III Przejście (2006)

III Przejście (2006)

III Przejście (2006)

TRASA
Trasa szczegółowo (w nawiasach orientacyjna odległość pomiędzy punktami w km i orientacyjny czas dotarcia, wliczając przerwy w punktach gastronomicznych oraz 5 godzin snu na Zamku Bolczów):

START 9.IX.2006 r.
– godzina 04.00 Szklarska Poręba
(stacja ratunkowa GOPR “Marysieńka”)
START: Stacja GOPR “Marysieńka” Szklarska Poręba
(9.IX.2006 godz. 4.00)
– Hala Szrenicka(5; 5.15)
– Szrenica(0,5; 5.30)
– Śnieżne Kotły(6; 7.00)
– Przełęcz Karkonoska(5; 8.00 + punkt gastronomiczny)
– Równia pod Śnieżką (5; 10.00)
– Śnieżka(0,5; 10.30 min + punkt gastronomiczny)
– Sowia Przełęcz (4; 12.00)
– Okraj (5; 13.30 + punkt gastronomiczny)
– Przełęcz Kowarska (6; 15.30)
– Skalnik (5; 17.00)
– Wołek (5; 18.30)
– Zamek Bolczów (6; 20.00)
– Janowice Wielkie (1,5; 1.30 + są sklepy ale nocą nieczynne)
– Różanka (3; 2.30)
– Przełęcz Radomierska (1; 3.00)
– Dudziarz (2; 3.45)
– Baraniec (6; 5.00)
– Przełęcz Widok (20; 9.00 + ewentualny punkt żywieniowy)
– Łysa Góra (1,5; 9.45)
– Góra Szybowcowa (4; 10.45)
– Jeżów Sudecki(3; 11.15 + sklepy spożywcze)
– Perła Zachodu (3; 12.15 + punkt gastronomiczny)
– Godzisz (4; 13.45) – Goduszyn (1; 14.00)
– Wojcieszyce (5; 15.15)
– Zimna Przełęcz (5; 16.30)
– Bobrowe Skały (1; 17.00)
– Górzyniec (2; 17.30)
– Zakręt Śmierci (3; 18.15)
– Wysoki Kamień (3; 19.15)
– Kopalnia „Stanisław” (5; 20.15)
– Rozdroże pod Cichą Równią (4; 21.15)
– Przełęcz Szklarska (2; 21.45)
– Przedział (2; 22.15)
– Kamieńczyk (5; 23.15)
– Marysieńka (1; 23.30) = META
META 10.IX.2006 r.
– do godziny 24.00 Szklarska Poręba
(stacja ratunkowa GOPR “Marysieńka”)

W sumie orientacyjnie 135 km i ok 44 godzin czasu, na które składa się około 10 godzin przerw.

To już trzecia próba, podjęcia zainicjowanego przez tragicznie zmarłego DANIELA, przejścia dookoła kotliny jeleniogórskiej. Trasa po raz kolejny wiodła najwyższymi grzbietami czterech pasm górskich otaczających Jelenią Górę. Tym razem organizatorzy wydłużyli jednak pętlę o 10 km – dodając przemarsz przez malowniczą Dolinę Bobru i schronisko Perła Zachodu oraz rejon Wysokiej Kopy w Górach Izerskich i przełęczy Szklarskiej stanowiącej granicę pomiędzy Karkonoszami a Izerami. Tym sposobem do pokonania było około 135 km, w tym około 5,5 km przewyższenia w górę i tyleż samo w dół. Kolejną zmianą w porównaniu z rokiem ubiegłym było oficjalne otwarcie imprezy na ludzi z poza Górskiego Pogotowia. Za zgodą rodzin obu zmarłych kolegów, tegoroczne przejście otrzymało oficjalnie nazwę Przejścia ku Ich pamięci.
Przygotowania do imprezy rozpoczęte już w maju zaowocowały znalezieniem sponsorów, dzięki którym każdy uczestnik mógł otrzymać pamiątkową koszulkę, mapy i inne drobne upominki. Do tego udało się zorganizować na trasie oficjalny punkt żywieniowy. Wielka przychylność Naczelnika Grupy Karkonoskiej GOPR – Maciej Abramowicza, doprowadziła do wydrukowania plakatów oraz ułatwiła kontakt z prasą, radiem i telewizją. Pomocą również służył od początku Rysiek Lewandowski, który operował “wirtualną” stroną całego przedsięwzięcia. Wszystkie te działania doprowadziły do zgłoszenia nadspodziewanej liczby 25 uczestników! To wielki sukces i należą się tutaj od razu podziękowania dla wszystkich którzy się do tego przyczynili.
