Bajeczka o Duchu Gór i jego Próbie

Bajeczka o Duchu Gór i jego Próbie.

Dawno, dawno temu wraz z trzema podobnymi do mnie śmiałkami, podążałem co sił do miejsca zwanego Szklarska Poręba, gdzie miała odbyć się arcytrudna Próba. Oto bowiem kilka lat wcześniej Władca krainy – Jego Wysokość Karkonosz, zwany także Rubezahlem lub Liczyrzepą, rozgniewany wtrącił do lochów swego zamku dwóch dzielnych mężów: Daniela i Mateusza, którzy niechcący złamali zasady ustanowione przez Władcę. Mieli tam już pozostać do końca swych dni, chyba że znajdzie się śmiałek, który zwycięsko przebrnie przez próby i zadania wymyślone przez Króla, a wówczas będzie mógł Go prosić o ułaskawienie nieszczęśników. Można było przystąpić do prób tylko w jednym dniu w roku. Jak dotąd, jeszcze nikomu nie udało się przebrnąć zwycięsko przez wszystkie zadania. Pierwsze – zwane Próbą, miało polegać na obejściu dookoła całego królestwa Władcy wzdłuż jego granic w czasie nie dłuższym niż dwie doby. Po drodze zaś na śmiałków, którzy podjęli się stawić czoła Próbie, czyhały różne niespodzianki i zasadzki, przygotowane przez Władcę, czyhał też Przeciwnik. Każdy miał swojego Przeciwnika. Przeciwnik – Kusiciel starał się uczynić wszystko, by śmiałek nie ukończył Próby. Kim był mój Przeciwnik? Moim Przeciwnikiem byłem ja sam, ale o rok młodszy. Pokonać Przeciwnika – znaczyło dla mnie stawić się na mecie szybciej niż on. Jakie były następne zadania? Tego nie wiedział nikt.

Niemal trzystu ludzi ściągnęło owego dnia do Szklarskiej Poręby, by zmierzyć się z Próbą. Wyruszaliśmy na noc. Pierwszym etapem było przejście po murach monumentalnego zamku Władcy Karkonosza.
Znalazłem się w pędzącej rzece ludzi. Z impetem naparliśmy na mur przy pierwszej zachodniej baszcie zwanej Szrenica, ale im wyżej się pięliśmy, tym stawał się on stromszy i bardziej niedostępny. Impet słabł, sił było coraz mniej, szeregi szturmujących powoli topniały, ale w końcu udało się – znalazłem się na murze w pierwszej grupie nacierających. Mój Przeciwnik też. Szliśmy łeb w łeb.

Dalej może będzie już łatwiej – teraz już tylko przejście wzdłuż murów aż do końca zamku. Pognamy ile sił starczy. Ale Władca szykował niespodzianki… W miejscu zwanym Czarcia Ambona Pan zasnuł wszystko zimnymi wilgotnymi chmurami, a czarty wyprowadzały śmiałków na manowce. Niejeden tu pobłądził. W rejonie zaś baszty zwanej Słonecznik do pokonania były drewniane pomosty tak śliskie od wilgoci mgły, że omal nie spadało się z muru w przepaść. Determinacja wielu z nas była jednak wielka. Mimo ciemności, zimna, zmęczenia i senności sprawnie pokonywaliśmy mury siedziby Karkonosza. W pewnym momencie czekała nas miła niespodzianka. Oto bowiem zaszliśmy do zamkowych pomieszczeń kuchennych, zwanych Śląskim Domem, gdzie w cieple czekała na nas strawa i napoje.

Posiliwszy się, z większą nadzieją ruszyliśmy dalej. Ale oto przed nami baszta największa – stroma, wysoka, niedostępna wieża Królewny Śnieżki. Jej szczyt ginął w chmurach, wokół jej ścian hulał wiatr. Jak tam wejść? Dostrzegliśmy, że jedynym sposobem dostania się na wieżę był zwieszający się z jej szczytu łańcuch, którego trzeba było się chwycić i mozolnie, metr po metrze wspiąć się do góry. Wiele sił kosztowało zdobycie wieży Śnieżki. A Królewna nawet nie miała ochoty nam się pokazać. Spała w swoim łożu, osłonięta mleczną zasłoną z mgieł. Zejście z wieży biegło po długich, krętych i męczących schodach. Nietrudno tu było o wywrotkę. Jego Wysokość był dziś chyba w dobrym humorze i nie przyszykował nam żadnych innych specjalnych niespodzianek, toteż już niedługo zamek Karkonosza pozostał za moimi plecami. A gdzie mój Przeciwnik? Został za mną ! Jeszcze schodził po schodach z Wieży.

Dalsza droga wiodła przez Krainę Kolorowych Wód i Rozległych Puszcz. Chyba jednak zachowaliśmy należny szacunek dla Władcy, bo łaskawość jego była dziś niepomierna. Nie zesłał na nas ani deszczu, ani mrozu, ani śniegu. Wstało piękne słońce, które ogrzewało nas w czasie dalszej drogi.

