szedł, zrozumiał błysk w oku i drżenie w głosie człowieka po Przejściu, który wypowiada z namaszczeniem słowa: „stacja w Goduszynie”. Uważam, że należy zupełnie poważnie rozważyć możliwość złożenia się na mały pomnik tuż przed budynkiem stacji. Zarys projektu plastycznego: sponiewierany uczestnik Przejścia, upadły na ciele, raczej na czworakach, ostatnim wysiłkiem woli wyciąga przed siebie rękę (te rozcapierzone palce!). Pochyla się nad nim po ojcowsku pracownik stacji (ten z długimi, spiętymi włosami) i podaje wspaniałego, chrupiącego, pachnącego hot-doga. To byłoby coś!

 

23:17

Nie nachodziłem się wiele. W Goduszynie rozkładam śpiwór i matę na jakimś zacisznym trawniku.

 

Niedziela

01:27

Niewiele zmądrzałem po tej drzemce. Zginąłbym marnie w bezkresie pól, gdyby sędzina z punktu numer 9 nie wybiegła bohatersko w głuchą, ciemną noc, wymachując rozpaczliwie rękami. Byłem tak bardzo pewien tego, że dobrze idę, że przez chwilę myślałem, że to chyba punkt jest źle rozstawiony.

 

02:00

Zagłębiam się w otchłań mitycznej Komorzycy. Kilka śmiałych decyzji nawigacyjnych i Komorzyca kapituluje. Nie ze mną takie numery! O rany, jaki ja jestem wspaniały!

 

03:00

Wojcieszyce. W polach powyżej miejscowości zachowuję czujność. Dwa lata temu wykonałem tutaj manewr nawigacyjny, którego szczegóły na zawsze pozostaną wyłącznie moją tajemnicą.

 

04:00

Przełęcz Zimna, punkt numer 10. Z samochodu bliżej nieokreślonej marki wybiega zaspana sędzina. Z zamkniętymi oczami i głosem półprzytomnym rzuca w ciemność bezcenne i niezapomniane: „Tu jest trochę wody i ciastka, no i w zasadzie tyle możemy Wam zaoferować”.

 

05:14

Górzyniec. Może z tymi rękawiczkami gumowymi chodzi o to, że jedna para może okazać się dziurawa?

 

06:23

Zakręt Śmierci. Przytulna wiata sama wchodzi mi w drogę, nie byłoby mądrze nie skorzystać.

 

07:00

Przesypiam zmianę pór roku w Izerach. Nie kalendarzową, ale rzeczywistą. Po małym spaniu ruszyłem w stronę Wysokiego Kamienia, a wokół jakoś inaczej zawiało i zapachniało, i zrobiło się całkiem jesiennie. Pomyśleć, że to wszystko w niecałą godzinę.

 

08:00

Wysoki Kamień. Nie mam siły wdrapywać się na sam szczyt. Załóżmy, że dobrze pamiętam widoki sprzed dwóch lat i to musi mi wystarczyć.

 

09:00

Sam środek asfaltu pomiędzy kopalnią `Stanisław` a Cichą Równią. Czyste otępienie nie zakłócone bodaj najprostszą myślą.

 

10:08

Kilka metrów przed punktem numer 12 budzę się ze świadomością dojmującej potrzeby. Bez słowa wyjaśnienia odwracam się na pięcie i ruszam biegiem w las. To rzeczywiście mogło wyglądać dziwnie.

 

11:00

W drodze na Przedział zwalniam, żeby pobyć jeszcze trochę na trasie. Jeżeli na drewnianych kładkach zaczęła ogarniać mnie fala błogiej euforii…

 

12:00

…to zejście torem saneczkowym szybko ściągnęło mnie z powrotem na ziemię. Poczułem się, jakbym znowu schodził na Okraj.

 

12:45

Ale Okraj to już historia. Tajemnica dwóch par gumowych rękawiczek nadal nierozwiązana. Za to przede mną ostatni, najmilszy punkt kontrolny. Dwa małe słoneczka w oczach Magdy, czekającej na mecie na swojego bohatera. 41 godzin żeby dojść dokładnie w to samo miejsce. Hmm, faktycznie ani mądrze, ani specjalnie zdrowo. W moim wieku powinienem szanować się trochę bardziej. Ciekawe, czy za rok uda mi się zapisać?

 

Piotr Rochowski