Przejście Kotliny – Marzena Kowalczewska

Przejście Kotliny Jeleniogórskiej 17-19 września 2010 r.

Wszystko zaczęło się dużo wcześniej, gdzieś na wiosnę 2010 roku. Koleżanka szukała wsparcia dla swojego męża, który chciał zrobić zwariowaną trasę w Karkonoszach. Niewiele się zastanawiając wykazałam zainteresowanie, uznając iż tego rodzaju szaleństwo mieści się w zakresie moich niezupełnie normalnych hobby. Klamka zapadła 1 czerwca o godzinie 00:03  kiedy to pomyślnie udało mi się „załapać” na listę szczęśliwców chcących oficjalnie uczestniczyć w VII Przejściu Kotliny Jeleniogórskiej. Kolega miał mniej szczęścia, nie zdążył się zapisać. W ten sposób chcąc-nie chcąc zostałam zobligowana do wzięcia udziału w imprezie siłą rzeczy: Ktoś musiał zdobyć mapę przejścia, aby wiedzieć „Którędy na Grunwald”. Większość czerwca spędziłam w górach, dokładniej na szlaku GR-20 (ok. 180 km spacer po Korsyce – 19 000 metrów podejść), który miał być testem. Skoro przeszłam ponoć najtrudniejszą trasę trekkingową w Europie, to chyba powinnam przejść Karkonosze.

Jakże to było błędne założenie!!! Zwłaszcza, że uszkodziłam sobie w górach prawe kolano i przez kolejne dwa i pół miesiąca właściwie nie robiłam nic, czyli zero przygotowań do czekającej mnie masakry. Nie można tego uznać za zbyt rozsądne. Z drugiej strony, stan mojego kolana rzeczywiście nie pozwalał mi na jakieś szaleństwo, czyli porządne przygotowanie kondycyjne. Jednak po głębokiej analizie doszłam do wniosku, że powinnam dać radę. W końcu trasa nie wymagała jakiś zwariowanych prędkości: 145 km:48 h=3,02 km/h. Zapomniałam tylko o przymusowych przerwach, o nocnych marszach, o problemach z orientacją w terenie, o przemęczeniu i o takich tam innych szczegółach, jak na ten przykład pęcherzach na stopach, he, he, he!!!

Piątek 17 września roku pańskiego 2010, tak około 15. Jesteśmy z Krzyśkiem w Szklarskiej Porębie i podejmujemy próbę tzw. poobiedniej drzemki. Mnie się nie udaje, czyżby lęk przed nieznanym??? Ile wytrzyma mój organizm? Czy podołam psychicznie i fizycznie? Gdzie w tym wszystkim jakikolwiek sens? Na pewno jestem normalna ;-)? Takie myśli błąkają się po mojej skołowanej głowie. Około 18:00 oboje stwierdzamy, iż dalsze symulowanie snu nie ma sensu i czas na poszukanie punktu startowego naszej traski. Jeszcze nie rozpoczęliśmy próby, a już wiem, że mam za ciężki plecak. Niby jest w nim tylko: 1,5 litra wody, termos gorącej herbaty i butelka z napojem typu „dający kopa”, dalej: buty na zmianę, z trzy pary skarpet, apteczka, czołówka z bateriami na wymianę, przeciwdeszczowy kapok, batony energetyczne, suszone owoce, chusteczki, karimata oraz śpiwór, a jakieś to wszystko piekielnie ciężkie . Nic to, ninja nie może być miękka, ninja nie może być twarda. Ninja musi być miękko-twarda!

Wyruszamy pod dolną stację kolei linowej na Szrenicę. Zgłaszam się po mój szczęśliwy numerek 122 i idziemy na zasłużoną kolację, odwagi ma dodać piwo, bo stojący przy mikrofonie Maciek stara się jak może aby nas zniechęcić. Sugeruje na przykład, iż możemy nie pamiętać swoich nazwisk. Po 48 godzinach marszu bez przerwy jest to całkiem prawdopodobne, na razie jednak pamiętamy SmileSmileSmile. Półgodzinna odprawa przed startem to ciąg dalszy horroru, cytuję:”… Jeżeli mieliście wcześniej jakieś kontuzje, na pewno dadzą o sobie znać!…”, jak miło.

Jest nas 271, hura! jak fajnie. Nie jestem jedyną nienormalną, która dała się w to wkręcić. Tak sobie myślę po cichu, że Daniel i Mateusz patrzą na nas z góry i oczom własnym nie wierzą. Dla mnie osobiście to przejście ma sens ze względu na Nich właśnie. Panowie szkoda, że Was tutaj nie ma, ale właściwie jesteście… jesteście w nas. Trzymajcie za nas kciuki.