Przejdźmy do rzeczy. Zgodnie z regulaminem na miejscu startu należało się stawić o godzinie 3.30, wtedy to zostały rozdane mapy dla uczestników, pamiątkowe koszulki. Zostały także wyjaśnione wszystkie związane z trasą wątpliwości. Okazało się także, że trzy osoby spośród zgłoszonych nie dotarły z różnych przyczyn na start. Tak więc chwilkę po 4.00 nad ranem, 9 września 2006 na trasę spod “Marysieńki” wyruszyli:

– Bielawski Łukasz z Jeleniej Góry,
– Bisikiewicz Michał z Wrocławia,
– Bochyński Jakub z Górzyńca (ZHP),
– Bochyński Janusz z Górzyńca (ZHP),
– Ćwiek Przemek z Jeleniej Góry (GOPR),
– Erbetowski Patryk z Piechowic (ZHP),
– Jurdyga Olaf z Jeleniej Góry (GOPR),
– Kaleta Paweł z Jeleniej Góry,
– Kalisz Maciek z Jeleniej Góry,
– Krawczyk-Demczuk Sławek z Piechowic,
– Kret Marianna z Jeleniej Góry (ZHP),
– Królikowski Piotr z Mysłakowic,
– Mazur Leszek z Jeleniej Góry,
– Mędraś Adam z Jeleniej Góry (GOPR),
– Oblicki Gniewomir z Jeleniej Góry (GOPR),
– Podkański Bartosz z Jeleniej Góry (GOPR),
– Rębisz Tina z Piechowic (ZHP),
– Siwek Michał z Poznania,
– Stępień Łukasz z Jeleniej Góry,
– Sworowska Urszula z Jeleniej Góry,
– Wincenty Piotr z Jeleniej Góry (PSP),
– Zajbert Sławomir z Jeleniej Góry. Na niebie leniwie przesuwały się gdzieniegdzie chmury, a gwiazdy i księżyc zaraz po pełni oświetlały pełne optymizmu twarze uczestników. To był ostatni moment nie wymuszonego optymizmu. Tak się zaczęło III Przejście Dookoła Kotliny dla DANIELA I MATEUSZA…
Tuż przed 6.00 rano prawie cała grupa została uchwycona przez kamerę zamieszczoną przy schronisku Hala Szrenicka. Niedaleko za Szrenicą słońce wyszło na dobre, ale uczestnikom nie było dane go poczuć. Ciężkie chmury przewijały się mozolnie nad głównym grzbietem Karkonoszy. Pojawiły się wątpliwości czy załamanie pogody zaraz na początku próby nie pokrzyżuje planu maszerującym. Chwilę po godzinie 8.00 rano na przełęczy Karkonoskiej pojawił się idący na razie najszybciej, Sławek Zajbert, a zaraz po nim przeszli Sławek Krawczyk-Demczuk i Paweł Kaleta. Te trzy osoby nie zatrzymywały sie w schronisku Odrodzenie, w przeciwieństwie do głównej grupy, która pojawiła sie jakieś 20 minut później i okupowała schronisko przez blisko pół godziny. Niedługo po nich zjawił się Piotr Wincenty z Ulą Sworowską. Harcerze oraz Piotr Królikowski zdecydowali się odpocząć wcześniej, w czeskim schronisku Petrova Bouda. Od godziny 12.00 zaczęło się stopniowo wypogadzać.
W tym czasie Sławek Zajbert był już na przełęczy Okraj i miał za sobą ciężkie 30 km Karkonoszy. Czuł się pewnie, mówił, że póki co nic się nie dzieje i jest w stanie utrzymać to tempo. Główna grupa była jeszcze na Kowarskim Grzbiecie, gdy na Okraju pojawili się Leszek Mazur i Kalisz Maciek – oni także wyglądali na mocnych i pewnych siebie – po chwili odpoczynku ruszyli dalej. Następni zjawili się Sławek Krawczyk-Demczuk, Paweł Kaleta oraz, o dziwo! Piotr Królikowski, który na Odrodzeniu miał prawie 2 godziny straty do pierwszego Sławka Zajberta, a teraz szybko przesuwał się do przodu. Główna grupa pojawiła się tuż po 13.30 i urządziła sobie długą, ponad godzinną przerwę. Łukasz Bielawski narzekał na silne odparzenia stóp, ale podjął dalszą walkę po zbawiennym odpoczynku. Piotr i Ula pojawili się 40 minut po głównej grupie i z przekonaniem ruszyli w dalszą trasę. Inaczej było z harcerzami. Przyszli oni na przełęcz Okraj o godzinie 14.45, wtedy Sławek Zajbert był już za przełęczą Kowarską. 5-cio osobowa grupa z ZHP, w której byli najmłodsi uczestnicy, zdecydowała się poddać po ukończeniu Karkonoszy, a więc na przełęczy Kowarskiej – byli tam chwilę po 16.00. W tym czasie większość pozostałych maszerujących była już w okolicy Skalnika – najwyższego szczytu Rudaw Janowickich. Harcerze zostali odtransportowani do Jeleniej Góry. Byli zadowoleni z tego co zrobili i zapowiadali, że za rok podejmą próbę przejścia całości. Za nimi było ponad 40 km marszu po najtrudniejszych na trasie Karkonoszach.