Po szybkim przebyciu puszcz janowickich wyrastała przed nami Ściana Płaczu. I choć nie była ona tak wysoka, jak baszta Szrenica na zamku Króla, to jednak trzeba było się mocno namęczyć, żeby na nią wejść. Ale za to za Ścianą Płaczu… pokusa nie do odparcia: gospoda zwana Różanka. W gospodzie urzędowały trzy przemiłe dziewczyny: Róża, Anka i Radomirka. Raczyły nas różnymi smakołykami, wśród których szczególne miejsce zajmował makaron. Było tu tak miło i przytulnie, że chciałoby się zostać na dłużej, poleżeć i rozkoszować się miejscem. Ale to diablik Przeciwnik podszeptywał: “no, zobacz jak tu pięknie, poleż sobie, pośpij, odpocznij, zjedz coś jeszcze…”. Nie, nie, nie dam mu tej satysfakcji. Ruszam dalej.

Oto Kraina Dzikich Ziół i Głębokich Błot. Coraz mniej śmiałków kontynuowało Próbę. Widziałem, jak załamywali się kolejni. A ja? Moje nogi mnie niosły, moje stopy nie piekły. A więc dalej! Znajdowałem się teraz na dalekich rubieżach Królestwa. Na horyzoncie pysznił się zamek Karkonosza. Szło mi się dobrze, mój Przeciwnik miotał się z tyłu, ale nie mógł mnie dogonić. Miałem nad nim tym większą przewagę, że wiedziałem, gdzie się znajduje i uczyłem się na jego błędach. Ale niespodziewanie czekała mnie i wielu moich towarzyszy wędrówki niebezpieczna niespodzianka. Musieliśmy stawić czoła hordzie szalonych jeźdźców pędzących wprost na nas na stalowych dwukołowych rumakach z dzikim rykiem. Kto nie uskoczył w porę – ginął. Jeźdźcy ci nie znali litości. Na szczęście równie szybko, jak się pojawili, zniknęli.

W krainie, którą przemierzaliśmy, znajdowała się skała, zwana Okole, którą, jak brzmi jej nazwa, należało obejść dookoła. Kto tego nie uczynił, błądził, a zegar jaśnie Rubezahla miarowo odmierzał uciekający czas. Skała słynęła z wyprowadzania wędrowców na manowce. Szczęśliwie przedostałem się właściwymi przesmykami na drugą stronę i szybko kontynuowałem pochód.

Dzień miał się ku końcowi. Utrudzone ciało powoli odmawiało posłuszeństwa. Słabł też mój Przeciwnik. Pora odpocząć i nabrać sił do decydującej rozgrywki. Znałem tu w pobliżu niewielki hotelik, a w nim przytulny 2-osobowy pokoik na pięterku. Pokój był dziś pusty, mogłem więc spokojnie spocząć. Jednak w głowie wciąż cykał mi zegar liczący bezustannie ubywający do końca Próby czas. Nie, nie spędzę dziś całej nocy w moim hotelowym pokoiku. Przeciwnik jest czujny i zbliża się. Skoro ciało odpoczęło trochę – czas ruszać dalej, czas wkroczyć do Krainy Kolczastych Cierni i Mylnych Ścieżek.

Postanowiłem zadać mojemu Przeciwnikowi ostateczny cios. Podczas gdy on będzie się błąkał po bezdrożach i chaszczach wzgórza Leśnicy, ja podążę tak daleko, że już nie będzie w stanie mnie dogonić. Miałem świeży zapas sił, ale on także wypoczął. Wykorzystałem jednak wszystkie jego błędy i pomyłki i sprawnie posuwałem się dalej. Późnym wieczorem znalazłem się na Górze Podniebnych Albatrosów, zwanej przez miejscowych Szybowcową. Nie zamierzałem tu przystawać, byłem jeszcze dość wypoczęty. Poczułem się, jakbym dostał skrzydeł. Poszybowałem więc w dół, dalej i dalej, ponad domami, asfaltowymi gościńcami, rzeką, drogą żelazną… A mój Przeciwnik miotał się bezsilnie pod Leśnicą.

Była już ciemna noc. Na niebie przyświecał ciemnożółty księżyc. Wkraczałem w las porastający zbocza góry Gapy. Ta nazwa to nie przypadek. To tu wszystkie gapy tracą swą szansę na zwycięstwo w Próbie, a spryciarze powiększają swój zapas czasu. Ja znalazłem się ku swej radości wśród tych drugich, bo w moim posiadaniu był plan dojścia do skarbu Modrej Perły. Plan okazał się wiarygodny. Skarbu nie zamierzałem szukać, a Perła… dziś była to Czarna Perła. Perła znajdowała się po drugiej stronie rzecznego rozlewiska, którego toń była tak czarna i nieruchoma, że omal nie utonąłem, gdy rozpędzony dotarłem nad jego brzeg.