20:00 17.09.2010r. Komu w drogę temu trampki, jak mawia mój kolega. Początek trasy to lekka przepychanka, w końcu 271 osób na leśnej ścieżce stanowi niezły kocioł. Czołówki włączone, humory dopisują, powoli następuje rozciągnięcie się naszej silnej grupy piechurów i biegaczy. Pogoda, jak na nocne marsze, idealna. Na razie nie pada, nie ma mgły, nie jest zbyt zimno. Za to świeci księżyc, a gdy wychodzimy z lasu objawia się nam przepiękne, rozgwieżdżone niebo. Jeżeli w lesie miałam jakieś wątpliwości w stylu: co ja tutaj robię? To już ich nie mam. Dla tak fantastycznego widoku nie żal ani snu, ani pięciogwiazdkowego hotelu, ani w ogóle niczego. Właśnie dla takich momentów chodzi się po górach. Na Hali Szrenickiej zaglądamy na chwilę do baru, kilku wyluzowanych chłopaków popija piwo. Ich hasło to: ”Spoko! Mamy jeszcze dużo czasu” – no fakt, to dopiero początek. My jednak ruszamy dalej. Chyba nieco się ochłodziło, ale właściwie tego nie odczuwamy. Przy równym marszu organizm jest rozgrzany i nawet zimny wiatr specjalnie nam nie przeszkadza. Od czasu do czasu przychodzi mgła, która jednak tylko raz sprawia nam kłopoty. A było to przy Radiowo-Telewizyjnej Stacji Przekaźnikowej, omal nie zeszliśmy w kierunku Śnieżnych Kotłów. Niezły kocioł z tą mgłą. Wiatr przegania mgłę, a my możemy podziwiać oświetlone w dole miejscowości, widok jest niesamowity. Żałuję, że nie wzięłam aparatu fotograficznego, mamy prawdziwego fuksa z tą pogodą. Mimo, że zbliża się północ wcale nie chce się spać, jest zbyt magicznie: fenomenalny nieboskłon „Na Jowisza!”; migoczące światła Szklarskiej Poręby, Jeleniej Góry, Karpacza i „świetliki” na Głównym Szlaku Sudeckim – czyli my. Takich chwil nie da się zapomnieć, ale opisać też trudno. Moje sugestia: ”Przeżyj to sam…” Smile

Nie wiedzieć kiedy dochodzimy do Przełęczy Karkonoskiej. Słoneczników nie zauważamy, ale nie z powodu jakiejś zawrotnej prędkości, którą osiągnęliśmy a raczej z powodu bardziej prozaicznego, czyli mgły. Za to dostrzegamy światełka w Samotni. Potem błędnie oznakowane tabliczki, które najpierw informują, że mamy jeszcze 1h15’ do Przełęczy pod Śnieżką, a po jakiś 15 minutach marszu „surpriza”: do Przełęczy pod Śnieżką 1h20’ – hi, hi !!! wolne żarty. W rzeczywistości do Domu Śląskiego dochodzimy w ciągu cirke about pół godziny. Jest już po trzeciej w nocy lub nad ranem, jak kto woli. W schronisku tłumy, część prowadzi dyskusję, część osób śpi, ale większość spożywa zasłużony ciepły bądź zimny (czyżby piwo?) posiłek. Przed nami najwyższy punkt programu Śnieżka. Niby nic strasznego, jednak widać iż niektórzy z przyjemnością ominęliby ten przyjemny „pik”. Jakaś kobieta przekonuje okoliczną przestrzeń, że Śnieżka to pikuś, jej dwuletni syn czy wnuk wszedł w tym roku na te 1602 m n.p.m. bez szczególnych problemów. Ciekawe jakich wspomagaczy używał? Z moich doświadczeń wiem, iż przy wejściu na tą Królową Karkonoszy prawie zawsze duje niezły wiatr. Ponoć tylko dwa dni w roku nie wieje. Tym razem też wiało, ale niezbyt mocno. Zdarzyło mi się już wchodzić na Śnieżkę przy bardzo silnym wietrze, więc teraz mogę uznać, iż był to tylko przyjemny zefirek. Jednak samo podejście po dość mokrych kamlotach było niezłą jazdą. Dodatkowej atrakcji dostarczała krążąca nad szczytem mgła, kosmiczny oświetlony spodek, czyli Obserwatorium IMGW (I My Gówno Wiemy ;-), to pojawiał się to znikał w tej mgle. Kto nie wszedł na Śnieżkę tej nocy niech żałuje, to było jedno z bardziej niesamowitych przeżyć tego przejścia.