Trudności rosły także wraz ze zmęczeniem oraz wraz ze zbliżającym się zmrokiem. Pozostali na trasie zawodnicy zbliżali się do strategicznego na trasie punktu. 55 km marszu to Zamek Bolczów nad Janowicami Wielkimi. I tu pojawiły się pierwsze dramaty. Jako pierwsi dotarli tu: Leszek Mazur i Maciek Kalisz. Bez zastanowienia minęli zamek, który bądź co bądź stanowił dobry punkt na nocleg. Była godzina 17.45 – pewni swoich sił zdecydowali, że idą na maksa i spróbują dotrzeć aż do przełęczy Komarnickiej i tam poszukają noclegu. Niedługo po nich  pojawili się Sławek Krawczyk-Demczuk i Paweł Kaleta, którzy także zdecydowali się pójść dalej. Ale co się stało z prowadzącym jeszcze przed Skalnikiem, Sławkiem Zajbertem? Okazało się, że Piotr Królikowski bardzo mocno ruszył do przodu i wyprzedził wszystkich, w tym Sławka, niedaleko za najwyższym szczytem Rudaw. Jednak zmęczenie doprowadziło do błędu – pomylił on szlaki i zamiast do Bolczowa skręcił w dół, w kierunku Strużnicy. Sławek “na ślepo’ ruszył za nim i obaj stracili na tyle dużo, że na Bolczowie zostali wchłonięci przez główną grupę. Tam też zdecydowali się oni wspólnie przenocować.
Najwolniej w głównej grupie poruszali się Olaf Jurdyga (GOPR), Łukasz Bielawski i najstarszy uczestnik: Adaś Mędraś także z GOPRu. Podczas gdy grupa z Bolczowa szykowała się do noclegu pod gołym niebem, liderzy – Maciek i Leszek w ciemnościach zgubili szlak w okolicy Dudziarza, za przełęczą Radomierską, więc zdecydowali nocować w krzakach i poczekać na poranek. Sławek i Paweł doszli do Prewentorium Kolejowego za Janowicami i tam ułożyli sie do snu. Zaplanowali 2 godziny spania, potem marsz i znowu 2 godziny odpoczynku.
Na Bolczowie tymczasem skrajne zmęczenie i ból stóp oraz kontuzje kolan czy kostek – nieodłączne elementy takiego rajdu, próbowano tłumić przez dowcipy i śmieszne opowieści. Uwagę od bólu odwracał także pies-przybłęda, “Kotlina”, która towarzyszyła tej grupie od przełęczy Okraj. W dowcipach brylował Łukasz Stępień – inni uczestnicy narzekali, żeby go zabrać, bo przyprawia o ból mięśni brzucha, wywołany śmiechem. Jednak nie na wszystkich twarzach uśmiech mógł się pojawić. Olaf Jurdyga, ratownik karkonoskiego Gopru, u którego odnowiła się poważna kontuzja kolan, był pierwszym, spośród tych mających realną szansę ukończenia próby, który został zmuszony do wycofania się. Na jego twarzy uśmiech się nie pojawił. Łukasz Bielawski też miał poważne problemy, ale zdecydował przeczekać z decyzją do poranka. Niedługo po tym decyzję o przerwaniu podjęli Piotr i Ula. Powodem były poważne obtarcia stóp uniemożliwiające kontynuację marszu. Nie dotarli nawet na Bolczów – zeszli krótszą drogą do Janowic Wielkich. O godzinie 22.00 cała ta trójka była już w swoich domach. Tak zakończyła się walka ostatniej kobiety na trasie przejścia  Właśnie takie warunki stawia przed uczestnikami tego rajdu. Tu każdy wygrywa – bo walczy z samym sobą do samego końca, a koniec przyjdzie prędzej, czy później na każdego. Podczas gdy uczestnicy spali DANIEL i MATEUSZ patrząc z góry szykowali dla zawodników dawkę wrażeń i emocji na następny dzień…
10 września zaczął się dla niektórych bardzo wcześnie – już o pierwszej w nocy i miał trwać dosyć długo… Godzinę po północy grupa z Bolczowa oraz Sławek i Paweł spod Różanki ruszyli ze swoich “apartamentów” w dalszą drogę. W głównej grupie wszystko się odbyło zgodnie z planem, ale u dwóch chłopaków plan został zmieniony – z dwóch 2-godzinnych noclegów zrobił się jeden 4-ro godzinny. Chłopaki po prostu nie usłyszeli budzika…  Z 10-osobowej grupy, która spała na Bolczowie, odpadł w Janowicach Łukasz Bielawski – pęcherze i otarcia stóp, nie dały wyboru.
