Przejście – Michał Krawczyk

Przejście – Michał Krawczyk

1.

Żeby zacząć od początku opowiadanie o Przejściu dookoła Kotliny Jeleniogórskiej warto poprzedzić to krótkim zarysem jej idei. Na początku obecnego stulecia kilku goprowców wpadło na pomysł przejścia się trasą wokół Kotliny. W 2005 roku doszło jednak do nieszczęśliwego wypadku, w którym zginęło dwóch goprowców: Mateusz Hryncewicz i Daniel Ważyński, który był jednym z pomysłodawców Przejścia. Los mimo tego znowu okazał się znawcą dialektyki i to tragiczne wydarzenie jeszcze bardziej wzmogło chęć rozwoju niebanalnej idei rajdu wiodącego po okolicznych pasmach górskich. W 2006 roku GOPR, jako organizator, zaproponował udział w imprezie turystom nie-goprowcom, a tych z roku na rok przybywa. Zasada jest by 145-kilometrową trasę przebyć w czasie nie większym niż 48 godzin meldując się na wszystkich punktach kontrolnych. W ten sposób w każdy trzeci weekend września Jelenia Góra doznaje czci będąc okrążaną przez kilkuset turystów, podobnie jak ikonostas jest okrążany przez wschodnich chrześcijan, obraz na Jasnej Górze przez zachodnich a ładna dziewczyna przez koneserów kobiecych wdzięków.
O Przejściu dowiedziałem się od Remka, który miał przed tym rokiem dwa starty (w tym jedną metę). Z nim pokonałem całą trasę, choć przyzwoitość wymagałaby by nazwać to nie tyle “z nim”, co “za nim”. Muszę to przyznać, że jego doświadczenie, wytrenowanie i wola walki były ważnymi determinantami mojego sukcesu. Wespół poradziliśmy sobie z tą nie łatwą trasą, a było to, mniej więcej, tak…

2.

Warto jeszcze powiedzieć parę słów o przygotowaniach. Przejście Kotliny tym się bowiem różni od konkursu malarstwa, że bardziej niż wrodzone talenta, liczy się tu aktualna dyspozycja. Zatem w te wakacje przemaszerowałem 300-400 km (trudno to dokładnie zliczyć), mój towarzysz zaś, wedle własnego przekonania, uczynił dużo więcej w tym sezonie. Szacun, jak to mawiają. Jestem raczej zadowolony ze sprzętu. Jak na początek to i tak nieźle. Na szczęście całą drogę nie padało, stąd nie miałem okazji do kłótni z butami. Dowiedziałem się natomiast, że ten mój czarny badziew nie jest godzien mienia czołówki, skoro obie noce niosłem go w ręku.
Kilka dni przed startem budziłem się o siódmej rano nie mogą doczekać się piątkowego wieczoru. W drodze do Szklarskiej miło było posłuchać disco-polo w busie. Atmosfera w centrum Przejścia umiejscowionym w Żywieckiej Chacie zachęca do pokonania nie 145 a 1450km. W końcu równo o 20:00 minutą ciszy uczciliśmy dwóch żyjących w zaświatach goprowców i przechodząc przez linię startu rozpoczęliśmy pokonywanie dystansu.

3.

Obaj byliśmy niezwykle zaskoczeni naszą dyspozycją w Karkonoszach. Wdrapanie się na Halę Szrenicką zajęło nam godzinę lekcyjną. Do stacji RTV nad Śnieżnymi Kotłami doszliśmy po godzinie czterdzieści. W miejscu zaś pierwszego dłuższego postoju, w Domu Śląskim byliśmy po 4,5h. Na Okraju byliśmy o 3:15. Cały czas byliśmy z przodu stawki, o ile w przypadku Przejścia wolno tak powiedzieć. Na Śnieżce było podobno -11 stopni w skali Celsjusza. Być może. Wiatr był na pewno solidny. Mnie doprowadzały do szału fragmenty szlaku prowadzące po skałkach w okolicach Śmielca, no i oczywiście zejście ze Skalnego Stołu. Wyszedł brak treningu wysokogórskiego (wlokę się po tych kamulcach jak panienka z pierwszej gimnazjum) i brak kijków. Byliśmy jednymi z nielicznych którzy poruszali się w ten sposób. Ale już niedługo to się zmieni.

4.