Ajajaj!!!!! Zapomniałam, to już 18.09.2010r. tak koło 4:30 szczytujemy na Śnieżce. Bar jest czynny prowizorycznie. Mamy do dyspozycji plastikowe kubki, czajnik oraz herbatę, kawę i cukier. Samoobsługa. Fajnie – zwłaszcza, że jest nas garstka. Większość popędziła dalej, a tutaj są idealne warunki do snu: cisza, spokój i dużo wolnej przestrzeni. Nam nie w głowie sen, po wypiciu gorącej herbaty ruszamy dalej, jeszcze chwila i będzie świtać. Wschód słońca „dopada” nas na Kowarskim Grzbiecie, znowu myślę o aparacie fotograficznym, ależ to by były fantastyczne fotki. I tak dochodzę do punktu kontrolnego numer jeden, Przełęczy Okraj. Czy mam dosyć? Ależ skąd! Jest super! Czas na śniadanie w schronisku. To nasza druga dłuższa przerwa. Przed nami Rudawy Janowickie – ruszamy w pełnym słońcu na ciąg dalszy przygody. Mimo, że jesteśmy w tzw. końcówce stawki powinniśmy zmieścić się w 48 godzinach. Przynajmniej tak nam się wydaje. Zresztą w tak pięknych okolicznościach przyrody sam spacer po górach, a właściwie po lesie jest jedną, wielką przyjemnością. Siódma rano, słońce grzeje, ale jeszcze jest chłodnawo, zgodnie z sugestią na forum staram się przyspieszyć na tym płaskim odcinku i przy okazji rozgrzać. Przed nami pojawia się tylko jeden człowiek, idzie w podobnym do nas tempie, więc jakoś nie możemy go dogonić. Specjalnie zresztą nam na tym nie zależy, przynajmniej wiemy, że idziemy w dobrym kierunku. Nawet nie wiem kiedy dochodzimy do Przełęczy Kowarskiej. Teraz odbijamy na drogę dla rowerzystów, na początku jest w miarę fajna, lekko pod górkę, sucha i kamienna nawierzchnia. Jednakże w którymś momencie trafiamy na niezłe błotko, trzeba omijać je wchodząc na trawiaste i zachwaszczone pobocze leśne. Inaczej istnieje zagrożenie zagubienia buta w akcji, czyli w tym błocie. Doganiamy jednak kolegę, gdyż waha się przy kilku odbijających ścieżkach leśnych. Wreszcie dochodzimy do Rozdroża pod Bobrzakiem – i właśnie tutaj mówię STOP!!! Zdaje się, że moje stopy zaczynają robić mi psikusa. Zdejmuję skarpetki i… oczywiście, na obydwu stopach mam klasyczne pęcherze. Na razie się nimi nie przejmuję, zaklejam plastrami, zmieniam skarpety i ruszamy dalej. W czasie moich czynności leczniczych dogania nas mała grupka chłopaków i z uporem twierdzą, że należy skręcić w prawo. Według Krzyśka jednak powinniśmy iść w lewo, w końcu grupa rusza w prawo, a my w trójkę w lewo. Dla 100% pewności nie dosyć, że konsultujemy to dwiema mapami, to jeszcze Krzysztof wyciąga kompas. To my mamy rację, no ale nie będziemy ludzi siłą zmuszać do naszego kierunku. Grupa prawostronna zaczyna się wahać i po jakiś 100 metrach zatrzymują się, a potem wracają w naszą stronę. Kto by pomyślał, iż nawet w takim błahym miejscu można zgubić szlak, a jednak. Idziemy dalej, pęcherze nieco dają o sobie znać, ale je bagatelizuję: twardą trzeba być! Zaczynają się górki: Mała Ostra, potem Skalnik, czuję się lekko wyczerpana, ale dalej następuje ostry zjazd po kamieniach, wystających korzeniach i gałęziach do Przełęczy Rudawskiej. Tutaj przyspieszamy, a ja przy okazji odpoczywam, bo mimo, że zejście jest nieco skomplikowane (trzeba uważać, żeby się o coś nie zahaczyć i nie polecieć na tzw. pyszczek) to jednak w dół, czyli mniejszy wysiłek. Dochodzimy do kolejnej szerszej drogi, bardziej trawiastej. Pojawiają się nawet jacyś grzybiarze, ale plony mają marne, nie to co u nas w Wielkopolsce, gdzie grzybów jest po prostu zatrzęsienie. I wreszcie docieramy do drugiego punktu kontrolnego, który przycupnął tuż przed Wołkiem, na małej polance. W tym miejscu mam drobną uwagę do organizatorów Przejścia Kotliny: brakuje nam wody, a gdyby tak wyposażyć ten punkt w możliwość zakupu butelki z wodą, co? Jest nas garstka, większość kuruje swoje bolączki: nakleja opatrunki na pęcherze lub odciski czy smaruje kolana żelami przeciwbólowymi albo łyka tabletki czy popija minerały (magnez, potas). Przy okazji obdzielamy się dobrymi radami, są wśród nas osoby, które przechodzą tę trasę po raz kolejny. Straszą nas masakrą pod Różanką, ma być ciężko. Nic to, w końcu to nie Everest chyba podołamy. Krzysiek drąży temat Okola, oczywiście każdy ma swoją wersję jak tam dotrzeć i się nie zgubić. Drugi punkt newralgiczny to Perła Zachodu, też ponoć jest fajna tzn. można pójść w złym kierunku, zwłaszcza, iż przypada na noc. Niektórzy próbują nawet straszyć nas wilkami, ale przecież nie jesteśmy Czerwonym Kapturkiem i wilków się nie boimy. Jak na ten moment naszej „wycieczki” za najważniejszą informację uznajemy opowieść o chłopaku, który pomylił szlaki i wdrapując się na Różankę pomaszerował zielonym szlakiem aż do Bolkowa, tymczasem tuż przed szczytem należy skręcić na szlak czarny, czyli w lewo. Nie ma na co czekać, jeżeli chcemy zdążyć na obiad przed 15:30 musimy ruszać dalej.