Zaraz po nim zrezygnował Adam Mędraś – podziwiany przez młodszych chłopaków za hart ducha i wolę walki, wzbudził wiele pozytywnych emocji. Prawie każdy inny uczestnik mógłby być jego synem. Jednak w Janowicach Adam stwierdził, że nie jest w stanie utrzymać tempa, które gwarantuje ukończenie próby. Zakończył podobnie jak przed nim Łukasz na 58 kilometrze. Ledwie 8 km dalej z dalszej walki zrezygnował także Sławek Zajbert – jemu też zniszczenia stóp uniemożliwiły dalszy szybki marsz. Poddał się na przełęczy Radomierskiej. Cała ta trójka, która zakończyła udział przed wschodem słońca drugiego dnia, z przychylnością wypowiadała się o tych zawodach, więc zapewne za rok też podejmą próbę.
Na trasie została połowa z 22 uczestników. Kiedy siedmiu z grupy głównej – Bartek Podkański, Przemek Ćwiek, Gniewko Oblicki, Łukasz Stępięń, Piotr Królikowski, Michał Bisikiewicz i Michał Siwek podchodziło na Dudziarza, rozbudzili się Leszek z Maćkiem, ale nadal nie mogli oni odnaleźć drogi. W konsekwencji, także po zgubieniu szlaku, pierwsi na przełęczy Komarnickiej stawili się Sławek z Pawłem, była 4.30 a Leszek z Maćkiem zostali “wchłonięci” przez peleton i cała dziewiątka stawiła się tam o godzinie 5.10. Wszyscy oni trochę zgubili drogę i przedzierali się przez mokradła. Przemoczone buty stawiały pod znakiem zapytania sens dalszego marszu, było przeraźliwie zimno – około 4 stopni, a gwieździste niebo nie zdradzało ani na chwilę zbliżającego się od wschodu słońca. Łukasz Stępień stwierdził, że dojdzie tylko do przełęczy Widok. Morale wszystkich uczestników były bliskie spadku poniżej zera. Niestety, u jednego z nich spadły….
Przemek Ćwiek to ratownik GOPRu z 6 letnim okresem służby. W roku 2004 nie mógł podjąć próby przejścia – rodził mu się syn – Maciek.
8.II.2005 – Przemek uczestniczył bardzo aktywnie w smutnej akcji ratunkowej, mającej na celu uwolnienie zasypanych przez lawinę, przyjaciół z gór. Po tym zdarzeniu zaangażował się mocno w inicjatywę przejścia kotliny ku czci DANIELA i MATEUSZA. Uczestniczył w próbie w roku 2005 roku, ale musiał przerwać na Zamku Bolczów z powodu otarć stóp. W tym roku, był bardzo motywowany do ukończenia, czuł się mocny, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jednak najpierw przemokły mu buty, później gdy szedł w pożyczonych sandałach, wpadł w błoto i urwał jednego z nich. Kontynuował jeszcze walkę i doszedł aż do przełęczy Komarnickiej, tam jednak uznał wyższość pechowej sytuacji i zrezygnował. To był smutny moment…
Tymczasem prowadząca dwójka odpoczywała na przełęczy Widok, a główna grupa przyspieszyła i w konsekwencji doszło do połączenia wszystkich pozostałych uczestników w jedną zwartą grupę. Ruszyli oni dalej w kierunku Łysej Góry i dalej Góry Szybowcowej, na której był zaplanowany punkt żywieniowy. Łukasz podczas zejścia z Łysej zaczął słabnąć psychicznie, chciał skończyć próbę, ale nie podawał żadnej konkretnej przyczyny. Jedynie silne namowy kolegów, zmuszały go do przechodzenia kolejnych odcinków. Problemy miał także Sławek, który coraz bardziej narzekał na powrót kontuzji kolana. W tym momencie słońce zaczynało się umacniać, na niebie zaś nie było nawet śladu chmurki, a lekki wiaterek raczej pomagał. Większość z nich miała wtedy za sobą 7 godzin marszu prawie non stop,  zbliżali się do upragnionego ciepłego posiłku na górze Szybowcowej, ale ich droga biegła przez łąkę, a tam o poranku czai się rosa. Gdy dotarli na szczyt góry Szybowcowej byli przemoknięci do kolan, mieli dość wszystkiego, a na żadnej z twarzy nie było widać nawet cienia nadziei. W tym właśnie momencie do ich rąk trafił ciepły posiłek…
Punkt żywieniowy, ustawiony na Górze Szybowcowej przez Bar TRAMP z Sobieszowa oferował ciepły makaron zapiekany z warzywami i serem, ciepłe i zimne napoje i ciastka. Dodatkowo świeciło już mocno słońce i szybko suszyło wcześniej zmoczone obuwie. To, jak ten punkt podziałał na zawodników mogą tylko opisać oni sami. Znów pojawiły się uśmiechy. Łukasz ponownie zaczął przyprawiać wszystkich o bóle mięśni brzucha. Wszyscy zjadali po 2-3 michy makaronu i napili się do woli, bez stresu, że zabraknie im wody. Rzeczy wyschły, zmiana skarpetek, zasypanie stóp talkiem (przeciw otarciom), duża porcja bandaży i plastrów oraz jedzenie i picie bez ograniczeń podziałały na uczestników wprost niewiarygodnie. Gdy ruszali po blisko godzinnej idylli byli pełni nadziei, nikt nie mówił o wycofaniu. Słychać było głosy, że “mamy dobry czas” albo, że “przed 20.00 będziemy w Szklarskiej“. Tak oto o godzinie 10.00 ruszyli w stronę Jeżowa Sudeckiego. Niestety nie wszyscy. Piotrek Królikowski już wcześniej podjął decyzję o rezygnacji…
Piotrek to zaprawiony turysta górski. Nieformalnie związany z harcerstwem, uczestniczy w wielu rajdach. Jest doświadczony w poruszaniu się po górach i pewnie podejmuje decyzje. Jednak górę wzięła siła wyższa – po raz kolejny – otarcia stóp. Gdy Piotrek wsiadał do samochodu, zastanawiał się: “…co zrobiłem źle …, Może za lekko zawiązałem buty…“. Bardzo żałował, że musi przerwać i nie ukrywał tego. Był zły, że mimo kondycji, mimo dobrej formy psychicznej nie może iść dalej. Stanowił naprawdę silny punkt wśród uczestników.