No, to naprzód! Plan działa, Przeciwnik kona. Przed oczami w ciemnościach przesuwają się kolejne obrazy: Czarna Perła z białym orszakiem weselnym, wielkie koczowisko wędrowców na stacji Godzisz, blade światełka kompanów Próby przede mną i za mną, martwa cisza w Goduszynie.

Dalsza droga prowadzi w góry, w których panuje Czarownica Komorzyca, co plącze drogi. Nie straszna mi ona, wszak znam przejście. Chyba jednak zbyt hardo wkroczyłem na jej terytorium, bo rzuciła czar na moje światło. Zgasło jedno, zgasło drugie. Przechytrzę ją: mam trzecie! Rozzłościłem tym wiedźmę i poplątała mi drogę. Po lesie niósł się chichot Komorzycy, gdy zacząłem kluczyć wśród gęstwiny poza ścieżkami. O nie. Nie wyprowadzi mnie ona w pole. Mam przecież kompas. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. I już po chwili wydostałem się spomiędzy szarpiących do tyłu gałęzi i wciągających wgłąb bagien na właściwą drogę. A Komorzyca w bezsilnej złości rzuciła za mną kosturem, który upadł aż na łąkę nad Zimną Przełęczą i przemienił się w mylną dróżkę. Złośliwe babsko spowodowało, że krążyłem po miedzach w poszukiwaniu Przełęczy. Jednak szczęście mnie nie opuściło: niebo bladło, wstawał świt i już wiedziałem, gdzie jestem. Wiedziałem też, że mój Przeciwnik jest hen daleko za mną – zmęczony leży przy Modrej Perle.

Do pokonania została jeszcze Kraina Kryształowych Skał i Martwych Lasów. W drodze pozostało już niezbyt wielu śmiałków. Niektórych dobijał ich własny Przeciwnik, inni ostatkiem sił szli dalej, a jeszcze inni… byli już na mecie u stóp zamku Władcy i czekali na jego kolejne zadania. Tymczasem przede mną prawdziwa próba sił: długie, męczące podchodzenie na podniebne skały Wysokiego Kamienia. Po drodze Zakręt Śmierci. Czy będzie to śmierć moich możliwości fizycznych? Czy mam jeszcze tyle sił? Zdumiewające, ale skądś miałem. A dalej długie, usypiające płaskie odcinki z dalekimi widokami na zamek Króla Karkonosza. Wypełzł znienacka mój drugi Przeciwnik – podstępny i skryty: pożądanie snu. Delikatnie zamykał mi powieki i szeptał: “przystań, połóż się, odpocznij, zobacz, jak tu pięknie, las, trawa, słońce”. To on powodował, że pień wydawał mi się człowiekiem i że 3-metrowej szerokości droga momentami była dla mnie zbyt wąska. Ataki jego były coraz bardziej natarczywe i trudne do odparcia. Z drugiej jednak strony do energicznego marszu zagrzewała świadomość bliskości mety Próby.

Przede mną ostatnia niespodzianka Władcy: Przedział. Przedział niczym Labirynt przedziela pozostających w grze śmiałków od wrót zamku Władcy. Przedział omal nie pokonał niegdyś mojego Przeciwnika. Ja jednak już wiedziałem, że Próbę przejdę zwycięsko, choćbym miał dalej pełzać na czworakach. Nauczony błędami Przeciwnika, Labirynt przeszedłem bez problemów. Jeszcze tylko krótki wyścig z bystrymi wodami Kamieńczyka, szybki slalom pomiędzy leniwie spacerującymi wczasowiczami, parę zakrętów, mostek i jestem na mecie !

Co za radość ! Mogę dostąpić zaszczytu uczestniczenia w drugim zadaniu przygotowanym przez Władcę, którego stawką będzie oswobodzenie Daniela i Mateusza, próbie, której jeszcze nikt dotąd nie sprostał. Radość z jednej strony, lecz z drugiej narasta niepokój i obawa. Czy podołam? Wtem otwierają się wrota zamku i…

Ocknąłem się na podłodze na piętrze baru przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę. Co ja tu robię? A Próba? A Karkonosz? A Przeciwnik? Czy to wszystko był sen? Niezupełnie. Przecież właśnie 2 godziny temu dotarłem na metę VII Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Udało się ! Czas się pozbierać z podłogi, oczekiwać na moich przyjaciół, a potem wieczorem wznieść toast za wszystkich, którzy doszli, wszystkich, którzy nie dotarli do końca, za ciężko pracujących wspaniałych Organizatorów i za pamięć o Tych Dwóch, których żadna Próba nie wskrzesi z martwych, ale którzy żyć będą w myślach tak długo, póki choć jeden człowiek stawi się kolejnego roku na starcie Przejścia.

A więc do zobaczenia za rok w Szklarskiej Porębie.

Radosław Mazurkiewicz,
Wrocław
Nr 163 / 2010