Po wejściu na „Wołka zbożowego” SmileSmileSmile zaczynamy dłłługie, monotonne zejście do Zamku Bolczów. Jest to klasyczna droga z tych o nazwie: końca nie widać… Drzewa, drzewa, las i tak bez końca, wreszcie szeroka droga powoli sprowadza nas do ruin zamku, jeszcze chwilka i jesteśmy w Janowicach Wielkich. Tutaj z ulgą dostrzegamy otwarty sklep, w którym możemy zaopatrzyć się w wodę. Chwila wytchnienia, skromny posiłek energetyczny (w moim wypadku banan i batonik) i ruszamy dalej, najpierw asfaltem a później leśną ścieżką. Jeszcze w Janowicach spotykam jakiś kolarzy, którzy rzucają hasło: przejście kotliny! I gdy odpowiadam, że tak, życzą powodzenia. Jakże miło, tego się nie spodziewałam. Różanka to tylko 628 m n.p.m. ALE!!!!! Stanowi fragment Gór Ołowianych i rzeczywiście wdrapuję się na nią z wielkim mozołem, jakby mi kto ołowiu nawrzucał do plecaka. Krzysiek popędził do przodu, czeka jednak na mnie w punkcie newralgicznym, czyli przy odbiciu ze szlaku zielonego na czarny. Ponoć najgorsze podejścia za nami, uff!!! A teraz czas na zgłoszenie się w trzecim punkcie kontrolnym i zasłużony obiad. Makaron z warzywkami i serem pyszny, chociaż już nieco letni, no, ale to moja wina. Trzeba było iść szybciej, byłby wtedy smaczniejszy, cieplejszy. Do tego gorąca herbatka, słoneczko daje czadu, żyć nie umierać. Spędzamy zdecydowanie za dużo czasu relaksując się na trawie, buty zdjęte, ale wolę nie oglądać stóp. Nogi odpoczywają, ramiona też – plecak jest zdecydowanie za ciężki. Pół godziny mija za szybko, czas na ciąg dalszy trasy, póki świeci słońce i wiemy jak iść. Miło by było zdobyć Okole przed nocą, a potem może jakoś się nie zgubimy w lesie. Założenie butów staje się traumatycznym przeżyciem, nogi jakby spuchły. Wstaję jednak i powoli ruszamy w dół na Przełęcz Radomierską.