Pozostała 10-tka szła tymczasem w kierunku Perły Zachodu. Pierwsi z nich zameldowali się przy pięknie położonym schronisku nad Bobrem o 11.30.  Mijały kolejne minuty, a wciąż brakowało Sławka i Pawła. W końcu zawodnicy zdecydowali ruszyć dalej. Byli wciąż pod wpływem “punktu optymizmu” z Góry Szybowcowej. O 12.00 na dalszą trasę wyszli Paweł, Leszek, oba Michały, Bartek, Gniewko i Łukasz.
Około 12.15 pojawił się Sławek. Z daleka było widać że kuleje. Jemu podobnie jak wcześniej Olafowi i Łukaszowi Bielawskiemu odnowiła się kontuzja kolana, na tyle poważnie, że nie mógł kontynuować marszu. Kolejny silny uczestnik rezygnował z przyczyn nie zależnych bezpośrednio od niego. Sławek, podczas powrotu autem do domu, do Piechowic, prawie nic nie mówił. Jedynie tyle, że jest mu przykro, że nie mógł iść dalej. Był naprawdę mocno załamany tym w jakiej los postawił go sytuacji. On też był świadomy tego, iż jest w stanie dokończyć próbę. Ale zanim opuścimy Perłę Zachodu – jedno pytanie: gdzie sie podział Paweł???
Kiedy grupa pierwszych maszerujących była przy parkingu na szosie numer 3 w stronę Zgorzelca, na mostku w końcu pojawił się Paweł. Okazało się, że się zgubił, po tym jak rozdzielił się ze Sławkiem. Zamiast zejść na dół do doliny Bobru, zaszedł on aż pod Siedlęcin – to dodatkowe 5-6 km. Jednak po krótkim wypoczynku przy Perle ruszył dalej. Miał nadzieję, że dogoni grupę. Tym sposobem ośmiu uczestników ruszyło dalej. Minęli Godzisza, przeszli na przełaj nie oznakowane łąki między Goduszynem a Wojcieszycami. Utworzyły się podgrupy. Z przodu szedł Maciek, Leszek i Michał Bisikiewicz. Nieco wolniej Bartek, Gniewko, Michał Siwek i Łukasz, a całkiem z tyłu, z rosnącą stratą Paweł. Przy tak skrajnym zmęczeniu łatwo o błędy. Po przejściu 100 km i marszu przez 14 godzin od ostatniego snu (4-godzinnego), nawet błahostka urasta do rangi wielkiego problemu. W tym właśnie momencie, na zejściu do Wojcieszyc Łukasz skręcił kostkę… “Po Szybowcowej, naprawdę uwierzyłem, że mogę dojść, że mogę to ukończyć, a tu takie gówno…” – mówił Łukasz, gdy kulejąc pakował się do samochodu w Wojcieszycach. Może nie jest on ekstremalistą w górach, może nie uchodził za faworyta wśród uczestników, ale po przełamanym kryzysie na Łysej Górze, raczej pewnie i konsekwentnie zmierzał do końca trasy. “…gdyby nie ta szyszka to bym doszedł” – mówił i pokazywał opuchnięte ścięgna swojej stopy. Przeszedł 100 km w ciągu 34 godzin.