Trzeba przyznać, że początek Rudaw to mój najcięższy moment. Droga rowerowa w stronę Ogorzelca wydawała się nigdy nie skończyć, dawało się we znaki mocne tempo po Karkonoszach, przychodziło zniechęcenie (jak to mawia uczestnik numer 79 “dodupizm i chandra”). Remek natomiast przeciwnie trzymał poziom i forsował mocne tempo gubiąc przy tym innych uczestników. Na punkcie kontrolnym na Wołku powiedziano nam, że przed nami jest tylko kilkanaście osób (czy koło dwudziestu, nie pamiętam), zaś pierwsi są tylko dwie godziny przed nami.
Mimo tego piękno Rudaw Janowickich pozwalało jakoś uporać się z tą sprawą. Odzyskałem siły w Janowicach (piękna miejscowość, szczególnie aleja na wprost dworca), szczególnie, że ze stacji odjeżdżał “Szczeliniec”, którym dokładnie tydzień wcześniej przyjechałem na rekonesans po Kaczawach. Świeżość myśli przywracała też bliskość punktu żywieniowego na Różance i domu Remka.
Oba punkty były niezwykle ważne dla taktyki całej trasy. W pierwszym zjedliśmy słynny makaron, w drugim posililiśmy się ciepłym rosołkiem (ukłony dla remkowego taty), zabraliśmy herbatkę (ukłony dla remkowej siostry) i przespaliśmy się pół godzinki na stole. Przy okazji zostawiłem stare butelki a zabrałem przywiezione tam w czwartek nowe.

5.

Początkowy okres (Dudziarz, Baraniec i okolice) przebyliśmy bez większych problemów. Raz byliśmy blisko zgubienia drogi, ale uratowało nas dwóch panów, z których jeden (pan Lech) okazał się poznanym tydzień wcześniej znajomym z Gór Kaczawskich. Teraz zdaję sobie sprawę, że tym drugim był Wojtek z Legnicy, z którym zapoznaliśmy się bliżej na mecie i który odwiózł nas do domów. Tak jakoś wyszło iż przez pewien okres drogi mijaliśmy się co jakiś czas, raz my ich, to znów oni nas. Droga od punktu kontrolnego na Przełęczy Komarnickiej do Kapelli nie potrafi nie znużyć. Każdy kolejny lasek wydaje się być już tym ostatnim, po nim jednak znów rozpościera się mała łączka i tak dalej. Na Przełęczy Widok (szerzej znanej jako “Kapella”) spotkał nas starszy pan, który rokrocznie robi zdjęcia uczestnikom Przejścia idąc od Góry Szybowcowej pod prąd.
Nie zdajecie sobie pewnie sprawy, jak bardzo mogą smakować ciasteczka, w które były wyposażone niektóre punkty kontrolne (np. ten pod Okolem). Zupełnie mnie nie interesuje podany na pudełku, które je zawierało, adres piekarni, rzekomo będącej producentem tych kruchych smakołyków. Dla mnie wolontariuszka w PK 5 piecze najlepsze ciastka na świecie! Jestem gotów wystąpić zbrojnie przeciwko komuś, ktokolwiek śmiałby w to zwątpić.
Wcześniejsze rekonesanse to prawdziwe błogosławieństwo na trasie. Nie mieliśmy więc żadnych problemów pod Okolem (szczególnie, że tajemnicze przejście było oznaczone specjalną strzałką, patrz fotografia). Fragment od Okola do “Szybowcówy”, pokonany wespół z kolegą Jackiem przebyliśmy w miarę szybko. Mnie to jakoś, jak to mawiają, zleciało. Oprócz tego, że wyglebałem się o sznurek pastwiska i spadłem na tyłek, to nic interesującego się nie działo.
Na Górze Szybowcowej było kilka atrakcji wartych wspomnienia: błogi widok rodzinnego domu, ciasteczka po raz kolejny i elegancka toaleta w hotelu prowadzonym przez piłkarkę ręczną.
Chodzenie uczy mnie takiej zasady: każdy przypływ dobrego nastroju na trasie prowadzi na bezdroża. Schodząc z bowiem z “Mont Everestu Zabobrzan” nasze morale podniosło się już tak dalece, że musieliśmy się pogubić w krzaczorach, z których nie sposób było wyjść. Na przystanku w Jeżowie przy skrzyżowaniu spotkał nas Robert, który nie chciał dalej iść (zaczynał się najtrudniejszy nawigacyjnie fragment a poza tym robiła się już noc). Do Perły trafiliśmy w miarę ładnie, chociaż nie wszyscy muszą się z tym zgadzać.

6.