Pierwsze kroki odczuwam niczym jakąś masakrę, mam nadzieję, że jakoś uodpornię się na ból stóp poprzez jego ignorancję. Dochodzimy do Radomierza i idziemy wzdłuż drogi nr 3, wreszcie wraz z niebieskim szlakiem przecinamy tę drogę. Trzeba być szybkim, bo jeździ tędy dużo samochodów. W końcu to trasa Jelenia Góra – Wrocław, godziny popołudniowe i ruch jak na Marszałkowskiej. Wkraczamy na łąkę i dajemy się zwieść niebieskiemu znakowi na drzewie, który sugeruje skręt w prawo. Na szczęście nie oddalamy się za daleko, zawraca nas jakiś chłopak. Macha do nas, rzeczywiście przypominam sobie z forum opisującego trasę, że należy iść prosto. Zawracamy i ruszamy pod górkę w stronę lasu. Stopy nie dają o sobie zapomnieć. Nie pamiętam w którym miejscu stwierdzam, iż to nie ma sensu. Muszę odpuścić, nie dam rady przejść całości. Teraz doskonale rozumiem Małą Syrenkę z Baśni Andersena. Zamiana rybiego ogona w nogi wiązała się z bólem, każdy krok był dla niej niczym stąpanie po ostrzu noża, jakby doznawała krwawych ran. Czuję to samo, koszmarne przeżycie. Mówię o tym Krzysiowi, powinien pójść dalej beze mnie, ma duże szanse na przejście całości. W tej chwili idę już tylko siłą woli. Najgorsze jest to, że kiedy tylko podjęłam decyzję o rezygnacji, stopy zaczęły mnie boleć ze zdwojoną siłą. Dochodzimy do przekaźnika GSM i odbijamy w lewo na Przełęcz Komarnicką. Krzysiek postanawia zostać razem ze mną i na czwartym punkcie kontrolnym zgłaszam swoją rezygnację. Cóż z tego skoro i tak musimy pójść dalej, busik zabierze nas dopiero z Przełęczy Widok. Ratunku!!! Pocieszeniem ma być informacja, że od przełęczy dzieli mnie półtorej godziny marszu. Sam szlak teoretycznie jest łatwy, głównie po płaskim, trochę pod górkę, trochę z górki, częściowo lasem, częściowo łąkami.

Po zejściu z przełęczy mijamy „szczekające” podwórko, psy mają już mocno zdarte gardła. Oj naszczekały się dzisiaj za wszystkie czasy. Teraz czeka mnie najdłuższe półtorej godziny na szlaku, idziemy i idziemy, a końca ani widu, ani słychu. Czas jest jednak pojęciem względnym. Jestem już mocno wyczerpana, bo mam omamy wzrokowe i w kilku miejscach widzę oazę – w tym wypadku jest to wizja samochodu stojącego na drodze. Fatamorgana w lesie chyba nie zdarza się zbyt często, ale to na pewno z tego bólu w stopach. Nogi mi się na mózg rzuciły. Udaje nam się trafić w jeszcze jedno magiczne miejsce niczym z „Władcy pierścieni” Tolkiena. To ścieżka okolona niskimi i kolczastymi drzewami, które zahaczają o mój plecak i nie chcą mnie wypuścić ze swoich objęć. Drzewa jakby żyły i próbowały mnie pożreć, prawie się pod nimi muszę przeczołgać. Jak dla mnie – pełen odjazd. Wreszcie docieramy na łąkę, za którą widzę drogę. Resztkami sił (silnej woli) doczłapuję na drogę i dowiaduję się, iż właśnie osiągnęliśmy 84 kilometr Przejścia Kotliny Smile. Jeden z uczestników ma GPS stąd ta wiadomość. Reasumując: nie jest źle, nie minęła połowa przewidzianego czasu (23 godziny od startu), a my już za półmetkiem. Niestety: „This is the end…” – w tym roku to koniec zmagań z trasą. Zanim przyjechał po nas bus zebrała się niezła grupka. Na Przełęczy Widok doczekaliśmy zachodu słońca, my czekaliśmy ponad godzinę i zdążyliśmy porządnie zmarznąć. Już zaczęłam się zastanawiać czy nie rozsądniej byłoby ruszyć dalej… Gdyby nie pełne bąbli stopy kto wie czy bym nie ruszyła, a może by tak iść na rękach? Na szczęście bus przyjeżdża, ładujemy się do niego w ciemnościach. Mam ochotę zapytać kierowcy czemu to tak długo trwało, jechał przez Zakopane czy cóś??? Jednak od razu odpuszczam, jest to tak sympatyczny człowiek że już po chwili zapominam o zimnie, zmęczeniu i bólu mięśni. Dopiero później Krzysiek uświadomił mi, że był to ten sam GOPR-owiec, którego spotkaliśmy rano na Przełęczy Okraj. To znaczy, że zwoził ludzi już od 6 rano w sobotę i po 21 wieczorem nadal był w dobrym nastroju, a pewnie miał zwozić uczestników jeszcze przez kolejne 23 godziny – pełen szacunek! Oczywiście zadaje mi pytanie: To co, za rok widzimy się ponownie na tej trasie? Moje stopy krzyczą: NIE !!!! Za żadne skarby świata! Jednak odpowiadam dyplomatycznie: Na tę chwilę – nie! Ale jutro też jest dzień i moja odpowiedź może być zupełnie inna. Człowiek jest tak dziwnie skonstruowany, iż szybko zapomina o trudach, natomiast jest mu trudno zapomnieć o wyzwaniach (przynajmniej tak jest ze mną). Kierowcy należą się dodatkowo ogromne, przeogromne podziękowania (mam nadzieję, że Go właśnie nie wsypuję) – kiedy zadaję mu niewinne pytanie czy mógłby nas zawieść na ulicę 1-go Maja, nie dość, że się zgadza to jeszcze pyta: A pod jaki numer dokładnie? Teoretycznie powinien nas zawieźć do punktu startowego, czyli musiałabym jeszcze zejść na kwaterę. Ta wizja mocno mnie przeraża i chyba przerasta moje możliwości ruchowe na dzień dzisiejszy. Krzysztof zobowiązał się pójść sam i przyjechać po mnie samochodem, ale aż taka świnia nie jestem. Przecież on też jest wykończony. Na szczęście kierowca okazał się aniołem i zawozi nas prawie pod same drzwi pensjonatu. Krzysiek lekko przysnął, budzi się i krzyczy: Na ulicę 31-go maja prosimy!!! Smile Wszyscy przy okazji troszkę się ożywili i pośmiali. Reszta powinna być milczeniem…