Na trasie pozostało siedmiu ostatnich, walczących ze skrajnym zmęczeniem, uczestników przejścia. Przekroczyli Wojcieszyce, doszli do Antoniowa, na Zimną Przełęcz, dalej ruszyli w kierunku Bobrowych Skał. Leszek, Maciek i Michał z pierwszej trójki minęli skałki i zeszli do Górzyńca, gdzie pozwolili sobie na odpoczynek. Bartek z Gniewkiem zdecydowali odpocząć właśnie przy Bobrowych, ale Michałowi Siwkowi to nie pasowało. Ruszył on dalej na trasę mijając po drodze wypoczywającą pierwszą trójkę. Paweł był w tym czasie około 40 minut z tyłu. Emocje, jednocześnie potęgowane jak i tłumione przez zmęczenie rosły. Jednych pchały do przodu, u innych zwiększały znużenie psychiczne. Na Zakręcie Śmierci grupa organizatorów z Naczelnikiem GOPRu włącznie oczekiwało na wyjaśnienia. To jedno z ostatnich miejsc na trasie, gdzie można było spotkać się z zawodnikami. A główni bohaterowie – Michał Siwek jako pierwszy, a dalej Maciek, Leszek  i Michał Bisikiewicz z 15-minutowym opóźnieniem, pół godziny później Bartek z Gniewkiem oraz odświeżony Paweł z godzinnym opóźnieniem – ruszyli na ostatnie pięć godzin najcięższej walki…
Wyjście na Wysoki Kamień to ostatnie ciężkie, godzinne podejście na trasie. Dalej idzie się po niewielkich wzniesieniach w kierunku Kopalni “Stanisław” i dalej na najwyższy szczyt Gór Izerskich – Wysoką Kopę. Sam szczyt omija się idąc zielonym szlakiem przez Cichą Równię aż do przełęczy Szklarskiej. Na tym odcinku zastał uczestników zmrok. Mieli za sobą 125 kilometrów marszu, przeszli to w ciągu 40 godzin, w tym czasie spali po cztery godziny, byli w stanie skrajnego wyczerpania. Kilometr marszu asfaltem wywoływał skrajnie negatywne emocje, a przejście po ciemku trudnego odcinka pod Przedziałem, napawał ich panicznym strachem. Tak naprawdę, nawet najprostszy odcinek marszu, stawał się dla nich koszmarem. Na przełęczy Szklarskiej pierwsi zjawili się  Maciek, Leszek i Michał Bisikiewicz zjedli ostatni posiłek, uzupełnili płyny i ruszyli na ostatni marsz do Marysieńki. Niedługo później przyszedł Michał Siwek i dosyć długo zmieniał obuwie. Wyruszył dalej około 21.15. W tym momencie uczestnicy na trasie pozostali zupełnie sami. Nikt nie mógł im pomóc. Te najbardziej ekstremalne dwie godziny marszu, najdłuższe, najlepiej zapamiętane i przepełnione największym bólem, te najtrudniejsze chwile na szlaku przeżyli oni zupełnie sami i w kompletnych ciemnościach. Jedynie własne czołówki oświetlały im drogę i stanowiły niewielkie źródło nadziei.
Tymczasem na mecie w oczekiwaniu na tych, którym się uda, zgromadziła się spora grupa ludzi. Wśród nich przedstawiciele mediów: Piotr Kaczmarski (Polskie Radio Wrocław) i Andrzej Szpak (TVP Wrocław) oraz prasy – redaktor miesięcznika “Sudety” Maciej Zalewski. Byli także uczestnicy, którzy wcześniej przerwali próbę – Adam Mędraś, Łukasz Bielawski, Sławek Zajbert, Przemek Ćwiek. Byli także przedstawiciele Grupy Karkonoskiej GOPR – Naczelnik Maciej Abramowicz oraz kolega Wojtek Jurdyga. Kontakt z uczestnikami około godziny 21.30 pozwalał sądzić, że za pół godziny będą na mecie. Jednak w miarę jak zagłębiali się w otchłań zielonego szlaku coraz trudniej było odnaleźć drogę, a odszukanie ścieżki łączącej zielony z drogą na Kamieńczyk graniczyło z niemożliwością.
Pierwsza trójka 500 metrowy odcinek pokonywała przez ponad 20 minut. Na mecie wszyscy wyczekiwali z niecierpliwością. Gdy w końcu zza Marianek pojawiły się światła czołówek wszyscy wyszli by pogratulować pierwszym, którzy ukończyli.
Skrajnie zmęczeni, ale szczęśliwi, dotarli pierwsi:
– Kalisz Maciek zJeleniej Góry,
– Mazur Leszek z Jeleniej Góry,
– Bisikiewicz Michał z Wrocławia.

Pierwsi dwaj z nich, to mieszkańcy Jeleniej Góry. Szli cały czas mocno i nie narzekali na żadne urazy. Cały czas po cichu i bezwzględnie dążyli do mety i utrzymywali się w czołówce maszerujących. Jedyne poważne problemy mieli na zejściu z Dudziarza podczas pierwszej nocy, kiedy to zgubili trasę i nocowali na leśnej polance.
