O wędrówce po górach odbytej

O wędrówce po górach odbytej

O nadzwyczaj długiej wędrówce po górach odbytej, co raz do roku pańskiego się zdarza, mężów a niewiast bez liku gromadzi, wokół Góry Jeleniej chodzącej pospołu, Przejściem przez onych zwanem, ujęte w te wiersze, dla potomności spisane.

Wrześniowy to dzień był, siedemnasty z rzędu, roku Pańskiego dwa tysiące dziesięć, w tej owej osadzie pod Górami Kamiennemi położonej, która szkłem stoi jak pamięć sięga, a drwa tam w porębach rąbią ostro, aż wióry lecą. Ćwierć tysiąca ludu zeszło się w to miejsce, na górną wieś, a z dalekich zakątków podążali niektórzy, coby w wędrówce onej wziąć udział. A ludność okoliczna zdziwione gęby miała, bo walił ten tłum żwawo na górną wieś w liczbie wspomnianej tak wielkiej, że tylko starzy szklarze z okolic taką tłuszcz widzieli. A mówiono wszem, że po sześciokroć już bieżyli tem Przejściem, i wciąż śmiałkowie nowi wyzwanie rzucali bez lęku. Widocznie magia zaklęta była na onej drodze, co ciągnęła tych ludzi w niebezpieczne leśne odstępy i strome stoki.

Na górnej wsi namiot powstali, z daleka widoczny, gdzie śmiałków wołali i kartę kładli przed nim, by piórem poświadczył, że zdrów na umyśle, a i to pytali czy pewny tego po dwakroć. A gdy już potwierdził i łbem potaknął przytomnie, liczbę właściwą otrzymał, by duch zły go nie porwał, a i też potem, by rachmistrz wędrowny czy sędzia górski bez trudu piechura rozpoznał. A i gdyby go sępy czy wilcy porwali to i po tej liczbie wymownej trupa byłoby łatwiej rozpoznać. Po liczbie mapę wręczali, która choć jedną kartą nie większą niż stół drewniany była, całą ziemię wokół Góry Jeleniej objęła i drogę wskazywała kolorem jednym. A ci, którzy i liczbę i mapę mieli, a sędzie ich zawrócić nie chciały, do karczmy szli lub nad staw pobliski, by spokoju jeszcze zaznać nad kuflem piwa, podumać nad wodą, gdzie kaczki pływają lub całkiem na ziemi legnąć, buty zżuwszy wcześniej. A był tam też i Herald, który drogę objaśniał, wskazówki dawał, a co mniej śmielszych pocieszał i rady udzielał. A mieli mu mówić, co nam mapa daje, skoro Górę z Jeleniami widać całym czasem.

Na ósmą godzinę tłum się gotowił, a do tej godziny stał raźno, sakwy i wory wrzuciwszy na plecy. Niejeden kij dzierżył, od Wikingów zwyczajem przyniesion, a i drugi także, by podpierać swe członki, tudzież rękami chodzić, jak mawiali niektórzy. Ruszyli natenczas, stłoczeni w zwartej masie, mężczyźni i niewiasty ramię do ramienia, męże z żonami i samotne dziewki. A że noc już była nastała, lampki na głowy naciągnęli i po trakcie świecąc w wędrówkę ruszyli.

Pierwej śmiałkowie przez las ciemny przeszli, a skręciwszy w lewo stromo podeszli, by wodospad podejść, który z wysoka wodę zrzuca. W skupieniu milczącym podchodzili traktem, co jedni to szybciej, zaś drudzy wyraźnie rozkoszując się pełnią. Po pół i ćwierci klepsydry ci lepsi śmiałkowie już mury gospody wiedzieli, co dawniej pasterzom schronienie dawała, a teraz wszelkim wędrowcom, co w jej zajdą progi. I dalej ruszyli, przez Kamienne Góry, po szczytach bezdrzewnych co najwyższe są tutaj. Tam powiadają, że w blasku księżyca, niezwykle cudaczne zjawisko się dzieje, kiedy to one ludzie idący lampki swoje palą, a idąc gęsiego, widok niebrzydki tworzą. A nie jest to sztuczka magiczna, jak niektórzy gadają, tylko ten bezlik człowieczy z lampkami, co jak wąż podąża. Nijak się nie da bez Przejścia owego stanu zobaczyć, co przestrogą niech będzie dla głupców, baranów, którzy nocą idą tych światełek szukać, a potem łbami walą w Twarożnik czy Szyszak kamienny, że niegodni widoku i że się nie pojawił.