W końcu przegraliśmy w starciu z trasą, ale nie, napiszę co było dalej. Noclegu nie mamy, bo zarezerwowaliśmy następną noc z niedzieli na poniedziałek. Jednak jest już druga połowa września i na kwaterach nie ma wielkiego obłożenia, więc spokojnie dostajemy ten sam pokój. Mam ochotę zrobić sobie dzień dziecka i nie pójść pod prysznic, jednak zdrowy rozsądek (i kolega) mobilizują mnie do ostatniego w tym dniu wysiłku. Myślę o ludziach, którzy w tym momencie są na trasie i co dziwne zazdroszczę im. W nocy miał być przymrozek, ale nie pada, niebo bezchmurne i ogólnie warunki atmosferyczne dla nocnych marszów według mnie idealne. Zasypiam, budzę się w niedzielę tak około 8:30.

Mamy już 19.09.2010 r. najmocniejsi piechurzy dawno zdobyli metę, a ja zaczynam analizę swojego organizmu: co muszę zrobić, aby za rok nie spotkało mnie to samo, czyli piekielne pęcherze? Na pewno jest jakiś sposób – mam cały rok, aby wymyślić jakiś patent na moje nieszczęsne podeszwy stóp. Plecak też powinien być lżejszy. Kiedy wstajemy z łóżek okazuje się, że dostaliśmy nieco w d… Smile. Oprócz opuchniętych, bolących stóp mam jeszcze zakwasy na plecach (od plecaka) i rzecz jasna w nogach (czyżby od chodzenia non stop?). Nie jest jednak najgorzej, chwila rozruchu i okazuje się, że jednak będziemy żyć. I co ważniejsze obydwoje stwierdzamy, iż za rok tu wrócimy. Jeśli na początku Przejścia nie zupełnie byłam przekonana do tego, czy chcę iść w tak dużej grupie ludzi, to pod koniec zdecydowanie byłam na tak. Wszyscy spotykani przez nas uczestnicy byli bardzo sympatyczni, chętnie pomagali dobrą radą czy wskazówką, byli pozytywnie zakręceni, w dobrych humorach – śmialiśmy się głównie z samych siebie. Niesamowicie fajna atmosfera towarzyszyła nam od początku do końca – i to jest najistotniejszy element tej imprezy. Organizatorzy również zasługują na pochwałę. Pełen profesjonalizm, a wcale nie jest łatwo ogarnąć tylu ludzi na tak długiej trasie. Gratuluję i oby tak dalej. To do następnego roku…

Marzena