Michał to mieszkaniec Wrocławia, dowiedział się o Przejściu od byłej dziewczyny MATEUSZA HRYNCEWICZA, a więc był w pewien sposób emocjonalnie związany z próbą. Przez dłuższy czas trzymał się w głównej grupie idących i nie próbował “uciekać”. Jednak w okolicy Perły Zachodu przyłączył się do silnej dwójki – Maćka i Leszka i tak już zostało do mety.
Na mecie były zdjęcia, były wywiady, były gratulacje. Niepodważalnie zasłużyli na wielkie uznanie. Tymczasem telefony od Michała Siwka nie napawały optymizmem… Wszedł on na zielony szlak zupełnie sam. Ta okolica nie jest często uczęszczana, więc ślady ścieżek są słabo widoczne, szczególnie nocą. Po konsultacji telefonicznej Michał stwierdził, że nie jest w stanie odnaleźć drogi i będzie wracał do asfaltu. To bardzo dramatyczny moment. Uczestnik  ten pochodzi z Poznania, na co dzień studiuje filozofię, jest bardzo spokojny i zrównoważony. Bardzo konsekwentnie dążył do celu. W tym momencie jednak jego szanse zaczęły gwałtownie spadać. Na domiar złego jego telefon zaczął tracić szybko prąd w baterii przez częste kontakty, bardzo podobna sytuacja była z Pawłem Kaletą. Na szczęście interwencja organizatorów doprowadziła do połączenia Michała z grupą Bartka i Gniewka. Gdy ta trójka dotarła na drogę do Kamieńczyka wszyscy odetchnęli z ulgą. Było jasne, że w ciągu pół godziny powinni się zjawić przy Marysieńce. Była 23.15. Jednak szybko pojawił się kolejny problem. Ostatni kontakt z Pawłem miał miejsce o 21.30…
Paweł od początku szedł ze Sławkiem Krawczykiem-Demczukiem. Podobnie jak Maciek i Leszek, trzymali się oni raczej z przodu. Główna grupa dogoniła ich na przełęczy Widok, jednak już wtedy Sławek narzekał na problemy z kolanami i zaczął opóźniać grupę. Krytyczny moment nastąpił w drodze na Perłę Zachodu, gdy ta dwójka rozdzieliła się, po decyzji Sławka o rezygnacji. W konsekwencji Paweł zgubił się i stracił około 20 minut do pozostałych uczestników. Gdy ruszył dalej raczej tracił dystans. Na Zakręcie Śmierci mówił, że wypoczął i odzyskał świeżość i jest w stanie walczyć dalej. Ale już wtedy miał 45 minut straty do Bartkai Gniewka. W momencie gdy trójka Bartek, Gniewko i Mich schodzili z Kamieńczyka, komórka Pawła już nie dopowiadała. Organizatorzy zdecydowali czekać na wieści od zbliżających się do mety chłopaków.
Od 23.45, gdy wszyscy już na zewnątrz oczekiwali na pojawienie się tej trójki, zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy dadzą radę, czy zdążą do północy. Kiedy ktoś krzyknął, że już jest za pięć dwunasta, zobaczyliśmy światła czołówek. Ostatnia prosta. Chwiejnymi nogami, siłą woli doszli oni do Marysieńki o godzinie 23.56. Cztery minuty przed czasem.
– Bartek Podkański,
– Gniewko Oblicki
– Michał Siwek.

Ich zmęczenia nie da się opisać. Na twarzach widać było każdy ze 135 kilometrów. Podkrążone oczy, pozbawione wyrazu twarze, nogi, które nie mogły już dłużej utrzymywać chłopaków w pionie… Nie odczuwali nic poza zmęczeniem. Adam wyciągnął dla chłopaków szampana, który każdy ze “zwycięzców” posmakował. Ukoronowanie dwudniowego wysiłku.
Bartek to ratownik GOPRu od 5 lat, w zeszłym roku szedł po raz pierwszy, ale w Goduszynie kontuzja zatrzymała jego próbę. W tym roku silnie zajął się organizacją imprezy i wielce przysłużył się do sukcesu “Przejścia”. Znał on obu chłopaków, którzy zginęli 8.II.2005 w Kotle Małego Stawu i jest mocno związany z inicjatywą tego rajdu. Na pewno jego twarz można będzie identyfikować z tą górską imprezą.
Gniewko jest jedynym, który brał udział jako uczestnik we wszystkich trzech próbach. Jest w tym temacie najbardziej doświadczony. Do tej pory nigdy nie doszedł dalej niż za Zamek Bolczów. W tym roku, gry przekroczył bramę Gór Kaczawskich wiadomo było, żę się nie podda i zajdzie na sam koniec. Obaj z Bartkiem od Wojcieszyc przeżywali silny kryzys spowodowany potwornym bólem w nogach, ale tym razem żaden z nich nie poddałby się, chyba, żeby nogi odmówiły posłuszeństwa.