Kolejne klepsydry mijały powoli, a wędrowcy zmierzali pospołu tym dalej. Minąwszy stawy i Jar Biały w dolinie, nad Samotnią przeszli, w mgły wstąpiwszy duszące. Kto kroki swe stawiał rozważnie i gały wytrzeszczał, nie pogubił drogi i Dom Śląski znalazł. Tam strawa już ciepła wędrowców czekała, trunki gorące, a i ciasto było. Pozzuwali niektórzy buty i onuce, lampki ściągnęli na stoły, i strawę jeść wolno poczęli. Ale już rusza forpoczta, już pędzą wędrowcy, bo zaraz za progiem góra Śnieżką zwana. Wiatr duje po plecach, z głowy czapy zrywa, lecz ręka wędrowca musi łańcuch trzymać i drogi pilnować. U Świętego Wawrzyńca klepią już zdrowaśkę i dalej ze szczytu, bo duszę zamrozi. Już później się droga ciut łatwiejszą staje, ale i tu pot wyleją na tym Skalnym Stole lub im but w korzeń wniknie, gdzie się schodzi z Czoła. A potem już radość wielka, padają w objęcia, bo Okraj zdobyty, i siąść na ławach można.

Ale ta wędrówka się nie kończy tutaj. Przed nimi Rudawy, z zabłądzenia sławne, gdzie Rudnik po drodze, Skalnik oraz Wołek. Tam już dla większości dzień słoneczny nastał, więc szli wytrwale dalej, nieco tak na północ. Przeszli już przez skałki, minęli też Bolczów, i urwistym traktem zeszli do Janowic. Tam na krótki popas niektórzy popadli, a stragan, co szczęściem na wylocie drogi stoi, wytaczać był musiał beczki piwne nowe. W pogardzie mając zmęczenie solidne, ruszyli dalej, w radomierskie strony, bo tam na Różance czekać na nich miało gościnne przyjęcie. Tym rokiem, z Italii przyniesion zwyczajem, makaron mogli wędrowcy skosztować, gdzie także i warzywo było.

I dalej ruszyli, poprzez wzniosłego Dudziarza, trakt przeciąwszy ostrożnie, co na Bolków idzie. I weszli one w góry, Kaczawskimi zwane, co niezbyt wysokie lecz męczące się jawią. Raz lasem, raz łąką przeszli kroków sporo, Baraniec minąwszy, Kobyłę i Widok. A że do tej pory, dzień i noc już przeszła, poległo dość sporo odważnych wędrowców. Różne ku temu znać było przyczyny: jeden wór miał za ciężki, jak gdyby z kamienia, drugiemu na palcu skóra zeszła całkiem, dokładnie sposobem jak przy gotowaniu z wieprzka. A niejednego duch pękł jak słomka, do matuli chciał wracać lub do baby w kołdrę. Całe ich zastępy zabierały wozy, zwoziwszy następnie skąd ci byli wyszli.

Ci najtwardsi duchem kroczyć dalej chcieli. Minąwszy Chrośnicę, przeszli obok Gapy i w ciemnościach wielkich wdrapywać się jęli na górę garbatą, gdzie machiny startują. Tam popas kolejny wielu urządziło, przed marszem przez Jeżów i dalej do Bobru. Dalej już droga wydała się łatwa, ale złudzenie to wielu skrzyżowało szyki. Przez Godzisz, Skalicę, tudzież Komorzycę, ci co jeszcze mogli, weszli już w Izery. Na zachód bieżywszy dotarli pod Szklarską, gdzie wydawać się mogło, że do końca blisko, lecz szybko ci, co w głowie oleju coś jeszcze nosili, koncypować poczęli, że to wprost przeciwnie. Na Kamień Wysoki trzeba tu podążać, gdzie zwyczajem starem widoki oglądasz. Ci jednak wędrowcy, co tutaj wyleźli, widok mieli jeden przed sobą, a i ten niewyraźny, bo zmęczenie wielkie. A mówili drwale, że i byli tacy, co jęzorem suchym po glebie tam tarli, błędne już mając źrenice. Ale to jest przecież wędrowców elita, w zimnie i chłodzie wprawiona, więc i to przetrwali.

Z Izerów schodzili powolnie, jakby od niechcenia, bo jeszcze przed nimi był odcinek trudny. Kocierz minąwszy po ich prawej ręce, pod Babiniec poszli. Drugi dzień już byli ci wędrowcy w drodze, nierzadko w rozpaczy lub z pustym żołądkiem. Tam jeszcze Rozdroże, podstępna gęstwina i już się znajome wyłaniały się drogi. Choć nogi już całkiem rozepsute były, parli zdrowo naprzód, zwycięstwem karmieni. I zeszli na dół, podłuż wodospadu, na prawo, na lewo, drogą wyszli z lasu. A to zrobiwszy stanęli skąd wyszli, co gromkim okrzykiem ogłosili wszystkiem.

Ci, którzy przeszli – osławieni byli. Wpisano ich migiem, w papirusy różne, a imiona ich skrzętnie mówiono wśród ludu. Tak wyglądała ów wędrówka ciężka, siedmiokroć zrobiona, która zapamiętana być musi, aby świadectwo dać kiedyś leniwcom i gnuśnym, że kto chce to może, kto twardy – ten wygra.
Krzysztof Krzyżanowski