Na Perle Zachodu było akurat wesele, a punkt kontrolny Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej sprawiał weselnikom mnóstwo zdziwienia. Po pokonaniu kilku błędów (jeden z mojej winy) szybciutko przeprawiliśmy się przez las w okolicach Godzisza by zjawić się w Goduszynie. Tam Remka wzięło ostrzej na spanie, zaczęły się jego problemy z kolanem (już miał stopy w kiepskim stanie) a mnie złapał skurcz w łydce, z którym doszedłem do mety (nota bene, mam z tym problem dalej, kuleję, nie mogę nawet wyprostować tej nogi, złapało i nie chce puścić. Może ktoś wie, co ja mam z tym zrobić?)
Komorzycę (wyjaśnię, że jest góra obok Goduszyna, która sprawia największe trudności z odnalezieniem odpowiedniej drogi podczas Przejścia Kotliny) miałem rozeznaną. Ale rekonesans ów robiłem za dnia, świeży, wypoczęty i pełen wigoru. W nocy natomiast po przejściu przeszło 100km świat wygląda zupełnie inaczej. Do zbocza Komorzycy w lesie doszliśmy drogą, na którą wchodzi się za remizą. Dalej kolega Robert poratował nas kompasem co pomogło nam dojść do drogi, na której już wiedzieliśmy co robić. Ale nagle usłyszeliśmy ludzkie głosy i zobaczyliśmy błyski czołówek. Spotkaliśmy się tam z grupą z Krotoszyna, którzy szli wg GPS i szliśmy z nimi aż do Górzyńca. Trochę oni pomogli nam, trochę my im, jak to na Przejściu bywa. Oni nadawali bardzo mocne tempo. Fakt, że dzięki temu zyskaliśmy na czasie, ale mnie już też łapał kryzys jeśli chodzi o sen (a właściwie jego brak). W Górzyńcu Remkowi zaświtało w głowie poszukanie jakiejś budki, w której można byłoby się zdrzemnąć z godzinkę. Przykro nam bardzo, że nie znaleźliśmy wejścia do przystanku kolejowego. Za to udało się znaleźć wiatę przy pętli autobusowej. Owinęliśmy się folią NRC i zamiast iść do przodu poszliśmy spać. Mina pana kierowcy pierwszej zajeżdżającej do Górzyńca dziewiątki zdradzała zdziwienie widokiem dwóch żuli , którzy zeszli już tak nisko, że śpią pod folią aluminiową.
Pobudka była trudna. Klimat w górskiej miejscowości o godzinie piątej rano różni się nieco od klimatu plaży na florydzie w południe słoneczne. Pół drogi na Zakręt Śmierci rozgrzewaliśmy się marszem. A trzeba przyznać, że aż do Wysokiego Kamienia trasa wiedzie niechybnie do góry i nie chce być inaczej. W dół w stronę kopalni “Stanisław” przeżywałem ciężkie chwilę w relacji z moim kolanem. Ono ciągle robiło mi awantury, krzyczało i prosiło na zmianę. “Krzysiu – wołało wściekle – po co Ty tyle schodzisz w dół? Nie mógłbyś sobie pochodzić po płaskim”. Gadanie spełzło na niczym. Dzisiaj to już ono może mi skoczyć…
Chęci do życia (do życia podczas Przejścia – warto to uściślić) odzyskałem na asfaltowej drodze do Jakuszyc. Jeżeli Przejście jest miniaturą życia, to skoro bliskość mety tak mocno uskrzydla, to starość musi być najpiękniejszym i najbardziej aktywnym okresem życia. Ot taka myśl, nieco scholastycznie pomyślana mnie do łba przyszła. A my w końcu doszliśmy do Jakuszyc. Tam dowiedziałem się, że moje stopy skrywają dwa potężne pęcherze. Zaskoczyła mnie ta wieść. Na krajowej trójce ruch prawie żaden. Najwięcej było tam uczestników Przejścia zmierzających pilnie do mety. Ale przed nami na samym niemal końcu, jeszcze jedna ciężka próba: przeprawa przez las poboczem góry Przedział. Jest to fragment o niezwykle urozmaiconej florze. Fajnie, mając w nogach 140km i dwie nieprzespane noce poganiać sobie po mchach i kamykach, wśród drzew, cały czas wzdłuż strumyka. Na końcu jednak tego zejścia, niedaleko przed Kamieńczykiem kolano Remka wypowiedziało służbę na rzecz Przejścia. I tak z bidaką Remkiem wlekliśmy się ostatni fragment przez niespełna godzinę. Gdyby nie to zeszlibyśmy poniżej czterdziestu godzin. Nie udało się, ale biorąc pod uwagę wyliczone w tej krótkiej opowieści trudności, oraz różne inne, nie jest to zły czas. Poza tym w Przejściu nie liczy się czas (a już tym bardziej pozycja) a to czy ktoś postawionemu przez organizatorów zadaniu podołał czy nie. Nam się udało.

7.

Na mecie zjedliśmy pyszny obiadek. Ja zamówiłem “zastaw dnia”, w który w ową niedzielę zaliczały się: kapuśniak, zraz ze sosem, ziemniaki i surówki (marchewka i coś takie zielone, drobno krojone). U góry, w bazie, wyciągnąłem się na karimatce (którą, co ciekawe, ciągnąłem przez 4 pasma górskie tylko w tym celu) dając sobie w nagrodę trzy godzinki snu. Po czym kulałem to tu to tam. Miło było spotkać grono pedagogiczne, zarówno to z numerami startowymi, jak i to towarzyszące. Wspomniany wcześniej Wojtek okazał się ciekawym człowiekiem, który w dodatku zechciał nas podrzucić do domu. Miłym gestem była też reakcja lokalnej braci szklarskoporębskiej. Jak pijące pod wyciągiem chłopaki dowiedzieli się co my za jedni, i cośmy przez ostatnie dwa dni robili, to wyrazili głębokie wyrazy szacunku i zaprosili “na jednego”. Miło.