W czasie gdy wszyscy zbierali się do domów, na zasłużony odpoczynek, nadal nie wiadomo było gdzie jest Paweł Kaleta. Rozpoczęła się akcja poszukiwawcza…
Szczęście w nieszczęściu, Paweł pomylił drogi. Schodził z Jakuszyc asfaltem, gdyż nie znalazł skrętu na zielony szlak. To spowodowało, że o 00.15 został odnaleziony przy parkingu na Kamieńczyk. Był już prawie nieprzytomny. Nie chciał wejść do samochodu, myślał, że może dać radę i zdążyć. Dopiero gdy ochłonął w drodze do Jeleniej Góry zrozumiał, że był bardzo blisko. Zabrakło mu 10 minut…

Tak zakończyło się III Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Do dwójki Maciej Koziński i Mateusz Dejnarowicz dołączyło kolejnych siedmiu którzy ukończyli tę próbę. A są to Maciej Kalisz, Leszek Mazur, Michał Bisikiewicz,Michał Siwek, Bartosz Podkański, Gniewko Oblicki oraz Paweł Kaleta, którego heroiczny bój do końca uznano za zwycięstwo w próbie. Daje to 9 udanych prób spośród 30 podjętych w trzyletniej historii imprezy. To niecałe 30 %. To kolejny dowód na ekstremalne wyzwanie jakie stawia przed uczestnikami ta próba. Jest to niezwykły spacer, tak samo jak niezwykłymi osobami byli DANIEL i MATEUSZ. Niejeden z uczestników czuł obecność chłopaków na trasie. Bartek z Gniewkiem mówili, że schodząc z Cichej Równi, nagle, zupełnie spontanicznie zaczęli mimo nadzwyczajnego zmęczenia biec. Bartek powiedział później: “To był kop od chłopaków z góry. Żeby nie to, zabrakło by tych 4 minut na mecie…” (doszli oni 4 minuty przed 24.00, przyp.).
Kto nie wierzy w magię a zarazem trudność tej imprezy, może spróbować sam. Już za rok, na drugi weekend września po raz czwarty spotkają się miłośnicy ekstremalnych wyzwań w górach, a zarazem, ci, którzy chcą uczcić pamięć dwóch wspaniałych ratowników Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Siedmiokilowe plecaki niesione przez 135 kilometrów na własnych plecach. Rosa, mokradła, skały, kamienie, asfalty, piach, kurz, słońce i deszcz. Ciepłe posiłki przyrządzane na maszynkach niesionych na plecach, zapas jedzenia niesiony na własnych plecach. Woda ze strumyków, a tam gdzie ich nie ma – bez wody. Ciężkie buty powodujące obtarcia albo lekkie sandały prowokujące kontuzję. Kilka par skarpetek, niezliczone metry bandaży na stopy, kostki czy kolana. Kilka puszek talku do zasypywania obtarć. Orientacja w terenie na podstawie mapy. Gorące, rażące w oczy słońce dnia i przenikliwe zimno i ciemności poranka. Odpoczynki podyktowane tempem marszu, brak snu. A to wszystko w Karkonoszach, Rudawach, Kaczawach i Izerach; na stokach Szrenicy, Śnieżki, Czoła i Skalnego Stołu, Skalnika, Dudziarza, Barańca, Łysej Góry, Godzisza, Wysokiej Kopy; w rejonach majestatycznego Zamku Bolczów, pięknego Bobrowego Jaru; dzikich łąkach Gór Kaczawskich i bezdrożach Pogórza Izerskiego; podejściach pod Bobrowe Skały, Zakręt Śmierci, Wysoki Kamień, bezludne Izery z kopalnią Stanisław i Cichą Równią, i na koniec owiany złą sławą Przedział…
Tego wszystkiego można się spodziewać na trasie. Tego i nie tylko….
  SPRÓBUJESZ??? Zapraszamy…. – za rok.

Maciej Koziński
fot. Maciej Koziński, Bartosz Podkański, Maciej Abramowicz

Wielkie podziękowania dla:

  • Grupy Karkonoskiej GOPR i jej Naczelnika, Macieja Abramowicza,
  • Stacji Paliw MULLER i jej kierownikowi, Pawłowi Mullerowi,
  • Baru TRAMP z Sobieszowa i jego właściciela, Bogdana Podkańskiego,
  • Wydawnictwa PLAN,
  • Polskiego Radia Wrocław i Piotra Kaczmarskiego,
  • TVP 3 Wrocław i Andrzeja Szpaka,
  • Miesięcznika SUDETY i Macieja Zalewskiego,
  • Słowa Polskiego – Gazety Wrocławskiej,
  • Ryszarda Lewandowskiego za wirtualizację “przejścia”;
  • Wojtka Jurdygi, Andrzeja Kozińskiego, Andrzeja Brzezińskiego, Kuby Motyki,
  • rodzin uczestników, za wyrozumiałość,
  • oraz wszystkich innych, o których nie pamiętałem, a którzy okazali pomoc przed i w trakcie a także już po tegorocznym Przejściu Kotliny!!!!!